Rozdział 15
„Z motyką na słońce”
Ferenc
Czwartek
Czarnowłosy przeciwnik wyglądał na niezwykle spokojnego i
pewnego swego zwycięstwa w nadchodzącym pojedynku. Nawet jeśli to nie z nim
walczyłem podczas swoich ostatnich wizyt w Cortexie to sam fakt, że używał tej
samej broni co jego domniemany sobowtór, utwierdzał mnie w przekonaniu, że wiem
jak z nim wygrać.
Odłożywszy tarczę na
plecy, chwyciłem oburącz swój długi miecz by zyskać na mobilności i precyzji.
Tarcza w tym starciu nie przyda się na zbyt wiele, gdyż próba zablokowania nią
ciosu Williama skończyłaby się przynajmniej utratą przeze mnie równowagi na
wskutek olbrzymiej siły jaką William wkładał w uderzenia swojego miecza.
Zamierzam postawić nadchodzącej walce na uniki i precyzyjne kontry, gdyż jak
się już przekonałem, mój przeciwnik odsłaniał się po każdym zadanym przez
siebie ciosie przez co takie właśnie momenty dawały mi szans na jego
wyeliminowanie.
O ile ja mam jakiś plan na nadchodzącą potyczkę to mój
kompan zapewne szybko wyleci z gry. Często w szkole dało się usłyszeć jego
nieodpowiedzialnych wybrykach czy też chamstwie przez co spodziewam się, że
zaatakuje on samuraja zupełnie bez planu. Po wyrazie twarzy Kurta było widać
wyraźnie, że to on a nie jego przeciwnik przerwie chwilę impasu.
Agnes z kolei przyglądała się temu wszystkiemu z
przerażeniem w swoich zielonych oczach. Nie mam pojęcia dlaczego nasi rywale z
góry założyli, ze nie weźmie ona udziału w walce. Czyżby decydował tu jakiś
czynnik o którym nie mam najmniejszego pojęcia. Staram się jednak wykluczyć tę
myśl, bo w końcu skąd niby ci intruzi mają znać Agnes? Mimo wszystko jej postawa również daje do
zastanowienia , ponieważ po jej wyrazie twarzy można pozna, że rozpoznaje
twarze naszych przeciwników.
Mam nadzieję, że skorzysta ona ze swojej umiejętności
wchodzenia do wież by do niej uciec gdy rozpocznie się walka. Jeśli jednak
zdobyłaby się na odwagę i stanęła u naszego boku to jej pola energii mogłyby
przeważyć szalę zwycięstwa na naszą korzyść.
Moją dalszą analizę sytuacji przerwał gwałtowny okrzyk
Kurta, który wrzeszcząc „Zdychaj śmieciu!” natarł na samuraja.
Ten nieodpowiedzialny krok mojego łysego kompana zupełnie
zrujnował mój plan nadchodzącej walki i pozwolił wrogowi na przejęcie
inicjatywy.
Najpierw William wystrzelił w Agnes strużkę dymu, wpychając
ją do wieży i zapewne też ogłuszając. Jednocześnie z jego ruchem, Urlich natarł
na mnie nie pozwalając mi się nawet do końca zorientować w zaistniałej
sytuacji. Kurt, który dotychczas szarżował na Urlich został z kolei zatrzymany
przez Williama, który już na starcie walki wytrącił mu miecz z ręki. Olbrzymie
No-Dachi Kurta potoczyło się z głośnym brzękiem po powierzchni Cortexu a ten
pozostał niemalże bezbronny naprzeciwko doświadczonego przeciwnika.
Mi wcale nie szło lepiej. Co prawda nie pozwoliłem się
rozbroić ale w przyjętej prze Urlicha formie walki nie miała to dla mnie
znaczenia. Nie byłem w stanie dostrzec jego ruchów, przez ich niesamowitą
szybkość. O kierunku ciosu dowiadywałem się dopiero wtedy gdy nasze miecze się
krzyżowały lub trafiał on w zawieszoną na moich plecach tarczę, która dzięki swemu położeniu, chroniła mnie
od ciosów zadanych z tylu.
-I tak będę musiał czekać na tego bufona więc się z tobą
zabawię- powiedział Urlich, odkładając swoje miecze do położonego plecach
plecaka.
-Nie przesadzasz lekko Urlichu? Tao ja będę musiał na ciebie
czekać jak z nimi skończę.- rzucił zuchwale William.
Ledwo co z powrotem nałożyłem Tarczę na rękę, to już
musiałem odpierać jego ataki. Schemat jego walki uległ olbrzymiej zmianie.
Walczył on jedynie za pomocą swoich nóg i rąk a i tak nie dawał mi złudzeń co
do tego kto wygra ten pojedynek. Zaliczałem prawie ciągłe serie ciosów w
brzuch, bark czy głowę zupełnie nie będąc się w stanie przed nimi zasłonić
pomimo posiadanego przeze mnie oręża. Miałem wrażenie, że walczę nie z jednym
ale z trzema przeciwnikami jednak wszystko działo się za szybko bym mógł się o
tym przekonać. Po kilkunastu sekundach
robienia sobie ze mnie worka treningowego, Urlich zobaczywszy, że William już
sobie poradził z moim towarzyszem,
również postanowił zakończyć walkę. Poczułem silne uderzenie w nadgarstek,
które wytrąciło mi miecz z ręki i wybiło z i tak już zachwianej równowagi.
Następnie zorientowałem się, że Urlich ustawił się równolegle przede mną i włożywszy
mi za plecy prawą rękę a dugą złapawszy za nadgarstek, przerzucił mnie przez
bark z taką siłą, że zostałem pozbawiony także i tarczy. Leżałem teraz zupełnie
bezbronny pod stojącym nade mną przeciwnikiem, który sięgnął po miecz by
zakończyć walkę.
-Nie mam pojęcia
dlaczego Tyron zlecił pilnowanie Kory takim słabeuszom jak wy.-
powiedział z zniesmaczony, po tym jak przyłożył mi swoją lekko zakrzywioną
katanę do czoła by przymierzyć Siudo ciosu.
-Czekaj no! Że niby ten profesorek z uniwerka ma jakiś związek
z Cortexem?- wykrzyknąłem zszokowany taką informacją jednak było już za późno
bym mógł usłyszeć odpowiedź, ponieważ w tym momencie ostrze katany zagłębiło
się w mojej głowie czemu towarzyszyło delikatne uczucie czegoś podobnego do
łaskotek po czym moje cyfrowe ciało zaczęło się rozpadać.
Kątem oka mogłem ujrzeć jeszcze koniec równie żałosnej jak
mojej próby oporu ze strony Kurta. William go zmasakrował jeszcze z większą
łatwością niż Urlich zrobił to zemną. Już na początku walki pozbawił on Kurta
jego broni a następnie bawił się z nim w kotka i myszkę, korzystając z tego, że
mój łysy kompan próbował go zaatakować samymi pięściami, za pomocą których nie
go szans dorwać. Po krótkiej chwili pastwienia się na swoim rywalem William
postawił błyskawicznie zakończyć walkę i przywoławszy swój miecz przeciął on
Kurta na pół tak, że gdyby ta walka rozegrała się na ziemi to nikt nie miałby
pojęcia co było w stanie przeciąć człowieka na pół z taką łatwością.
Urlich zapewne uznał,
że mój powrót na ziemię trwa za długo i kataną, której ostrze znajdowało się w
środku mojej głowy , przejechał wzdłuż ciała , przyspieszając zarazem rozpad mojego wirtualnego wcielenia.
Przez chwilę jeszcze byłem świadomością Cortexie po tym ciosie
jednak po chwili poczułem gwałtowne wstrząśnięcie moją głową i wypadłem ze
skanera w bunkrze. Przed znajdującym się obok skanerem leżał na ziemi wściekły
Kurt, który nie mógł zrozumieć dlaczego tak łatwo przegrał. Nie zamierzałem
jednak z nim rozmawiać wiedząc, ze ten by i tak mnie nie posłuchał i na pewno
uznał jedynie swoje egocentryczne wyjaśnienia.
-Jakim cudem daliśmy się tak łatwo pokonać.- odezwał się
kurt zapewne chcąc podczas dalszej rozmowy zrzucić na mnie winę za porażkę.
-Byli po prostu lepsi więc nie co dramatyzować. Następnym
razem ich pokonamy.- odpowiedziałem mu.
-Jakbyś nie dał się tak łatwo udupić temu lalusiowi z kataną
to byśmy wygrali.- powiedział, potwierdzając moje przypuszczenia co do celu
rozmowy.
-Nie ma sensu o tym gada, bo wiem do czego zmierzasz a nie
zamierzam robić dla ciebie za kozła ofiarnego.-odparłem mu kończąc tę
bezsensowną rozmowę. Znam Kurta dopiero
jeden dzień i nie zamierzam się zbytnio spoufalać z osobą o tak niskiej reputacji w szkole
Wstałem i podeszłem do pustego jak na razie fotela,
znajdującego się naprzeciwko ekranu superkomputera. Normalnie nikt by mi nie
dał dostępu do tego urządzenia ale skoro nikogo z gwardii nie było w pobliżu,
to postanowiłem skorzystać z okazji i zajrzeć w ekran. Chciałem się zorientować
jedynie czy znajduję się w okolicy jakiś
członek gwardii, który byłby wstanie podjąć walkę z intruzami, jednak to
co zobaczyłem wprawiło mnie w osłupienie.
Zawsze dobrze orientowałem się w wszelkiego rodzaju mapach
jednak nie byłem w stanie pojąc tego co tu zobaczyłem. Na ekranie monitora widniał
jednowymiarowa mapa Cortexu na której byli zaznaczeni wszyscy amatorzy walk za
pomocą znaczników i kart postaci, na których mogłem zobaczyć ich punkty życia,
statystki ora pasek oznaczający możliwość użycia hiperskoku. Przeglądając te
karty zorientowałem się, że zupełnie zapomniałem o tej umiejętności, która
odpowiednio wykorzystana mogłaby zmienić przebieg przegranej przeze mnie walki.
Oprócz tych informacji dostrzegłem na ekranie miejsca toczonych aktualnie przez
pozostałych wojowników Cortexu potyczek
zarówno między sobą jak i tych z Xaną czy intruzami.
Pozostali członkowie
mojej drużyny byli zajęci odpieraniem ataków Xany, który ewidentnie dążył do
przemieszczenie swoich potworów na most prowadzący do serca wirtualnego świata.
Nie byłem w stanie rozróżnić jakie to były potwory ale zauważyłem, że jest to
co najmniej pięć typów sług Xany. Druga drużyna znajdowała się w czymś w
rodzaju olbrzymiego Bombla , który zakłócał przepływ danych przez co byłem
jedynie w stanie stwierdzić fakt, że oni
tam są. Niepokoiły mnie jednak jeszcze trzy rzeczy. Pierwsza z nich była
obecność dwóch intruzów w tym bąblu zakłócającym sygnał co poniekąd wyjaśniało
kto za utworzenie tego Bombla odpowiadał. Drugą spraw, która mnie niepokoiła
była obecność ich statku przy jednej z wież, która została przez nich przejęta
do ich celów.
Najbardziej mnie niepokoiła jednak to, ze widziałem na
ekranie dwie karty przedstawiające Agnes, które na dodatek nie były podpisane
jej imieniem tylko innym imieniem, z
którym po raz pierwszy się spotkałem. Te imię brzmiało „Aelita”.
Lukas
-Kryć się!-wykrzyknął Nigel w momencie gdy w naszą stronę
nadleciały pociski wyglądające jak odlane z żelaza strzały.
Cała drużyna rozproszyła się. W miejsce w którym jeszcze
przed chwilą staliśmy spadło kilknaście pocisków, które by nas szybko
wyeliminowały z gry gdybyśmy tam pozostali. Wraz z Nigelem odwrócilimsy sięw
strone z której nadleciały pociski i wystrzeliliśmy na oślep po kilk pocisków
by wypłoszyć intruzów jednak nic to nie dało. Obejrzałem się i zorientowałem
się, żę stojęnad przepaścią dzielącą mnie od olbrzmiej kuli będącej centrum tego świata. W oddali po
drugiej stronie przepaści było widać grupkę naszych przeciwników odpierających
ataki jakiegoś latającego paskudztwa, które odwracało ich uwag eod
zmierzających potworów w kierunku mostu łączącego Cortex i jego sercem .
-Co to jest?!- krzyknąłem do reszty grupy wskazując
jednocześnie na przemieszczające się w oddali potwory.
-Nic co jest obecnie warte naszej uwagi. Najpierw musimy się
skupić na większym zagrożeniu i coś czuję, że z turnieju nici.- odparł mi Nigel
po czym odwrócił się napięcie w moim kierunku ze strzałą nałożoną na cięciwę.- Nie
tracić czujności!- powiedział.
-Słuchaj no gościu. Przyszliśmy tu na turniejek między sobą
a nie na jakieś podchody z niewiadomo kim.- odezwał się Henry podchodząc do
Nigela i stając z nim twarzą w twarz. Ich spojrzenia spotkały się i spotęgowały
atmosferę nadchodzącego konfliktu. Żaden z nich zapewne nie będzie miał zamiaru
ustąpić drugiemu. Nigel tego nie zrobi, gdyż jako lider naszej grupy musi dbać
o prestiż a Henry tego nie zrobi poprzez swoje wybujałe ego, któremu nawet
pycha Nigela nie dorównuje.
-Ja też nie po to tu przyszedłem ale sytuacja wymaga byśmy
najpierw załatwili tych niezidentyfikowanych intruzów.-odpowiedział mu Nigel,
posyłając mu przy tym groźne spojrzenie swoimi brązowymi oczyma.
-Nie obchodzi mnie to. Jak ma dalej być tak jak jest tera to
ja się stąd zmywam.- odparł mu Henry i odwróciwszy się skierował swe kroki w
kierunku z którego przyszliśmy.
To już wystarczyło by zbytnio urazić ego Nigela. Zapewne
gdybyśmy nie byli w tej chwili wirtualni to nie zdecydowałby się on na tak
brutalne kroki ale w obecnej sytuacji nikt nie ucierpi na zdrowiu więc
większość przebywających tu osób znacznie mniej dba o swoje bezpieczeństwo.
Podszedł on do Henry’ego i złapawszy go za kołnierz
zaciągnął go nad przepaść by wzmocnić swoje słowa swoistym argumentem jakim
była groźba zrzucenia do sieci. Wszystko to wydarzyło się tak szybko, że kiedy
Henry spróbował stawić mu opór to wisiał już nad przepaścią.
-Przychodząc tutaj zgodziłeś sie słuchać moich poleceń więc
nie próbuj mi stawiać oporu bo to się marnie skończy. Zresztą gdzieś ty chciał
poleźć skoro jedyna droga do powrotu na ziemię otworzy się przed tobą gdy
przeszyję cię moją strzałą. – zagroził mu Nigel.
Henry nie zdążył mu odpowiedzieć, ponieważ nagle z przepaści
wyleciało ku niebu coś fioletowego i niesamowicie szybkiego zarazem, uderzając
go w tył głowy znajdującej się nad przepaścią i jednocześnie go
dewirtualizując. Następnie niezidentyfikowany obiekt latający kontynuował swój
Lota ku górze dzięki czemu mogliśmy zobaczyć więcej szczegółów jego dość
osobliwego kształtu.
A dokładniej dwóch kształtów. Pierwszym z nich była
fioletowa, latająca deska wielkości człowieka posiadająca żółte elementy
ozdobne. O ile sama deska była dla nas już niesamowitym widokiem to dziwacznością
zdecydowanie przebijał jej jeździec. Był on ubrany w lamerski koci kombinezon w
tych samych kolorach co deska a jego kocie
uszy i fioletowy, cętkowany ogon dopełniały kociego charakteru jego wdzianka.
Naszą uwagą zwróciła również jego unikalna fryzura jaką były postawione w komin
włosy w kolorze blond z fioletową plamką nad czołem. W skrócie właśnie
spotkaliśmy osobę, której nie powinni byliśmy zobaczyć będąc trzeźwymi.
-Czy wy widzicie to co ja?- powiedział jeden z członków
naszej drużyny.
-Tak.- potwierdziłem jego obawy o nasze zdrowie psychiczne.
-Zaraz go zdejmę.- zapewnił nas Nigel po czym napiąwszy łuk
wystrzelił kilka pocisków w stronę szybującego nad nami intruza.
Na jego nieszczęście
latający kot zdołał albo uniknąć strzałom albo je zestrzelił własnymi
pociskami. Nigel widząc brak skuteczności swojego ostrzału, postanowił skrócić
dzielący ich dystans i używszy hiperskoku, wzbił się w powietrze. Wzleciawszy
na wysokości kilkunastu metrów ponowił on swoją salwę w kierunku latającego na
tej samej wysokości kota, jednak ponownie żadna jego strzała nie osiągnęła
celu. Jednakże pociski wystrzelone przez jego przeciwnika równie żnie osiągnęły
celu, ponieważ Nigel wszystkie zestrzelił nim te jego dosięgły. O ile
przeciwnik został nietknięty to jego pojazd nie miał tyle szczęścia co on.
Wystarczył jedynie jeden celny strzał Nigel aby latająca deska zmieniła się w
cyfrowy pył. Nasz koci przeciwnik upadł jakieś kilkanaście metrów od ledwo co łapiąc
się krawędzi przepaści by uniknąć kąpieli w morzu sieciowym.
Wyciągnąłem ze znajdującej się na plecach kabury swój mały
pistolecik by jednym celnym strzałem zakończyć potyczkę z kotołakiem i móc zając
się potworami Xany zaczynającymi się prowadzić na moście. Jednak mój przeciwnik
zdołał się w ostatniej chwili podciągnąć i uniknąć moich pocisków na tyle
sprawnie, że ani na chwilunie stracił koordynacji swoich ruchów.
-Uuuu! Bilsko było. Jeszcze trochę bym wziął dzisiaj zimny
prysznic.- powiedział beztrosko, stanąwszy naprzeciw nam.
-Lukas Kleinritter.- przestawiłem się po cichu licząc, zę
wielbiciel fioletu postanowi zdradzić swoje imię i nazwisko by odwzajemnić mi
przedstawienie się.
-O widzę, że mam do czynienia z Niemiaszkiem.- odparł mi z
szerokim uśmiechem po czym dodał.;- Miło mi ja Odd.
-To jest twoje imię czy ksywka?- zapytał się go Nigel, który
właśnie wyładował obok mnie.
-Imię. Co nie, zę jest jedyne w swoim rodzaju.- wyjaśnił mu
Odd.
-Musisz mieć dziwnych rodziców.- zgasił go Nigel.
-A czemu niby?
-Kto normalny nazywa swoje dziecko marzanną?
-Masz coś do tego?
-Tak. Jest to jeszcze jeden powód dla którego pokażę ci kto
tu jest lepszy.
-Ależ z ciebie arogancki typ! Żeby od razu zakłada, że uda
ci się pokonać Odda wspaniałego
-To nie ja jestem arogancki tylko ty myśląc, że możesz mi
dorównać. A teraz wyjazd z miejscowy.- wykrzyknął Nigel po czym zrobiwszy krok
w przód wystrzelił strzałę wymierzoną prosto w czoło Odda.
Po tym szybkim ataku Nigela cała nasza drużyna ruszyła na
kociego rywala a ten pozbawiony swojej deski z trudem unikał ciosów naszych
broni. Glewia Michela oraz claymore Mathiasa trafiły Odda w rękę i nóg
pozbawiając go po 45 punktów życia za jedno trafienie. Mimo swojej zwinności
nasz przeciwnik nie był w stanie walczyć z aż Tyloma przeciwnikami naraz, nie
mówiąc o zwycięstwie nad nami.
Jednak gdy wydawało się, że
Odd wyleci z gry od naszych ciosów nagle między nim a nami powietrze
przecięły ostre jak brzytwa wachlarze.
Odskoczyliśmy wszyscy by nie dać się im trafić
spostrzegliśmy osób, które je wyrzuciła. Była nią dziewczyna o azjatyckich
rysach odziana w bordowy kombinezon. W prawej ręce trzymała półtorametrowy na
oko kij a w drugiej pulsującą białą kulkę.
-Wszyscy się znaleźli w zasięgu rażenia. Możemy zacząć
zabawę.- powiedział po czym cisnęła w nas trzymaną przez siebie kulką. Biały
pocisk trafił pomiędzy nas i przez chwilę się nam wydawało, że Azjatka chybiła
jednak po chwili leżąca na ziemi kulkę wybuchał białym światłem pochłaniając
wszystko dookoła łącznie z nami i naszymi przeciwnikami.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz