niedziela, 22 lutego 2015

Rozdział 15 „Z motyką na słońce”

Rozdział 15

„Z motyką na słońce”

Ferenc

Czwartek

Czarnowłosy przeciwnik wyglądał na niezwykle spokojnego i pewnego swego zwycięstwa w nadchodzącym pojedynku. Nawet jeśli to nie z nim walczyłem podczas swoich ostatnich wizyt w Cortexie to sam fakt, że używał tej samej broni co jego domniemany sobowtór, utwierdzał mnie w przekonaniu, że wiem jak z nim wygrać.
  Odłożywszy tarczę na plecy, chwyciłem oburącz swój długi miecz by zyskać na mobilności i precyzji. Tarcza w tym starciu nie przyda się na zbyt wiele, gdyż próba zablokowania nią ciosu Williama skończyłaby się przynajmniej utratą przeze mnie równowagi na wskutek olbrzymiej siły jaką William wkładał w uderzenia swojego miecza. Zamierzam postawić nadchodzącej walce na uniki i precyzyjne kontry, gdyż jak się już przekonałem, mój przeciwnik odsłaniał się po każdym zadanym przez siebie ciosie przez co takie właśnie momenty dawały mi szans na jego wyeliminowanie.
O ile ja mam jakiś plan na nadchodzącą potyczkę to mój kompan zapewne szybko wyleci z gry. Często w szkole dało się usłyszeć jego nieodpowiedzialnych wybrykach czy też chamstwie przez co spodziewam się, że zaatakuje on samuraja zupełnie bez planu. Po wyrazie twarzy Kurta było widać wyraźnie, że to on a nie jego przeciwnik przerwie chwilę impasu.
Agnes z kolei przyglądała się temu wszystkiemu z przerażeniem w swoich zielonych oczach. Nie mam pojęcia dlaczego nasi rywale z góry założyli, ze nie weźmie ona udziału w walce. Czyżby decydował tu jakiś czynnik o którym nie mam najmniejszego pojęcia. Staram się jednak wykluczyć tę myśl, bo w końcu skąd niby ci intruzi mają znać Agnes?  Mimo wszystko jej postawa również daje do zastanowienia , ponieważ po jej wyrazie twarzy można pozna, że rozpoznaje twarze naszych przeciwników.
Mam nadzieję, że skorzysta ona ze swojej umiejętności wchodzenia do wież by do niej uciec gdy rozpocznie się walka. Jeśli jednak zdobyłaby się na odwagę i stanęła u naszego boku to jej pola energii mogłyby przeważyć szalę zwycięstwa na naszą korzyść.
Moją dalszą analizę sytuacji przerwał gwałtowny okrzyk Kurta, który wrzeszcząc „Zdychaj śmieciu!” natarł na samuraja.
Ten nieodpowiedzialny krok mojego łysego kompana zupełnie zrujnował mój plan nadchodzącej walki i pozwolił wrogowi na przejęcie inicjatywy.
Najpierw William wystrzelił w Agnes strużkę dymu, wpychając ją do wieży i zapewne też ogłuszając. Jednocześnie z jego ruchem, Urlich natarł na mnie nie pozwalając mi się nawet do końca zorientować w zaistniałej sytuacji. Kurt, który dotychczas szarżował na Urlich został z kolei zatrzymany przez Williama, który już na starcie walki wytrącił mu miecz z ręki. Olbrzymie No-Dachi Kurta potoczyło się z głośnym brzękiem po powierzchni Cortexu a ten pozostał niemalże bezbronny naprzeciwko doświadczonego przeciwnika.
Mi wcale nie szło lepiej. Co prawda nie pozwoliłem się rozbroić ale w przyjętej prze Urlicha formie walki nie miała to dla mnie znaczenia. Nie byłem w stanie dostrzec jego ruchów, przez ich niesamowitą szybkość. O kierunku ciosu dowiadywałem się dopiero wtedy gdy nasze miecze się krzyżowały lub trafiał on w zawieszoną na moich plecach tarczę,  która dzięki swemu położeniu, chroniła mnie od ciosów zadanych z tylu.
-I tak będę musiał czekać na tego bufona więc się z tobą zabawię- powiedział Urlich, odkładając swoje miecze do położonego plecach plecaka.
-Nie przesadzasz lekko Urlichu? Tao ja będę musiał na ciebie czekać jak z nimi skończę.- rzucił zuchwale William.
Ledwo co z powrotem nałożyłem Tarczę na rękę, to już musiałem odpierać jego ataki. Schemat jego walki uległ olbrzymiej zmianie. Walczył on jedynie za pomocą swoich nóg i rąk a i tak nie dawał mi złudzeń co do tego kto wygra ten pojedynek. Zaliczałem prawie ciągłe serie ciosów w brzuch, bark czy głowę zupełnie nie będąc się w stanie przed nimi zasłonić pomimo posiadanego przeze mnie oręża. Miałem wrażenie, że walczę nie z jednym ale z trzema przeciwnikami jednak wszystko działo się za szybko bym mógł się o tym przekonać.  Po kilkunastu sekundach robienia sobie ze mnie worka treningowego, Urlich zobaczywszy, że William już sobie poradził z  moim towarzyszem, również postanowił zakończyć walkę. Poczułem silne uderzenie w nadgarstek, które wytrąciło mi miecz z ręki i wybiło z i tak już zachwianej równowagi. Następnie zorientowałem się, że Urlich ustawił się równolegle przede mną i włożywszy mi za plecy prawą rękę a dugą złapawszy za nadgarstek, przerzucił mnie przez bark z taką siłą, że zostałem pozbawiony także i tarczy. Leżałem teraz zupełnie bezbronny pod stojącym nade mną przeciwnikiem, który sięgnął po miecz by zakończyć walkę.
-Nie mam pojęcia  dlaczego Tyron zlecił pilnowanie Kory takim słabeuszom jak wy.- powiedział z zniesmaczony, po tym jak przyłożył mi swoją lekko zakrzywioną katanę do czoła by przymierzyć Siudo ciosu.
-Czekaj no! Że niby ten profesorek z uniwerka ma jakiś związek z Cortexem?- wykrzyknąłem zszokowany taką informacją jednak było już za późno bym mógł usłyszeć odpowiedź, ponieważ w tym momencie ostrze katany zagłębiło się w mojej głowie czemu towarzyszyło delikatne uczucie czegoś podobnego do łaskotek po czym moje cyfrowe ciało zaczęło się rozpadać.
Kątem oka mogłem ujrzeć jeszcze koniec równie żałosnej jak mojej próby oporu ze strony Kurta. William go zmasakrował jeszcze z większą łatwością niż Urlich zrobił to zemną. Już na początku walki pozbawił on Kurta jego broni a następnie bawił się z nim w kotka i myszkę, korzystając z tego, że mój łysy kompan próbował go zaatakować samymi pięściami, za pomocą których nie go szans dorwać. Po krótkiej chwili pastwienia się na swoim rywalem William postawił błyskawicznie zakończyć walkę i przywoławszy swój miecz przeciął on Kurta na pół tak, że gdyby ta walka rozegrała się na ziemi to nikt nie miałby pojęcia co było w stanie przeciąć człowieka na pół z taką łatwością.
 Urlich zapewne uznał, że mój powrót na ziemię trwa za długo i kataną, której ostrze znajdowało się w środku mojej głowy , przejechał wzdłuż ciała , przyspieszając  zarazem rozpad mojego wirtualnego wcielenia.
Przez chwilę jeszcze byłem świadomością Cortexie po tym ciosie jednak po chwili poczułem gwałtowne wstrząśnięcie moją głową i wypadłem ze skanera w bunkrze. Przed znajdującym się obok skanerem leżał na ziemi wściekły Kurt, który nie mógł zrozumieć dlaczego tak łatwo przegrał. Nie zamierzałem jednak z nim rozmawiać wiedząc, ze ten by i tak mnie nie posłuchał i na pewno uznał jedynie swoje egocentryczne wyjaśnienia.
-Jakim cudem daliśmy się tak łatwo pokonać.- odezwał się kurt zapewne chcąc podczas dalszej rozmowy zrzucić na mnie winę za porażkę.
-Byli po prostu lepsi więc nie co dramatyzować. Następnym razem ich pokonamy.- odpowiedziałem mu.
-Jakbyś nie dał się tak łatwo udupić temu lalusiowi z kataną to byśmy wygrali.- powiedział, potwierdzając moje przypuszczenia co do celu rozmowy.
-Nie ma sensu o tym gada, bo wiem do czego zmierzasz a nie zamierzam robić dla ciebie za kozła ofiarnego.-odparłem mu kończąc tę bezsensowną rozmowę.  Znam Kurta dopiero jeden dzień i nie zamierzam się zbytnio spoufalać  z osobą o tak niskiej reputacji w szkole
Wstałem i podeszłem do pustego jak na razie fotela, znajdującego się naprzeciwko ekranu superkomputera. Normalnie nikt by mi nie dał dostępu do tego urządzenia ale skoro nikogo z gwardii nie było w pobliżu, to postanowiłem skorzystać z okazji i zajrzeć w ekran. Chciałem się zorientować jedynie czy znajduję się w okolicy jakiś  członek gwardii, który byłby wstanie podjąć walkę z intruzami, jednak to co zobaczyłem wprawiło mnie w osłupienie.
Zawsze dobrze orientowałem się w wszelkiego rodzaju mapach jednak nie byłem w stanie pojąc tego co tu zobaczyłem. Na ekranie monitora widniał jednowymiarowa mapa Cortexu na której byli zaznaczeni wszyscy amatorzy walk za pomocą znaczników i kart postaci, na których mogłem zobaczyć ich punkty życia, statystki ora pasek oznaczający możliwość użycia hiperskoku. Przeglądając te karty zorientowałem się, że zupełnie zapomniałem o tej umiejętności, która odpowiednio wykorzystana mogłaby zmienić przebieg przegranej przeze mnie walki. Oprócz tych informacji dostrzegłem na ekranie miejsca toczonych aktualnie przez pozostałych wojowników Cortexu potyczek  zarówno między sobą jak i tych z Xaną czy intruzami.
 Pozostali członkowie mojej drużyny byli zajęci odpieraniem ataków Xany, który ewidentnie dążył do przemieszczenie swoich potworów na most prowadzący do serca wirtualnego świata. Nie byłem w stanie rozróżnić jakie to były potwory ale zauważyłem, że jest to co najmniej pięć typów sług Xany. Druga drużyna znajdowała się w czymś w rodzaju olbrzymiego Bombla , który zakłócał przepływ danych przez co byłem jedynie w stanie stwierdzić fakt,  że oni tam są. Niepokoiły mnie jednak jeszcze trzy rzeczy. Pierwsza z nich była obecność dwóch intruzów w tym bąblu zakłócającym sygnał co poniekąd wyjaśniało kto za utworzenie tego Bombla odpowiadał. Drugą spraw, która mnie niepokoiła była obecność ich statku przy jednej z wież, która została przez nich przejęta do ich celów.
Najbardziej mnie niepokoiła jednak to, ze widziałem na ekranie dwie karty przedstawiające Agnes, które na dodatek nie były podpisane jej imieniem tylko innym imieniem,  z którym po raz pierwszy się spotkałem. Te imię brzmiało „Aelita”.

Lukas

-Kryć się!-wykrzyknął Nigel w momencie gdy w naszą stronę nadleciały pociski wyglądające jak odlane z żelaza strzały.
Cała drużyna rozproszyła się. W miejsce w którym jeszcze przed chwilą staliśmy spadło kilknaście pocisków, które by nas szybko wyeliminowały z gry gdybyśmy tam pozostali. Wraz z Nigelem odwrócilimsy sięw strone z której nadleciały pociski i wystrzeliliśmy na oślep po kilk pocisków by wypłoszyć intruzów jednak nic to nie dało. Obejrzałem się i zorientowałem się, żę stojęnad przepaścią dzielącą mnie od olbrzmiej kuli  będącej centrum tego świata. W oddali po drugiej stronie przepaści było widać grupkę naszych przeciwników odpierających ataki jakiegoś latającego paskudztwa, które odwracało ich uwag eod zmierzających potworów w kierunku mostu łączącego Cortex i jego sercem .
-Co to jest?!- krzyknąłem do reszty grupy wskazując jednocześnie na przemieszczające się w oddali potwory.
-Nic co jest obecnie warte naszej uwagi. Najpierw musimy się skupić na większym zagrożeniu i coś czuję, że z turnieju nici.- odparł mi Nigel po czym odwrócił się napięcie w moim kierunku ze strzałą nałożoną na cięciwę.- Nie tracić czujności!- powiedział.
-Słuchaj no gościu. Przyszliśmy tu na turniejek między sobą a nie na jakieś podchody z niewiadomo kim.- odezwał się Henry podchodząc do Nigela i stając z nim twarzą w twarz. Ich spojrzenia spotkały się i spotęgowały atmosferę nadchodzącego konfliktu. Żaden z nich zapewne nie będzie miał zamiaru ustąpić drugiemu. Nigel tego nie zrobi, gdyż jako lider naszej grupy musi dbać o prestiż a Henry tego nie zrobi poprzez swoje wybujałe ego, któremu nawet pycha Nigela nie dorównuje.
-Ja też nie po to tu przyszedłem ale sytuacja wymaga byśmy najpierw załatwili tych niezidentyfikowanych intruzów.-odpowiedział mu Nigel, posyłając mu przy tym groźne spojrzenie swoimi brązowymi oczyma.
-Nie obchodzi mnie to. Jak ma dalej być tak jak jest tera to ja się stąd zmywam.- odparł mu Henry i odwróciwszy się skierował swe kroki w kierunku z którego przyszliśmy.
To już wystarczyło by zbytnio urazić ego Nigela. Zapewne gdybyśmy nie byli w tej chwili wirtualni to nie zdecydowałby się on na tak brutalne kroki ale w obecnej sytuacji nikt nie ucierpi na zdrowiu więc większość przebywających tu osób znacznie mniej dba o swoje bezpieczeństwo.
Podszedł on do Henry’ego i złapawszy go za kołnierz zaciągnął go nad przepaść by wzmocnić swoje słowa swoistym argumentem jakim była groźba zrzucenia do sieci. Wszystko to wydarzyło się tak szybko, że kiedy Henry spróbował stawić mu opór to wisiał już nad przepaścią.
-Przychodząc tutaj zgodziłeś sie słuchać moich poleceń więc nie próbuj mi stawiać oporu bo to się marnie skończy. Zresztą gdzieś ty chciał poleźć skoro jedyna droga do powrotu na ziemię otworzy się przed tobą gdy przeszyję cię moją strzałą. – zagroził mu Nigel.
Henry nie zdążył mu odpowiedzieć, ponieważ nagle z przepaści wyleciało ku niebu coś fioletowego i niesamowicie szybkiego zarazem, uderzając go w tył głowy znajdującej się nad przepaścią i jednocześnie go dewirtualizując. Następnie niezidentyfikowany obiekt latający kontynuował swój Lota ku górze dzięki czemu mogliśmy zobaczyć więcej szczegółów jego dość osobliwego kształtu.
A dokładniej dwóch kształtów. Pierwszym z nich była fioletowa, latająca deska wielkości człowieka posiadająca żółte elementy ozdobne. O ile sama deska była dla nas już niesamowitym widokiem to dziwacznością zdecydowanie przebijał jej jeździec. Był on ubrany w lamerski koci kombinezon w tych samych  kolorach co deska a jego kocie uszy i fioletowy, cętkowany ogon dopełniały kociego charakteru jego wdzianka. Naszą uwagą zwróciła również jego unikalna fryzura jaką były postawione w komin włosy w kolorze blond z fioletową plamką nad czołem. W skrócie właśnie spotkaliśmy osobę, której nie powinni byliśmy zobaczyć będąc trzeźwymi.
-Czy wy widzicie to co ja?- powiedział jeden z członków naszej drużyny.
-Tak.- potwierdziłem jego obawy o nasze zdrowie psychiczne.
-Zaraz go zdejmę.- zapewnił nas Nigel po czym napiąwszy łuk wystrzelił kilka pocisków w stronę szybującego nad nami intruza.
 Na jego nieszczęście latający kot zdołał albo uniknąć strzałom albo je zestrzelił własnymi pociskami. Nigel widząc brak skuteczności swojego ostrzału, postanowił skrócić dzielący ich dystans i używszy hiperskoku, wzbił się w powietrze. Wzleciawszy na wysokości kilkunastu metrów ponowił on swoją salwę w kierunku latającego na tej samej wysokości kota, jednak ponownie żadna jego strzała nie osiągnęła celu. Jednakże pociski wystrzelone przez jego przeciwnika równie żnie osiągnęły celu, ponieważ Nigel wszystkie zestrzelił nim te jego dosięgły. O ile przeciwnik został nietknięty to jego pojazd nie miał tyle szczęścia co on. Wystarczył jedynie jeden celny strzał Nigel aby latająca deska zmieniła się w cyfrowy pył. Nasz koci przeciwnik upadł jakieś kilkanaście metrów od ledwo co łapiąc się krawędzi przepaści by uniknąć kąpieli w morzu sieciowym.
Wyciągnąłem ze znajdującej się na plecach kabury swój mały pistolecik by jednym celnym strzałem zakończyć potyczkę z kotołakiem i móc zając się potworami Xany zaczynającymi się prowadzić na moście. Jednak mój przeciwnik zdołał się w ostatniej chwili podciągnąć i uniknąć moich pocisków na tyle sprawnie, że ani na chwilunie stracił koordynacji swoich ruchów.
-Uuuu! Bilsko było. Jeszcze trochę bym wziął dzisiaj zimny prysznic.- powiedział beztrosko, stanąwszy naprzeciw nam.
-Lukas Kleinritter.- przestawiłem się po cichu licząc, zę wielbiciel fioletu postanowi zdradzić swoje imię i nazwisko by odwzajemnić mi przedstawienie się.
-O widzę, że mam do czynienia z Niemiaszkiem.- odparł mi z szerokim uśmiechem po czym dodał.;- Miło mi ja Odd.
-To jest twoje imię czy ksywka?- zapytał się go Nigel, który właśnie wyładował obok mnie.
-Imię. Co nie, zę jest jedyne w swoim rodzaju.- wyjaśnił mu Odd.
-Musisz mieć dziwnych rodziców.- zgasił go Nigel.
-A czemu niby?
-Kto normalny nazywa swoje dziecko marzanną?
-Masz coś do tego?
-Tak. Jest to jeszcze jeden powód dla którego pokażę ci kto tu jest lepszy.
-Ależ z ciebie arogancki typ! Żeby od razu zakłada, że uda ci się pokonać Odda wspaniałego
-To nie ja jestem arogancki tylko ty myśląc, że możesz mi dorównać. A teraz wyjazd z miejscowy.- wykrzyknął Nigel po czym zrobiwszy krok w przód wystrzelił strzałę wymierzoną prosto w czoło Odda.
Po tym szybkim ataku Nigela cała nasza drużyna ruszyła na kociego rywala a ten pozbawiony swojej deski z trudem unikał ciosów naszych broni. Glewia Michela oraz claymore Mathiasa trafiły Odda w rękę i nóg pozbawiając go po 45 punktów życia za jedno trafienie. Mimo swojej zwinności nasz przeciwnik nie był w stanie walczyć z aż Tyloma przeciwnikami naraz, nie mówiąc o zwycięstwie nad nami.
Jednak gdy wydawało się, że  Odd wyleci z gry od naszych ciosów nagle między nim a nami powietrze przecięły ostre jak brzytwa wachlarze.
Odskoczyliśmy wszyscy by nie dać się im trafić spostrzegliśmy osób, które je wyrzuciła. Była nią dziewczyna o azjatyckich rysach odziana w bordowy kombinezon. W prawej ręce trzymała półtorametrowy na oko kij a w drugiej pulsującą białą kulkę.

-Wszyscy się znaleźli w zasięgu rażenia. Możemy zacząć zabawę.- powiedział po czym cisnęła w nas trzymaną przez siebie kulką. Biały pocisk trafił pomiędzy nas i przez chwilę się nam wydawało, że Azjatka chybiła jednak po chwili leżąca na ziemi kulkę wybuchał białym światłem pochłaniając wszystko dookoła łącznie z nami i naszymi przeciwnikami.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz