Rozdział 6
„Pytania bez odpowiedzi”
Lukas
Dziesięć minut później
-Wstawaj
Lukas! Mieliśmy chwilę odpocząć, a ty sobie kimnąłeś!- usłyszałem czyjś głos.
Zanim zdążyłem odpowiedzieć, ktoś chlusnął mi wodą prosto w twarz. Rozbudziło
mnie to do końca. Wstałem i rozejrzałem się próbując sobie przypomnieć gdzie
jestem. Wokół mnie znajdują się drzewa oraz piaszczysty brzeg dość szerokiej
rzeki. Natomiast przede mną stoją moi koledzy śmiejąc się z tego, że usnąłem.
Byli to Dietrich oraz Ferenc, który ręku trzymał butelkę za pomocą której wylał
mi wodę na twarz.
-Może go tak
chlusnąć jeszcze raz?- powiedział Ferenc do Dietricha żartobliwym tonem
najwyraźniej chcąc się zemścić za to jak czasami go budzę.
-Możesz
sobie pomarzyć żartownisiu.-odpowiedziałem mu, przecierając oczy.
-Dasz radę
samemu przejść po linie, czy mamy ci pomóc?- zapytał się mnie Dietrich.
-No co ty,
przecież to oczywiste, że dam radę przejść. –odpowiedziałem mu, a po chwili nie
zauważywszy w pobliżu dziewczyn dodałem- Gdzie są dziewczyny?
-Na
przeciwnym brzegu. Pomogliśmy im w przeprawie kiedy ty sobie urządziłeś drzemkę.
Ponadto segregatory i dyskietki załadowaliśmy do skrzynek po piwach i
spuściliśmy linami na drugi brzeg więc ominęła cię cała zabawa.- wyjaśnił mi
Ferenc.
-Nie było
potrzeby przerywać twojej drzemki, bo na linie i tak mogą być jednocześnie co
najwyżej dwie osoby, więc wcześniejsze budzenie ciebie nie miało najmniejszego
sensu.-dodał Dietrich.
-Dobra już
idę.- odpowiedziałem mu, po czym sprawnie się przeprawiłem na drugi brzeg.
Ferenc i
Dietrich pewnie byli trochę zawiedzeni, że nie wpadłem do wody ale żaden z nich
nie powiedział mi tego wprost. Obydwaj szybko przeszli po linach i dołączyli do
mnie na północnym brzegu rzeki.
-Hej
dziewczyny gdzieście poszły?!- krzyknął Ferenc w las.
-Nie musisz
tak wrzeszczeć. Cały czas byłyśmy na polanie za tamtymi krzakami i
przeglądałyśmy segregatory w nadziei, że znajdziemy coś
interesującego.-odpowiedziała mu zirytowana jego wrzaskiem Sylwia.
-No skoro
już jesteśmy to będziemy się zbierać do bunkra. Tak a propos to co znalazłyście
w tych dokumentach?- zapytał się jej Ferenc
-Nic,
ponieważ wszystko jest zakodowane.- wtrąciła się Łucja i pokazała nam jedną z
zaszyfrowanych kartek. Dla mnie wystarczyło, że spojrzałem na tytuł i od razu
odechciało mi się zagłębiać w szczegóły, ponieważ tytuł wyglądał następująco:
UWTOJHY HFWYMFLJ
-Może ktoś
testował drukarkę?- zapytałem się głupio.
-Tak i
dlatego wydrukował kilkaset stron tego bełkotu.-Zripostowała mi Sylwia.
-Jak wrócimy
do internatu to spróbuję to rozszyfrować, jeśli jest to zakodowane jakimś podręcznikowym
szablonem to może mi się uda.-powiedziała Łucja.
-Teraz i tak
nie ma na to czasu. Idziemy przecież do Cortexu. Sami mówiliście, że trzeba
powstrzymać Gzanę.- odezwał się Dietrich.
-To nie jest
powód do żartów, a pozatym ten wirus nie nazywa się Gzana tylko Xana.- wyjaśniła
mu Agnes.
-Gzana,
Xana to przecież nie ma
znaczenia.-odpowiedział jej Dietrich wzruszając ramionami.
-Idziemy czy
nie?- odezwał się zirytowany Ferenc.
Po tych
słowach wszyscy skierowaliśmy się leśną ścieżką w stronę bunkra. Nieśliśmy ze
sobą nasze znaleziska z bunkra, chcąc je przechować w bunkrze na noc a
następnie przenieść je Łucji do pokoju by mogła je rozszyfrować. Znalazłszy się
w pobliżu włazu wejściowego, najpierw sprawdzamy czy nie ma kogoś w pobliżu, a
dopiero potem do niego wchodzimy. Po zejściu do podziemi spotyka nas pierwsze
zaskoczenie. Mianowicie nie ma dziury, którą wąż zrobił poprzedniego dnia. Jest
ona zatkana deskami i ziemią dzięki czemu jest nie do zauważenia od zewnątrz
chociaż od wewnątrz się trochę sypie. Po dojściu do Sali ze skanerami i
komputerem spotyka nas kolejne zaskoczenie. Na ścianie wisi głowa węża, który
wczoraj rozwalił nam sracza.
-Dobra.
Wcześniej nie za bardzo wierzyłem w tę waszą historyjkę ale teraz wam już
wierzę.-powiedział na głos Dietrich zapatrzywszy się na głowę węża.
Po bliższych
oględzinach okazało się, że głowa pytona jest przymocowana do ściany na srebrną
taśmę, której zużyto pewnie całą rolkę sądząc po tym ile waży to trofeum.
Skończywszy oględziny tego trofeum oraz zostawiwszy nasz „ładunek” na kanapie, idziemy
do skanerów, a Łucja włącza program
materializujący na komputerze, po czym sama wchodzi do skanera.
-Agnes czemu
nadal trzymasz to pudełko z dyskietkami będąc w skanerze zamiast zostawić ją na
kanapie tak jak segregatory?- zapytałem się Agnes.
-Jeśli ktoś
wszedł by do bunkra w czasie gdy będziemy w Cortexie zapewne by je zabrał.
Segregatory są zaszyfrowane ale nie wiem czy tak jest też z dyskietkami a nie
chcę stracić czegoś co może być powiązane z moją przeszłością.-wyjaśniła mi
Agnes.
Chciałem jej
coś jeszcze odpowiedzieć ale zanim powiedziałem choćby słowo skanery się
zamknęły a my przenieśliśmy się do Cortexu. Tym razem lądowanie przebiegło bez
większych kłopotów. Wszyscy mieliśmy choć jedną wizytą w tym świecie za sobą
więc każdy wylądował na nogach.
-Dobra to
gdzie teraz?- zapytał się nas Dietrich po czym spojrzawszy na Agnes dodał: Czemu
masz inny strój od nas?
-Nie wiem.
Chodźmy sprawdzić wieżę, bo pewnie znowu jest aktywna.- odpowiedziała mu Agnes.
Przebiegliśmy
więc tą samą trasą co wczoraj i dotarliśmy do wieży. Była ona jednak otoczona niebieską mgiełką ,co
według tego co mówiła Agnes oznaczało, że nie jest aktywowana.
-Byłam
pewna, że za te samochody co mas goniły
to była sprawka Xany.- powiedziała zdenerwowana swoją pomyłką Agnes.
W tym
momencie pod naszymi nogami rozeszły się pulsacje, które uprzednio zaprowadziły
nas do wieży. Tym razem jednak biegły w kierunku zachodnim. Popatrzyliśmy po
sobie porozumiewawczo i po chwili razem
popędziliśmy za pulsacjami. Pulsacje zaprowadziły nas do ciasnych korytarzy,
które po chwili okazały się być labiryntem. Jednak po chwili pulsacje znikły nam
z widoku, i tym samym straciliśmy jedyną rzecz jaka wskazywała nam kierunek.
-Pięknie, po
prostu pięknie.- westchnął Ferenc wysforowawszy się przed resztę grupy po czym
odwrócił się ku nam i powiedział: Może ktoś wróci na ziemię i spróbuje znaleźć
na komputerze jakąś mapę tego świata?
-Dobra to ja
pójdę, bo i tak z naszej grupy tylko ja potrafię obsługiwać komputer z bunkra.-
powiedział Łucja, po czym jak na zawołanie dostała olbrzymim laserem wyglądając
niczym ustawiony pionowo czerwony wachlarz tnący powietrze. Wystrzelił go nowy
potwór Xany. Wyglądał on jak otwarta czarna kula mająca w środku metalową oś,
która zespalała obydwie połówki pancerza a także posiadała oko Xany wokół,
którego zaczęły się zbierać koliste smużki energii. Jednak tym co najbardziej
zwracało uwagę gdy ta czarna bila była otworzona było czerwone „mięso”, które
wypełniało wnętrze kuli. Agnes wystrzeliła ze swojej ręki kulę różowej energii,
która poleciała prosto w kierunku oka Xany zapewne będącego czułym punktem
potwora. Czarna kula jednak się zatrzasnęła dzięki czemu atak Agnes nic nie
zdziałał. Po chwili ruszyła na nas z olbrzymią prędkością chcąc nas zmiażdżyć.
-Uciekajmy!-
krzyknąłem nieco spóźniony, bo wszyscy oprócz Agnes, która wzbiła się ponad
ściany labiryntu za pomocą skrzydeł, popędziliśmy w głąb labiryntu. Kula do
kręgli ponownie się otwarła i chciała w nas ponownie wystrzelić jednak nie
mogąc wycelować „złożyła się i zaczęła nas gonić w momencie gdy zniknęliśmy jej
za zakrętem labiryntu.
-Widzę stąd
wyjście! Poprowadzę was do niego z powietrza!- krzyknęła Agnes.
-W takim razie to którędy na najbliższym rozwidleniu?-
krzyknęła do niej Sylwia.
-W lewo, potem prosto a potem znowu w lewo! Na czwartym
rozwidleniu pobiegnijcie prosto. Mam plan jak się pozbyć Megaczołga!- poinstruowała
wszystkich Agnes.
-Jaki plan!? A pozatym skąd ty bierzesz te nazwy dla
potworków?- odkrzyknął je Ferenc.
-Oj zaufaj mi po prostu. A co do potworków to sama nie wiem
skąd biorę te nazwy.-odpowiedziała mu.
Po tych słowach aż do dotarcia do ostatniego rozwidlenia na,
którym mieliśmy pobiec prosto by zrealizować plan Agnes nikt nie odezwał się
ani słowem, ponieważ wszyscy byli zajęci ucieczką przed Megaczołgiem. Jak się
okazało wskazana przez Agnes ścieżka prowadziła na skraj wirtualnego świata gdzie
kończyły się platformy a zaczynała się przepaść, która kończyła się jakieś 200
metrów pod nami cyfrowym morzem.
-Stańcie na skraju przepaści i spróbujcie uskoczyć w
ostatniej chwili gdy Megaczołg spróbuje was staranować! -krzyknęła z powietrza
Agnes.
-Łatwiej pomyśleć trudniej zrobić. –pomyślałem gdy wszyscy
poza Agnes zaczęli robić za przynętę na Megaczołga.
Gdy wyłonił się zza
rogu labiryntu chcąc zaszarżować prosto na nas z olbrzymią prędkością,
Ferenc dał sygnał do uniku głośnym
okrzykiem dzięki czemu zrobiliśmy unik w ostatnim momencie a Megaczołg nie napotkawszy oporu zatoczył
się do cyfrowego morza. W momencie gdy zanurkował w Internecie, z cyfrowego
morza wzbił się ku niebu błękitny snop energii
najwyraźniej oznaczający kres istnienia naszego przeciwnika.
-Całe szczęście, że nikomu nic się nie stało.-powiedziała do
nas Agnes wylądowawszy obok nas.
-A miałem cię za osobę niezbyt skłonną do ryzyka.-westchnął
Ferenc.
-Co się jej czepiasz? Przecież dzięki jej planowi mamy z głowy
tą przerośniętą kulę do kręgli.-wtrąciła się Sylwia broniąc swojej koleżanki.
-W cale się jej nie czepiam tylko podsumowywuję
sytuację.-odpowiedział jej Ferenc.
-Ej! Przecież jesteśmy tu żeby dezaktywować wieżę, a nie po
to by się kłócić o takie błahostki. Zaraz aktywuję skrzydła i wzbiję się w
powietrze żeby podać wam drogę do wieży w labiryncie. Ok?- powiedziała do wszystkich Agnes.
Dzięki jej poradom błyskawicznie przeszliśmy przez resztę
labiryntu i wyszliśmy na otwartą przestrzeń gdzieniegdzie poprzecinaną niewielkimi
przepaściami. Między tymi przepaściami znajdowała się wieża będąca z wyglądu
taka sama jak ta, którą widzieliśmy parę minut temu z tą różnicą, że była
zabarwiona nie na niebiesko a na czerwono.
-No to
jednak miałaś rację.-powiedziała Sylwia do Agnes.
Wieży
pilnowało pięć małych karaluchowatych stworków oraz kolejny megaczołg.
Karaluchy rozpoczęły ostrzał jednak był to ostrzał niezbyt celny więc nikogo
nie trafił. Wraz z Sylwią zaszarżowaliśmy na karaluchy i zdjęliśmy po jednym. Wtedy czarna kula
otworzyła się sygnalizując atak potwora, który po chwili wystrzelił olbrzymim
obustronnym laserem dewirtualizując jednocześnie mnie i Sylwie mimo, że
staliśmy po jego obydwu stronach.
Agnes/Aelita
Po
wypadnięciu z gry Lukasa i Sylwii, którzy przez swoją brawurę zostali
zdewirtualizowani. Zostałam tylko ja wraz z Dietrichem i Ferencem. Gdy potyczka
rozpoczęła się na nowo ogarnęło mnie dziwne uczucie. Deja vu? Nie wiem czy
można to tak określić ale jestem pewna, że już kiedyś widziałam te potworki
mimo, że w odzyskanych wspomnieniach ich nie było. Nie wiem czemu ale Megaczołg
napawa mnie pewnym przerażeniem, jak gdyby kiedyś ktoś przez niego stracił życie ratując tym samym
od śmierci kogoś. A tym kimś chyba byłam właśnie ja.
-Skończyłaś
bujać w obłokach czy zamierzasz dać się zabić mimo, że tylko ciebie wpuszcza
aktywna wieża?!- krzyknął do mnie Dietrich załatwiwszy jednego z trzech
pozostałych karaluchów.
-Tak.-odpowiedziałam
mu i posłałam niecelnie pole energii w stronę Megaczołga jednak przez brak
koncentracji mój atak ledwie musnął skraj jego pancerza.
-Skoncentruj
się i go załatw, a nie wal na oślep. My nie możemy go załatwić na dystans a
wbicie mu miecza w oko jest równoznaczne ze samobójstwem, bo ten wypali w nas
laserem.-doradził mi Ferenc niszcząc przedostatniego karalucha.
Po chwili
walka pod wieżą wyglądała jak obława na ostatniego potwora Xany. Po tym jak
Dietrich kopniakiem strącił do morza ostatniego karalucha, otoczyliśmy naszego
przeciwnika czekając aż ten popełni jakiś błąd i da się zabić. Ostatecznie gdy czarna
kula się otworzyła by zastrzelić Ferenca, wpakowałam mu prosto w oko Xany pole
energii powodując jego zniszczenie. Ferenc nie miał jednak tyle szczecią, bo
zanim zniszczyłam Megaczołga zdołał on dosięgnąć swoim laserem Ferenca.
-Koniec
końców to wygraliśmy.- powiedział do mnie zadowolony zwycięstwem Dietrich
wzruszając ramionami.
-Dietrich,
Agnes wykryłam obecności trzech obiektów niedaleko was. Jeden z nich to
najwyraźniej William, ale nie jestem w stanie stwierdzić kto jeszcze postanowił
was odwiedzić.-Usłyszeliśmy wszechobecny głos Łucji.
-Dobra to ja
się nimi zajmę a Agnes pójdzie do wieży, bo nie ma sensu by wspomagała mnie w
walce skoro już teraz może dezaktywować wieżę.- odpowiedział jej Dietrich.
Wtedy
rozpoczął się ich atak. Mając na myśli ich myślę o dwóch przeciwnikach, którzy
z ogromną prędkością na nas wpadli powodując, że przejechaliśmy po plecach po
ładne kilka metrów. O ile napastnik, który mnie odepchnął od wieży od razu
znikł pozostawiając po sobie jedynie żółtawą smugę to Dietrich nie miał już
tyle szczęścia, bo jego przeciwnik prawie natychmiast skrzyżował z nim miecze.
Osobą, która zaatakowała Dietricha był właśnie William, co nie zdziwiło
Dietricha mimo, że wczoraj go nie było z nami w Cortexie. Mało tego, wyraźnie
było widać, że już kiedyś się widzieli a nie mam pojęcia kiedy Alzatczyk go
spotkał. Wstałam i rozejrzałam się badawczo na wszystkie strony by sprawdzić gdzie podział się napastnik, który
mnie zaatakował. Podejrzewam, że od tyłu nie może mnie zaatakować dlatego że
posiada jedynie broń białą a za moimi plecami jest niewielka przepaść. Gdy na
chwilę skupiłam wzrok na owej przepaści ogarnęło mnie przerażenie, ponieważ z
tej przepaści zaczęła się wyłaniać Scyfozoa, która pewnie znowu zamierzała mi grzebać
w pamięci. Próbowałam uciec, jednak
złodziej pamięci nie dał mi na to czasu, łapiąc mnie swoimi mackami za nogi i
zaciągając mnie na ziemię, gdy próbowałam uciec za pomocą skrzydeł. Po
uniemożliwieni mi ucieczki Scyfozoa zluzowała uścisk na moich nogach a
następnie mnie na chwilę puściła by móc przystawić macki do głowy i rozpocząć
swoją robotę.
Rozpocząwszy
swoją robotę Scyfozoa zaczęła coś ze mnie wydobywać. Czułam się tak jak gdyby
ktoś zabierał mi jakąś część mnie. Nie wiem dokładnie co zaczęła mi zabierać
Scyfozoa ale z pewnością było to coś ważnego. W końcu gdyby to nie było ważne
to złodziej pamięci nawet by się nie pofatygował tutaj.
Najwyraźniej
wypompowawszy ze mnie to co chciała, zaczęła mi grzebać w innych częściach
mojej pamięci, przez co znowu nawiedziły mnie wizje mojej przeszłości. W wizji,
której zobaczyłam byłam w pokoju wyglądającym dość podobnie do naszych pokoi z internatu. Było tam łóżko nad
którym powieszony był plakat jakiegoś niechlujnego męszczyzna o siwych włosach.
Po przeciwnej stronie pokoju znajdowała się szafa i półki na książki. W pokoju
łącznie ze mną znajdowało się sześć osób, wyglądających na te same osoby, które
widziałam w jednej z wcześniejszych wizji. Wszyscy wpatrywali się w komputer na
którym leciał filmik przedstawiający kłótnię dwóch naukowców. Jedną z kłócących
się postaci był mój ojciec a drugą brodaty, zarośnięty męszczyzna, który
wydawał się mi być dla mnie bliższą osobą od mojego ojca. Kłócili się oni o
założenia jakiegoś projektu badawczego. Gdy spróbowałam wsłuchać się w tą
rozmowę, wizja się nagle urwała.
Spadłam na
ziemię w Cortexie sądząc, że Dietrich jakimś cudem pokonał Williama i ruszył mi
z pomocą, ale się myliłam. Dietrich
trzymając się krawędzi jednej z przepaści ledwie ratował się od upadku
do cyfrowego morza. Doznałam lekkiego szoku gdy zobaczyłam Williama
odpędzającego ode mnie kalmara, który kradł mi pamięć. Pomyślałam, że najwidoczniej wyzwolił się spod kontroli Xany
i ruszył mi z pomocą, ale gdy odwrócił się ku mnie, odpędziwszy Scyfozoę w jego
oczach w ciąż był znak Xany.
-Zwycięstwo!-
wykrzyknął William wystrzeliwszy we mnie smugę dymu, który najpierw mnie
sparaliżował a potem uniósł w powietrze.
-William
walcz z Xaną! Wiem, że możesz się wyzwolić spod jego władzy! Przecież mnie
uratowałeś mnie przed Scyfozoą parę
sekund temu!- zawołałam błagalnym tonem do Williama.
William
usłyszawszy te słowa jedynie się uśmiechnął po czym spojrzał na mnie z
politowaniem i powiedział- Jesteś głupsza niż myślałem. Cały czas wykonywałem
wolę mojego pana i zawsze jestem mu podporządkowany.
Następnie za
pomocą dymu uniósł mnie w powietrze i obrócił w kierunku zbliżającej się
Scyfozoi. Była jednak trochę inna niż wcześniej. Jej korpus nie był błękitny
tylko szkarłatny a na środkowej wypustce łączącej „kopułę” z resztą jej ciała,
widniało godło Xany. Ostatnie co zobaczyłam przed tym jak latający kalmar
dobrał się do mnie było to, że Dietrichowi udało się podciągnąć na platformę i
już nie zwisał z przepaści. Tym razem film mi się urwał jedynie na kilka
sekund, ponieważ jedna z katan Dietricha, rzucona przez niego przecięła kilka
macek Scyfozoi przez potwór najwyraźniej się przestraszył i zaczął się
wycofywać. Dietrich natarł na Williama z okrzykiem: „Tarcza Szmato!” i ciął go prosto
w krzyż powodując jego dewirtualizację.
-Ładnie to
rozegrałeś.- pochwaliłam swojego wybawcę.
-Dzięki a
teraz zmykaj do wieży zanim zjawią się kolejni nieproszeni goście.-odpowiedział
mi.
Pobiegłam
więc do wieży by ją dezaktywować, co zrobiłam dość szybko, ponieważ nikt mi nie
przeszkadzał. Po tym jak wieża zmieniła kolor z czerwonego na niebieski, Łucja
sprowadziła nas na ziemię, gdzie dołączyliśmy do reszty przyjaciół.
-I co
widzicie jak to załatwia prawdziwy mistrzu?- powiedział do wszystkich Dietrich.
-Mistrzu
jadący ciągle na fuksie.-zripostował mu Ferenc.
-Ale ciągle
mistrzu.-odpowiedział mu Dietrich
-Przestańcie
sobie żartować. Powinni byliśmy wrócić do szkoły albo na tę stację, bo uznają
nas za zaginionych a tedy rozpoczną się dla nas prawdziwe kłopoty.-powiedziała
do wszystkich Sylwia.
-Raczej to
drugie, bo jak kumple Dietricha wrócili do szkoły to pewnie powiedzieli, że
zostaliśmy w tyle i wkrótce do nich dołączymy. A poza tym to z tej stacji
niewiele pozostało po tym jak Xana pobawił się autkami.-odpowiedział jej
Ferenc.
To w takim
razie ustalone. Lepiej będzie nie zostawiać tu segregatorów, bo jak się nad tym
głębiej zastanowiłem, to sobie przypomniałem, że nie tylko my wiemy o
istnieniu. Tak więc bierzmy te segregatory i wynośmy się stąd.- ogłosił
Dietrich po czym wraz z Ferencem i Lukasem wzięli po segregatorze i skierowali
się w kierunku wyjścia. Gdy poszedłem za
nimi zorientowałam się, że czegoś mi brakuję. W lewej ręce nie czułam
obciążenia, które towarzyszyło mi gdy przenosiłam się do Cortexu. Do wirtualnego
świata weszłam z teczką pełną danych, a wyszłam z niego bez niej.
-Coś nie tak
Agnes.-zapytał się mnie Łucja zauważywszy moje zakłopotanie.
-Ten kalmar
ukradł mi teczkę.- wyjąkałam do niej w odpowiedzi wciąż nie potrafiąc zrozumieć
jak to się stało.
-Ej chodźcie
tutaj gdzieś koło szkoły coś się pali.-krzyknął do nas Ferenc, który wraz z
Dietrichem i Lukasem wysforował się do przodu.
-Co? Czy to
te samochody dotarły do naszej szkoły?!- zawołała do niego Łucja, której głos
potoczył się echem po tunelu.
-Wyjdźcie na
zewnątrz to same to zobaczycie . Z tej odległości nie ma pojęcia co się tam
jara.-odpowiedział jej Dietrich.
Obydwie jak
najszybciej dołączyliśmy do pozostałej części naszej paczki wpatrującej się w
niebo. Nad koronami drzew zobaczyliśmy zarys budynku naszego liceum a obok
niego unoszącą się smużkę dymu.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz