niedziela, 22 lutego 2015

Rozdział 6 „Pytania bez odpowiedzi”

Rozdział 6

„Pytania bez odpowiedzi”

Lukas

Dziesięć minut później

-Wstawaj Lukas! Mieliśmy chwilę odpocząć, a ty sobie kimnąłeś!- usłyszałem czyjś głos. Zanim zdążyłem odpowiedzieć, ktoś chlusnął mi wodą prosto w twarz. Rozbudziło mnie to do końca. Wstałem i rozejrzałem się próbując sobie przypomnieć gdzie jestem. Wokół mnie znajdują się drzewa oraz piaszczysty brzeg dość szerokiej rzeki. Natomiast przede mną stoją moi koledzy śmiejąc się z tego, że usnąłem. Byli to Dietrich oraz Ferenc, który ręku trzymał butelkę za pomocą której wylał mi wodę na twarz.
-Może go tak chlusnąć jeszcze raz?- powiedział Ferenc do Dietricha żartobliwym tonem najwyraźniej chcąc się zemścić za to jak czasami go budzę.
-Możesz sobie pomarzyć żartownisiu.-odpowiedziałem mu, przecierając oczy.
-Dasz radę samemu przejść po linie, czy mamy ci pomóc?- zapytał się mnie Dietrich.
-No co ty, przecież to oczywiste, że dam radę przejść. –odpowiedziałem mu, a po chwili nie zauważywszy w pobliżu dziewczyn dodałem- Gdzie są dziewczyny?
-Na przeciwnym brzegu. Pomogliśmy im w przeprawie kiedy ty sobie urządziłeś drzemkę. Ponadto segregatory i dyskietki załadowaliśmy do skrzynek po piwach i spuściliśmy linami na drugi brzeg więc ominęła cię cała zabawa.- wyjaśnił mi Ferenc.
-Nie było potrzeby przerywać twojej drzemki, bo na linie i tak mogą być jednocześnie co najwyżej dwie osoby, więc wcześniejsze budzenie ciebie nie miało najmniejszego sensu.-dodał Dietrich.
-Dobra już idę.- odpowiedziałem mu, po czym sprawnie się przeprawiłem na drugi brzeg.
Ferenc i Dietrich pewnie byli trochę zawiedzeni, że nie wpadłem do wody ale żaden z nich nie powiedział mi tego wprost. Obydwaj szybko przeszli po linach i dołączyli do mnie na północnym brzegu rzeki.
-Hej dziewczyny gdzieście poszły?!- krzyknął Ferenc w las.
-Nie musisz tak wrzeszczeć. Cały czas byłyśmy na polanie za tamtymi krzakami i przeglądałyśmy segregatory w nadziei, że znajdziemy coś interesującego.-odpowiedziała mu zirytowana jego wrzaskiem Sylwia.
-No skoro już jesteśmy to będziemy się zbierać do bunkra. Tak a propos to co znalazłyście w tych dokumentach?- zapytał się jej Ferenc
-Nic, ponieważ wszystko jest zakodowane.- wtrąciła się Łucja i pokazała nam jedną z zaszyfrowanych kartek. Dla mnie wystarczyło, że spojrzałem na tytuł i od razu odechciało mi się zagłębiać w szczegóły, ponieważ tytuł wyglądał następująco:
UWTOJHY HFWYMFLJ
-Może ktoś testował drukarkę?- zapytałem się głupio.
-Tak i dlatego wydrukował kilkaset stron tego bełkotu.-Zripostowała mi Sylwia.
-Jak wrócimy do internatu to spróbuję to rozszyfrować, jeśli jest to zakodowane jakimś podręcznikowym szablonem to może mi się uda.-powiedziała Łucja.
-Teraz i tak nie ma na to czasu. Idziemy przecież do Cortexu. Sami mówiliście, że trzeba powstrzymać Gzanę.- odezwał się Dietrich.
-To nie jest powód do żartów, a pozatym ten wirus nie nazywa się Gzana tylko Xana.- wyjaśniła mu Agnes.
-Gzana, Xana  to przecież nie ma znaczenia.-odpowiedział jej Dietrich wzruszając ramionami.
-Idziemy czy nie?- odezwał się zirytowany Ferenc.
Po tych słowach wszyscy skierowaliśmy się leśną ścieżką w stronę bunkra. Nieśliśmy ze sobą nasze znaleziska z bunkra, chcąc je przechować w bunkrze na noc a następnie przenieść je Łucji do pokoju by mogła je rozszyfrować. Znalazłszy się w pobliżu włazu wejściowego, najpierw sprawdzamy czy nie ma kogoś w pobliżu, a dopiero potem do niego wchodzimy. Po zejściu do podziemi spotyka nas pierwsze zaskoczenie. Mianowicie nie ma dziury, którą wąż zrobił poprzedniego dnia. Jest ona zatkana deskami i ziemią dzięki czemu jest nie do zauważenia od zewnątrz chociaż od wewnątrz się trochę sypie. Po dojściu do Sali ze skanerami i komputerem spotyka nas kolejne zaskoczenie. Na ścianie wisi głowa węża, który wczoraj rozwalił nam sracza.
-Dobra. Wcześniej nie za bardzo wierzyłem w tę waszą historyjkę ale teraz wam już wierzę.-powiedział na głos Dietrich zapatrzywszy się na głowę węża.
Po bliższych oględzinach okazało się, że głowa pytona jest przymocowana do ściany na srebrną taśmę, której zużyto pewnie całą rolkę sądząc po tym ile waży to trofeum. Skończywszy oględziny tego trofeum oraz zostawiwszy nasz „ładunek” na kanapie, idziemy do  skanerów, a Łucja włącza program materializujący na komputerze, po czym sama wchodzi do skanera.
-Agnes czemu nadal trzymasz to pudełko z dyskietkami będąc w skanerze zamiast zostawić ją na kanapie tak jak segregatory?- zapytałem się Agnes.
-Jeśli ktoś wszedł by do bunkra w czasie gdy będziemy w Cortexie zapewne by je zabrał. Segregatory są zaszyfrowane ale nie wiem czy tak jest też z dyskietkami a nie chcę stracić czegoś co może być powiązane z moją przeszłością.-wyjaśniła mi Agnes.
Chciałem jej coś jeszcze odpowiedzieć ale zanim powiedziałem choćby słowo skanery się zamknęły a my przenieśliśmy się do Cortexu. Tym razem lądowanie przebiegło bez większych kłopotów. Wszyscy mieliśmy choć jedną wizytą w tym świecie za sobą więc każdy wylądował na nogach.
-Dobra to gdzie teraz?- zapytał się nas Dietrich po czym spojrzawszy na Agnes dodał: Czemu masz inny strój od nas?
-Nie wiem. Chodźmy sprawdzić wieżę, bo pewnie znowu jest aktywna.- odpowiedziała mu Agnes.
Przebiegliśmy więc tą samą trasą co wczoraj i dotarliśmy do wieży. Była  ona jednak otoczona niebieską mgiełką ,co według tego co mówiła Agnes oznaczało, że nie jest aktywowana.
-Byłam pewna, że za te samochody co  mas goniły to była sprawka Xany.- powiedziała zdenerwowana swoją pomyłką Agnes.
W tym momencie pod naszymi nogami rozeszły się pulsacje, które uprzednio zaprowadziły nas do wieży. Tym razem jednak biegły w kierunku zachodnim. Popatrzyliśmy po sobie porozumiewawczo i  po chwili razem popędziliśmy za pulsacjami. Pulsacje zaprowadziły nas do ciasnych korytarzy, które po chwili okazały się być labiryntem. Jednak po chwili pulsacje znikły nam z widoku, i tym samym straciliśmy jedyną rzecz jaka wskazywała nam kierunek.
-Pięknie, po prostu pięknie.- westchnął Ferenc wysforowawszy się przed resztę grupy po czym odwrócił się ku nam i powiedział: Może ktoś wróci na ziemię i spróbuje znaleźć na komputerze jakąś mapę  tego świata?
-Dobra to ja pójdę, bo i tak z naszej grupy tylko ja potrafię obsługiwać komputer z bunkra.- powiedział Łucja, po czym jak na zawołanie dostała olbrzymim laserem wyglądając niczym ustawiony pionowo czerwony wachlarz tnący powietrze. Wystrzelił go nowy potwór Xany. Wyglądał on jak otwarta czarna kula mająca w środku metalową oś, która zespalała obydwie połówki pancerza a także posiadała oko Xany wokół, którego zaczęły się zbierać koliste smużki energii. Jednak tym co najbardziej zwracało uwagę gdy ta czarna bila była otworzona było czerwone „mięso”, które wypełniało wnętrze kuli. Agnes wystrzeliła ze swojej ręki kulę różowej energii, która poleciała prosto w kierunku oka Xany zapewne będącego czułym punktem potwora. Czarna kula jednak się zatrzasnęła dzięki czemu atak Agnes nic nie zdziałał. Po chwili ruszyła na nas z olbrzymią prędkością chcąc nas zmiażdżyć.
-Uciekajmy!- krzyknąłem nieco spóźniony, bo wszyscy oprócz Agnes, która wzbiła się ponad ściany labiryntu za pomocą skrzydeł, popędziliśmy w głąb labiryntu. Kula do kręgli ponownie się otwarła i chciała w nas ponownie wystrzelić jednak nie mogąc wycelować „złożyła się i zaczęła nas gonić w momencie gdy zniknęliśmy jej za zakrętem labiryntu.
-Widzę stąd wyjście! Poprowadzę was do niego z powietrza!- krzyknęła Agnes.
-W takim razie to którędy na najbliższym rozwidleniu?- krzyknęła do niej Sylwia.
-W lewo, potem prosto a potem znowu w lewo! Na czwartym rozwidleniu pobiegnijcie prosto. Mam plan jak się pozbyć Megaczołga!- poinstruowała wszystkich Agnes.
-Jaki plan!? A pozatym skąd ty bierzesz te nazwy dla potworków?- odkrzyknął je Ferenc.
-Oj zaufaj mi po prostu. A co do potworków to sama nie wiem skąd biorę te nazwy.-odpowiedziała mu.
Po tych słowach aż do dotarcia do ostatniego rozwidlenia na, którym mieliśmy pobiec prosto by zrealizować plan Agnes nikt nie odezwał się ani słowem, ponieważ wszyscy byli zajęci ucieczką przed Megaczołgiem. Jak się okazało wskazana przez Agnes ścieżka prowadziła na skraj wirtualnego świata gdzie kończyły się platformy a zaczynała się przepaść, która kończyła się jakieś 200 metrów pod nami cyfrowym morzem.
-Stańcie na skraju przepaści i spróbujcie uskoczyć w ostatniej chwili gdy Megaczołg spróbuje was staranować! -krzyknęła z powietrza Agnes.
-Łatwiej pomyśleć trudniej zrobić. –pomyślałem gdy wszyscy poza Agnes zaczęli robić za przynętę na Megaczołga.
Gdy wyłonił się  zza rogu labiryntu chcąc zaszarżować prosto na nas z olbrzymią prędkością, Ferenc  dał sygnał do uniku głośnym okrzykiem dzięki czemu zrobiliśmy unik w ostatnim momencie  a Megaczołg nie napotkawszy oporu zatoczył się do cyfrowego morza. W momencie gdy zanurkował w Internecie, z cyfrowego morza wzbił się ku niebu błękitny snop energii  najwyraźniej oznaczający kres istnienia naszego przeciwnika.
-Całe szczęście, że nikomu nic się nie stało.-powiedziała do nas Agnes wylądowawszy obok nas.
-A miałem cię za osobę niezbyt skłonną do ryzyka.-westchnął Ferenc.
-Co się jej czepiasz? Przecież dzięki jej planowi mamy z głowy tą przerośniętą kulę do kręgli.-wtrąciła się Sylwia broniąc swojej koleżanki.
-W cale się jej nie czepiam tylko podsumowywuję sytuację.-odpowiedział jej Ferenc.
-Ej! Przecież jesteśmy tu żeby dezaktywować wieżę, a nie po to by się kłócić o takie błahostki. Zaraz aktywuję skrzydła i wzbiję się w powietrze żeby podać wam drogę do wieży w labiryncie. Ok?- powiedziała  do wszystkich Agnes.
Dzięki jej poradom błyskawicznie przeszliśmy przez resztę labiryntu i wyszliśmy na otwartą przestrzeń gdzieniegdzie poprzecinaną niewielkimi przepaściami. Między tymi przepaściami znajdowała się wieża będąca z wyglądu taka sama jak ta, którą widzieliśmy parę minut temu z tą różnicą, że była zabarwiona nie na niebiesko a na czerwono.
-No to jednak miałaś rację.-powiedziała Sylwia do Agnes.
Wieży pilnowało pięć małych karaluchowatych stworków oraz kolejny megaczołg. Karaluchy rozpoczęły ostrzał jednak był to ostrzał niezbyt celny więc nikogo nie trafił. Wraz z Sylwią zaszarżowaliśmy na karaluchy  i zdjęliśmy po jednym. Wtedy czarna kula otworzyła się sygnalizując atak potwora, który po chwili wystrzelił olbrzymim obustronnym laserem dewirtualizując jednocześnie mnie i Sylwie mimo, że staliśmy po jego obydwu stronach.

Agnes/Aelita

Po wypadnięciu z gry Lukasa i Sylwii, którzy przez swoją brawurę zostali zdewirtualizowani. Zostałam tylko ja wraz z Dietrichem i Ferencem. Gdy potyczka rozpoczęła się na nowo ogarnęło mnie dziwne uczucie. Deja vu? Nie wiem czy można to tak określić ale jestem pewna, że już kiedyś widziałam te potworki mimo, że w odzyskanych wspomnieniach ich nie było. Nie wiem czemu ale Megaczołg napawa mnie pewnym przerażeniem, jak gdyby kiedyś ktoś  przez niego stracił życie ratując tym samym od śmierci kogoś. A tym kimś chyba byłam właśnie ja.
-Skończyłaś bujać w obłokach czy zamierzasz dać się zabić mimo, że tylko ciebie wpuszcza aktywna wieża?!- krzyknął do mnie Dietrich załatwiwszy jednego z trzech pozostałych karaluchów.
-Tak.-odpowiedziałam mu i posłałam niecelnie pole energii w stronę Megaczołga jednak przez brak koncentracji mój atak ledwie musnął skraj jego pancerza.
-Skoncentruj się i go załatw, a nie wal na oślep. My nie możemy go załatwić na dystans a wbicie mu miecza w oko jest równoznaczne ze samobójstwem, bo ten wypali w nas laserem.-doradził mi Ferenc niszcząc przedostatniego karalucha.
Po chwili walka pod wieżą wyglądała jak obława na ostatniego potwora Xany. Po tym jak Dietrich kopniakiem strącił do morza ostatniego karalucha, otoczyliśmy naszego przeciwnika czekając aż ten popełni jakiś błąd i da się zabić. Ostatecznie gdy czarna kula się otworzyła by zastrzelić Ferenca, wpakowałam mu prosto w oko Xany pole energii powodując jego zniszczenie. Ferenc nie miał jednak tyle szczecią, bo zanim zniszczyłam Megaczołga zdołał on dosięgnąć swoim laserem Ferenca.
-Koniec końców to wygraliśmy.- powiedział do mnie zadowolony zwycięstwem Dietrich wzruszając ramionami.
-Dietrich, Agnes wykryłam obecności trzech obiektów niedaleko was. Jeden z nich to najwyraźniej William, ale nie jestem w stanie stwierdzić kto jeszcze postanowił was odwiedzić.-Usłyszeliśmy wszechobecny głos Łucji.
-Dobra to ja się nimi zajmę a Agnes pójdzie do wieży, bo nie ma sensu by wspomagała mnie w walce skoro już teraz może dezaktywować wieżę.- odpowiedział jej Dietrich.
Wtedy rozpoczął się ich atak. Mając na myśli ich myślę o dwóch przeciwnikach, którzy z ogromną prędkością na nas wpadli powodując, że przejechaliśmy po plecach po ładne kilka metrów. O ile napastnik, który mnie odepchnął od wieży od razu znikł pozostawiając po sobie jedynie żółtawą smugę to Dietrich nie miał już tyle szczęścia, bo jego przeciwnik prawie natychmiast skrzyżował z nim miecze. Osobą, która zaatakowała Dietricha był właśnie William, co nie zdziwiło Dietricha mimo, że wczoraj go nie było z nami w Cortexie. Mało tego, wyraźnie było widać, że już kiedyś się widzieli a nie mam pojęcia kiedy Alzatczyk go spotkał. Wstałam i rozejrzałam się badawczo na wszystkie strony by  sprawdzić gdzie podział się napastnik, który mnie zaatakował. Podejrzewam, że od tyłu nie może mnie zaatakować dlatego że posiada jedynie broń białą a za moimi plecami jest niewielka przepaść. Gdy na chwilę skupiłam wzrok na owej przepaści ogarnęło mnie przerażenie, ponieważ z tej przepaści zaczęła się wyłaniać Scyfozoa, która pewnie znowu zamierzała mi grzebać w pamięci. Próbowałam uciec,  jednak złodziej pamięci nie dał mi na to czasu, łapiąc mnie swoimi mackami za nogi i zaciągając mnie na ziemię, gdy próbowałam uciec za pomocą skrzydeł. Po uniemożliwieni mi ucieczki Scyfozoa zluzowała uścisk na moich nogach a następnie mnie na chwilę puściła by móc przystawić macki do głowy i rozpocząć swoją robotę.
Rozpocząwszy swoją robotę Scyfozoa zaczęła coś ze mnie wydobywać. Czułam się tak jak gdyby ktoś zabierał mi jakąś część mnie. Nie wiem dokładnie co zaczęła mi zabierać Scyfozoa ale z pewnością było to coś ważnego. W końcu gdyby to nie było ważne to złodziej pamięci nawet by się nie pofatygował tutaj.
Najwyraźniej wypompowawszy ze mnie to co chciała, zaczęła mi grzebać w innych częściach mojej pamięci, przez co znowu nawiedziły mnie wizje mojej przeszłości. W wizji, której zobaczyłam byłam w pokoju wyglądającym dość podobnie do  naszych pokoi z internatu. Było tam łóżko nad którym powieszony był plakat jakiegoś niechlujnego męszczyzna o siwych włosach. Po przeciwnej stronie pokoju znajdowała się szafa i półki na książki. W pokoju łącznie ze mną znajdowało się sześć osób, wyglądających na te same osoby, które widziałam w jednej z wcześniejszych wizji. Wszyscy wpatrywali się w komputer na którym leciał filmik przedstawiający kłótnię dwóch naukowców. Jedną z kłócących się postaci był mój ojciec a drugą brodaty, zarośnięty męszczyzna, który wydawał się mi być dla mnie bliższą osobą od mojego ojca. Kłócili się oni o założenia jakiegoś projektu badawczego. Gdy spróbowałam wsłuchać się w tą rozmowę, wizja się nagle urwała.
Spadłam na ziemię w Cortexie sądząc, że Dietrich jakimś cudem pokonał Williama i ruszył mi z pomocą, ale się myliłam. Dietrich  trzymając się krawędzi jednej z przepaści ledwie ratował się od upadku do cyfrowego morza. Doznałam lekkiego szoku gdy zobaczyłam Williama odpędzającego ode mnie kalmara, który kradł mi pamięć. Pomyślałam, że  najwidoczniej wyzwolił się spod kontroli Xany i ruszył mi z pomocą, ale gdy odwrócił się ku mnie, odpędziwszy Scyfozoę w jego oczach w ciąż był znak Xany.
-Zwycięstwo!- wykrzyknął William wystrzeliwszy we mnie smugę dymu, który najpierw mnie sparaliżował a potem uniósł w powietrze.
-William walcz z Xaną! Wiem, że możesz się wyzwolić spod jego władzy! Przecież mnie uratowałeś mnie  przed Scyfozoą parę sekund temu!- zawołałam błagalnym tonem do Williama.
William usłyszawszy te słowa jedynie się uśmiechnął po czym spojrzał na mnie z politowaniem i powiedział- Jesteś głupsza niż myślałem. Cały czas wykonywałem wolę mojego pana i zawsze jestem mu podporządkowany.
Następnie za pomocą dymu uniósł mnie w powietrze i obrócił w kierunku zbliżającej się Scyfozoi. Była jednak trochę inna niż wcześniej. Jej korpus nie był błękitny tylko szkarłatny a na środkowej wypustce łączącej „kopułę” z resztą jej ciała, widniało godło Xany. Ostatnie co zobaczyłam przed tym jak latający kalmar dobrał się do mnie było to, że Dietrichowi udało się podciągnąć na platformę i już nie zwisał z przepaści. Tym razem film mi się urwał jedynie na kilka sekund, ponieważ jedna z katan Dietricha, rzucona przez niego przecięła kilka macek Scyfozoi przez potwór najwyraźniej się przestraszył i zaczął się wycofywać. Dietrich natarł na Williama z okrzykiem: „Tarcza Szmato!” i ciął go prosto w krzyż powodując jego dewirtualizację.
-Ładnie to rozegrałeś.- pochwaliłam swojego wybawcę.
-Dzięki a teraz zmykaj do wieży zanim zjawią się kolejni nieproszeni goście.-odpowiedział mi.
Pobiegłam więc do wieży by ją dezaktywować, co zrobiłam dość szybko, ponieważ nikt mi nie przeszkadzał. Po tym jak wieża zmieniła kolor z czerwonego na niebieski, Łucja sprowadziła nas na ziemię, gdzie dołączyliśmy do reszty przyjaciół.
-I co widzicie jak to załatwia prawdziwy mistrzu?- powiedział do wszystkich Dietrich.
-Mistrzu jadący ciągle na fuksie.-zripostował mu Ferenc.
-Ale ciągle mistrzu.-odpowiedział mu Dietrich
-Przestańcie sobie żartować. Powinni byliśmy wrócić do szkoły albo na tę stację, bo uznają nas za zaginionych a tedy rozpoczną się dla nas prawdziwe kłopoty.-powiedziała do wszystkich Sylwia.
-Raczej to drugie, bo jak kumple Dietricha wrócili do szkoły to pewnie powiedzieli, że zostaliśmy w tyle i wkrótce do nich dołączymy. A poza tym to z tej stacji niewiele pozostało po tym jak Xana pobawił się autkami.-odpowiedział jej Ferenc.
To w takim razie ustalone. Lepiej będzie nie zostawiać tu segregatorów, bo jak się nad tym głębiej zastanowiłem, to sobie przypomniałem, że nie tylko my wiemy o istnieniu. Tak więc bierzmy te segregatory i wynośmy się stąd.- ogłosił Dietrich po czym wraz z Ferencem i Lukasem wzięli po segregatorze i skierowali się w kierunku wyjścia. Gdy  poszedłem za nimi zorientowałam się, że czegoś mi brakuję. W lewej ręce nie czułam obciążenia, które towarzyszyło mi gdy przenosiłam się do Cortexu. Do wirtualnego świata weszłam z teczką pełną danych, a wyszłam z niego bez niej.
-Coś nie tak Agnes.-zapytał się mnie Łucja zauważywszy moje zakłopotanie.
-Ten kalmar ukradł mi teczkę.- wyjąkałam do niej w odpowiedzi wciąż nie potrafiąc zrozumieć jak to się stało.
-Ej chodźcie tutaj gdzieś koło szkoły coś się pali.-krzyknął do nas Ferenc, który wraz z Dietrichem i Lukasem wysforował się do przodu.
-Co? Czy to te samochody dotarły do naszej szkoły?!- zawołała do niego Łucja, której głos potoczył się echem po tunelu.
-Wyjdźcie na zewnątrz to same to zobaczycie . Z tej odległości nie ma pojęcia co się tam jara.-odpowiedział jej Dietrich.

Obydwie jak najszybciej dołączyliśmy do pozostałej części naszej paczki wpatrującej się w niebo. Nad koronami drzew zobaczyliśmy zarys budynku naszego liceum a obok niego unoszącą się smużkę dymu.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz