wtorek, 26 grudnia 2017

Rozdział 8 "Pokłosie"

Pisząc, że kolejny rozdział będzie w grudniu miałem nadzieje, że będzie to 9 a ten będzie jedynie zabezpieczeniem na spełnienie zapowiedzi. Nie mam jednak pomysłu jak dobrze ogarnąć dialogi w nim więc zostawię bloga na bliżej nieokreślony czas a na razie dokończę dwa inne koncepty. Zapraszam do lektury.

***



Rozdział 8



„Pokłosie”

Wtorek

Ferenc

Dzisiejszy dzień dostarczył mi wystarczająco dużo wrażeń, bym nie myślał o niczym innym niż odpoczynku. Do tego dochodziły pytania związane z tym, co się stało w Cortexie. Czy to rzeczywiście on był źródłem zagrożenia? Z tego, że po dezaktywacji wieży przez Agnes wąż padł wynika, że tak. Ale wtedy pozostaje pytanie jak Agnes to zrobiła? Mnie wieża nawet nie chciała wpuścić. Agnes będzie musiała nam co nieco wytłumaczyć. Aż szkoda, że nie zapytałem się jej zanim się rozdzieliliśmy.  Zamiast tego skupiłem się wtedy na tym, by jak najszybciej dojść do akademików i jakoś to wszystko przetrawić.

Już myślałem, że uda się nam dojść do akademika bez przeszkód, gdy dostrzegłem na korytarzu policjanta przepytującego uczniów. Kilku uczniów, których zaczepił puścił od razu. Byli oni jednak z klas, które nie miały szans mieć do czynienia z wężem. Do nas pewnie będzie miał trochę pytań. No i miałem rację, bo gdy nas zauważył od razu wykrzyknął:

- Ej wy dwaj, z której jesteście klasy?

- Jesteśmy z 3b - odpowiedział Lukas, popisując się swoją głupotą. Teraz nas na pewno nie przepuści- pomyślałem.

- Tak? To świetnie, bo mam do was kilka pytań o to, co się stało po lekcji wychowania fizycznego – powiedział wyjmując z kieszeni niewielki notatnik.

- Jest pan z policji? - zapytałem, rżnąc głupa pytaniem się umundurowanego kolesia czy jest z policji.

- Tak. Jestem Maurice Putain z policji kantonu Neuchatel - odparł z lekkim uśmieszkiem.

- Nie popełniliśmy żadnego wykroczenia panie władzo - odpowiedziałem próbując zejść z tematu akcji w szatni.

- Nie chodzi o to, co wy zrobiliście, ale o to, co zrobił napastnik - odpowiedział nam mundurowy.

Wymieniliśmy spojrzenia z Lukasem. Obydwaj wiedzieliśmy, że teraz trzeba mu naopowiadać bredni o dziadku z wermachtu i sprawić, żeby w to uwierzył. O ile dla mnie nakłamanie psu nie łamie żadnych zasad moralnych, to wątpię, żeby Lukas posunął się do kłamstwa. Najpewniej cały ciężar rozmowy od razu spadnie na mnie.

- Chodzi panu o tego emeryta w niemieckim mundurze? - zapytałem nieśmiało.

- Właśnie o niego, bo w zeznaniach uczniów są spore rozbieżności. Ale najpierw to podajcie swoje personalia - odpowiedział podejrzliwie policjant.

- Ja jestem Lukas Kleinritter, a mój kolega to Ferenc Wańczak - powiedział Lukas wiedząc, że to jedno z niewielu pytań, na które może odpowiedzieć uczciwie.

- Dobrze więc. Wańczak gdzie ty byłeś podczas napaści?

- Byłem z Lukasem w toalecie, gdy wpadł ten emeryt. Wyrzucił mnie i Lukasa z toalety i wrzucił tam granat prosto w wirującą wodę wrzeszcząc w stronę kibla: „Mam cię Żydzie!”. Następnie zamknął drzwi, a rzucony przez niego granat zniszczył sedes, rozpryskując przy tym to, co było w środku na wszystkie strony - powiedziałem zmyślając na potęgę.

- Hmm…. A co było dalej? - powiedział lekko rozbawiony funkcjonariusz.

- Potem nas wygonił z szatni i chciał rozstrzelać na drzwiach ewakuacyjnych z pomocą granatnika, ale to, że dziewczyny wtedy wyszły z sali, zdekoncentrowało go na tyle, że chybił i zamiast nas zabić, zniszczył drzwi ewakuacyjne, umożliwiając nam ucieczkę.

- Granatnik? Chłopcze czy ty w ogóle wiesz, jakie zniszczenia powoduje granatnik? Gdyby to granat zniszczył drzwi to by zabił lub ciężko ranił każdego kto był na miejscu - odpowiedział policjant nie łyknąwszy mojej opowieści.

- A jak inaczej pan wytłumaczy te zniszczenia?

- To już nie twoja sprawa gnojku. Jesteście wolni - powiedział, po czym dodał jeszcze. - Na razie.

Poszedłem zdenerwowany do pokoju całkowicie olewając Lukasa, który nic mi nie pomógł podczas tej rozmowy. Do pokoju wpadłem, jak burza zatrzaskując Lukasowi drzwi przed nosem. Padłem na swoje łóżko zdenerwowany i zacząłem rozmyślać, co się stanie, jak gliny odnajdą bunkier, a w nim skanery, superkomputer oraz trzymetrowego pytona, który utknął głową w kanapie. Czy pójdziemy wtedy siedzieć? Rozmyślałbym zapewne dalej, gdyby do pokoju nie wszedł Lukas, mącąc mój spokój.

- Długo będziesz strzelał fochy? – zapytał, pykając przy tym coś w telefonie.

- Mogłeś mnie wspomóc, a nie milczeć, gdy musiałem zmyślać temu psu. Czy ty w ogóle zdajesz sobie zdanie, że jest coś takiego jak solidarność w grupie? Jeśli by mi nie uwierzył to mielibyśmy spore kłopoty - odpowiedziałem Niemcowi, zdenerwowany jego brakiem zaangażowania, w zachowaniu w tajemnicy istnienia bunkra.

- Nie będę nikogo okłamywał. Zwłaszcza gliny. Mogłoby to tylko pogorszyć sytuację.

- Tak? A co zrobisz, jak cię wezmą na komisariat w sprawie bunkra w lesie.

- Nie muszę ci odpowiadać - odpowiedział, zirytowany całą sytuacją Lukas, po czym dodał. - Może byś zadzwonił do dziewczyn, bo ja mam numer jedynie do Sylwii, a ona nie odbiera.

- Chciałbym, ale nie mam telefonu do żadnej z nich - odpowiedziałem mu uświadamiając sobie, że znam Sylwię i Łucję od trzech lat, a do żadnej z nich nie mam telefonu.

- Oj tam, nic się na razie nie stało - powiedział, po czym dodał: A tak w ogóle, to czemu Agnes miała w Cortexie inny strój?

- Nie mam pojęcia. Zamierzam się o to spytać Agnes. Po dzisiejszej akcji zaczynam wątpić w to, że to jest tylko gra - odparłem Niemcowi, kończąc rozmowę, po czym wstałęm z łóżka i wyszedłem z pokoju.

Udałęm się korytarzem na parter, by się wymknąć z internatu i zobaczyć, co Nicollo chce zrobić z kumplami w sprawie węża. Idąc korytarzami internatu nie spotkałem nikogo, bo wszyscy albo byli na lekcjach albo siedzieli w pokojach starając się sobie logicznie wytłumaczyć to, co się stało. Po wyjściu drzwiami ewakuacyjnymi z internatu przemknąłem między krzakami, rosnącymi na niezagospodarowanym terenie, tak by niezauważenie przemknąć do lasu. Będąc w lesie również nie napotkałem żadnych trudności, ale gdy doszedłem do bunkra, zobaczyłem Jeana i Nigela niosących spróchniałe sztachety od płotu oraz usłyszałem dobiegające ze środka bunkra krzyki i głośne przekleństwa.



Nicollo



Parę minut wcześniej



Zszedłem do bunkra z pozostałymi członkami „gwardii [1]”, by zobaczyć, dlaczego pan pyton mając mnóstwo kąsków do pożarcia, wpakował się akurat do bunkra. Właściwie to miał całą szkołę jako miejsce do rozpierdolenia czegoś. Ale nie. Musiał wbić do bunkra. Rozpowszechnienie swojej wersji wydarzeń, że za to wszystko odpowiadał walnięty emeryt na szczęście się udało, więc nie musieliśmy się martwić, że ktoś będzie gada szukał. W końcu łatwiej uwierzyć w terrorystę niż w akcję rodem z kreskówki. Gdy zeszliśmy do podziemi, zobaczyliśmy pierwszą rzecz, która nas zaskoczyła. Była to dziura w żelbetonowej ścianie zrobiona przez najwyraźniej jadącego na god modzie węża.

”Trudno. Jakoś się załata” – pomyślałem.

- Jean pamiętasz ten stary, rozwalający się płot przy opuszczonej leśniczówce? - zapytał się go Franz. Będący naszym nieoficjalnym liderem tylko dlatego, że zajebał nas wszystkich w niedzielę jak urządziliśmy sobie w szóstkę turniejek kto zabije pozostałych w Cortexie.

- No owszem - odparł mu Jean. – A co?

-Przydałoby się, żeby ktoś tam skoczył i zgarnął kilka sztachet z płotu. To byśmy wtedy jakoś załatali tę dziurę sztachetami od wewnątrz i zasypali tę dziurę ziemią od zewnątrz - powiedział Franz.

- To ja pójdę wraz z Nigelem. Ok Nigel? - rzucił Jean.

- Dobra – odpowiedział mu Nigel, po czym powiedział do reszty - To miłego wyciągania z bunkra naszego nieproszonego gościa.

Gdy Nigel i Jean poszli po materiały do zapchania dziury, zagłębiliśmy się w dalsze części bunkra. W sali z komputerem i skanerami zobaczyliśmy nieruchome cielsko pytona, którego głowa wbiła się w środkową poduszkę na starej kanapie, przyniesionej przez nas do bunkra z leśniczówki. Wraz z Markiem i Franzem podeszliśmy do węża, zostawiwszy nasze plecaki w rogu sali, a Klemens udał się w stronę komputera, by sprawdzić zapisy z walki w Cortexie i powiadomić strażnika o możliwych problemach. Zbliżyłem się do tylnej części ciała/ogona, czy jak tam się nazywa ciało węża i spróbowałem je podnieść. Ledwo mi się udało utrzymać je przez kilka sekund. Może już kogoś pożarł.

“Na przykład tego kurdupla Adolfa, bo jego by akurat wsunął całego na raz” - pomyślałem.

- Pięknie kurwa, po prostu pięknie. Jak my go teraz stąd usuniemy? - powiedział zdenerwowany Franz.

- Może go wypchamy i powiesimy na ścianie bunkra tak na pamiątkę. - zaproponowałem.

- Pojebało? - odpowiedział mi Niemiec.

- Niby czemu? Jak zamierzasz go przenieść, skoro w czwórkę nie jesteśmy w stanie go nawet ruszyć.

- Ej! A może potniemy go na kawałki i wyniesiemy gdzieś w las, by usunąć ślady tej rozróby? - wtrącił się w naszą rozmowę mój współlokator.

- No w sumie to nie jest taki głupi pomysł - odparł mu Franz, po czym zapytał się Marka: - A pomyślałeś czym go potniemy?

- Coś się potem wymyśli. Ale najpierw wyciągnijmy jego ryjec z kanapy i skołujmy nową poduszkę w miejsce tej przedziurawionej - powiedziałem do reszty.

W momencie, gdy wszyscy trzej chwyciliśmy za głowę węża, by wyciągnąć go z kanapy, wąż się nagle ocknął. Wszyscy odskoczyliśmy od odzyskującego przytomność gada. Niestety w bunkrze nie było niczego, co by się nadało do obrony przed gadem. Podbiegłem w stronę rogu, w którym zostawiliśmy plecaki, by poszukać czegoś, co się nada do obrony. Gdy wąż do mnie podpełzł, to wyjąłem z plecaka podręcznik z francuskiego i cisnąłem dwustustronowym tomiskiem w głowę węża, trafiając go w oko, po czym odskoczyłem na bok, głośno przeklinając niechcianego gościa. Na szczęście wtedy do bunkra wpadli Jean, Nigel i o dziwo Ferenc, który powinien sobie poszukać dziewczyny, bo zdecydowanie za często się bawi w detektywa. Każdy z nich miał przy sobie po kilka sztachet ze spróchniałego płotu. Nie zdałyby się na wiele, gdyby nie to, że z każdej sztachety wystawały po dwa lub trzy zardzewiałe gwoździe. Rzucili nam po sztachecie dzięki którym byliśmy w stanie przypuścić atak. Zaszliśmy węża z kilku stron, dzięki czemu Nigelowi, który go zaszedł od prawej udało się uderzyć sztachetą węża prosto w pysk roztrzaskując przy okazji spróchniałe drewno. Wąż znieruchomiał w momencie, gdy między oczami utknął mu całkiem spory gwóźdź.

- Bala bala Kopf Kaput [2]? - powiedziałem w stronę węża roztrzaskując kolejną sztachetę na jego głowie.

- Nie martw się. Zatuszuje się sprawę w szkole i bez problemu załatwi się problem węża - powiedział do mnie drwiąco Ferenc, cytując to co mu wcześniej powiedziałem przez telefon.

- A co chciałbyś się bawić z panem pytonem pojedynczo, bo dziewczyny i Lukas pewnie by od razu dali nogę, gdy tylko zobaczyliby węża? - zripostowałem Węgrowi.

Ferenc spojrzał w oczy węża, które pozostały otwarte, po tym jak ich właściciel kopnął w kalendarz, po czym powiedział do wszystkich:

- Wiecie co? Ten wąż jak mnie wcześniej gonił, to w oczach miał ten sam symbol, jaki miały potworki z Cortexu oraz William.

- William? - powiedziało na raz kilku moich kolegów z rocznika.

- Ten gościu w czerni, który wczoraj rozkręcił inbe w Cortexie. Powiedział Ferenc do Nigela.

- A skąd wiesz jak on się nazywa? - zapytał się go Franz.

- Sam mi się przedstawił - odparł mu ironicznie Ferenc, z ledwo zauważalnym zawahaniem, oznaczającym, że kłamie.

- Tego się nie spodziewałem - odpowiedział mu sztywno zdziwiony Franz, nie zrozumiawszy ironii.

- Czyli to co się działo w naszej budzie z wężem ma jakiś z związek z Xaną i z tym Wa…- powiedział do wszystkich Klemens, ale nie zdążył dokończyć, bo przerwał mu Nigel.

- Żyj sobie dalej w swoim wyimaginowanym świecie - powiedział do niego Nigel, by Ferenc nie zaczął wsadzać swojego przydługiego nosa w sprawy Cortexu, Xany i strażnika.

- Jak uciekliście do Cortexu to spotkaliście tego jak mu tam? - rzucił Franz zapomniawszy domniemanego imienia wielbiciela sztućców w rozmiarze XXL.

- Williama -wyręczył go Ferenc

- No, to jak spotkaliście Williama, to co on robił? Pilnował tej swojej wieży? Opowiedz co się tam wydarzyło - rozkazał Franz.

- Ej! Nicollo, Klemens jak nie macie nic ważniejszego do roboty, to pomoglibyście mi i Nigelowi w pocięciu węża na kawałki, bo jakoś musimy go wynieść bunkra nim zacznie gnić - powiedział na głos Jean, wymachując piłą do drewna, którą również przyniósł z leśniczówki zirytowany tym, że od kilku minut go ignorujemy.

Tak więc wraz z Klemensem podszedłem, do węża by pomóc Nigelowi i Jeanowi w jego pocięciu.

- Ale głowę zostawcie. Mam co do niej fajny pomysł - powiedziałem do nich, a oni popatrzyli się na jak na szaleńca.

Następnie wzięliśmy się za robotę, a ja bacznie słuchałem rozmowy Franza i Ferenca, chcąc dowiedzieć się jak najwięcej.

- … i wtedy Agnes wyszła z wieży, która zmieniła barwę z czerwonej na niebieską - Ferenc kontynuował swoją opowieść.

- Dobra. Już wystarczy. Wracaj do pokoju, chyba że chcesz nam pomóc przenosić siedem kawałków truchła - odpowiedział mu Franz.

- Nie dzięki. Na dzisiaj mam już dość rozrywek - powiedział Ferenc, kończąc rozmowę, po czym poszedł w stronę włazu.

Gdy Ferenc poszedł wynieśliśmy truchło węża oprócz głowy, którą zamierzałem, nikomu nic nie mówiąc, wypchać i powiesić na ścianie bunkra jako pamiątkę. Jutro wstaniemy przed świtem i podpalimy cielsko węża, tak aby wschodzące słońce zakryło płomienie dość dużego ogniska, ukrywając je przed wzrokiem uczniów, nauczycieli oraz mieszkańców pobliskiego miasteczka.

Wróciwszy do bunkra Franz zawołał nas wszystkich na kanapę, by omówić następny krok. I wtedy powtórzył nam to, co usłyszał od Ferenca. Z tego co mówił Ferenc to kluczami do Cortexu została obdarzona ta nowa dziewczyna. Dość niefortunnie, bo nie zawsze pewnie będzie pod ręką, gdy Xana coś odwali. Omówiwszy razem tę sprawę postanowiliśmy sprawdzić tę wieżę w Cortexie. Tak więc ja wraz ze Markiem przenieśliśmy się do wirtualnego świata. Wieża rzeczywiście zmieniła kolor, co potwierdził Mark, który już ją wcześniej widział. Już mieliśmy wracać, gdy dostaliśmy wiadomość od siedzącego przy komputerze Klemensa.

- Ej! Mam na holomapie coś dziwnego na południowy zachód od was.

- Od kiedy to my tu mamy zachód czy południe? - zapytałem się go zdziwiony.

- Ech. Po prostu uznaj, że most prowadzący do kuli wskazuje północ - odparł Klemens

- Dobra, Już biegniemy to sprawdzić - odparłem mu, po czym wraz z Markiem pobiegliśmy to sprawdzić.

Gdy dobiegliśmy na miejsce wskazane przez Klemensa nie wierzyliśmy własnym oczom. Albo strażnik postanowił coś dodać do dość monotonnego wyglądu Cortexu albo mamy nieproszonych gości. Przed nami w miejscu, gdzie kończył się Cortex a zaczynał przepaść stał statek o dość dziwnym wyglądzie. Miał on budowę podobną do litery „T”. Z tym tylko, że górną kreseczka wyglądała trochę jak położony poziomo łuk kompozytowy. Środkową część tworzyło coś wyglądającego jak główny kokpit, od którego odchodziły na obydwie strony wygięte w łuk skrzydła. Na dolną część statku składała się pionowa iglica skierowana w dół oraz przyczepione do niej cztery małe stateczki. Gdy się już napatrzyliśmy usłyszeliśmy ponownie głos Klemensa.

- Uważajcie! Macie tam towarzystwo! Nie wiem dokładnie co lub kto to jest, bo sprawnie zakłócają sygnał! - krzyknął do nas Klemens.

W tym momencie w ciało Marka wbiły się dwa latające dyski, które przeszły na wylot i poleciały dalej powodując jego dewirtualizację. Chciałem się odwrócić i dostrzec kto nas zaatakował ale zanim to zrobiłem dostałem mieczem w szyję od tyłu a następnie zostałem popchnięty do przodu. Dewirtualizacja rozpoczęła się od głowy przez co nic nie zobaczyłem już więcej

Wyszedłem ze skanera zdziwiony tym, że ani Franz, ani Nigel nie poszli nas wesprzeć w tej walce.

- Wiecie co? Miałem całkiem miłe wrażenie, gdy ktoś zrobił sobie z moich oczu szaszłyka, bo nikt nie ruszył dupy, by mi pomóc - powiedziałem do nich sarkastycznie.

- Byliście na straconej pozycji, a ja nawet nie wiem, kto was załatwił. Na holomapie byli widoczni może z sekundę. Potrafią zakłócać sygnał, więc nie wiem, ilu ich było ani jak wielkie zagrożenie stanowią dla nas i strażnika - powiedział Klemens, który najwyraźniej za dużo się nagrał w gry strategiczne.

- To kto mu to powie? - zapytałem się ich. - Bo ja nie zamierzam już dzisiaj wracać do Cortexu, ani tym bardziej włazić do tej jego czarno-fioletowej wieży.

- O intruzach zapewne już wie, ale o tym, że ta czerwona wieża miała jakiś związek z wężem, zapewne nie wie i nie musi się dowiedzieć - powiedział Franz.

- To dobrze, bo jak na sztuczną inteligencją strażnik ma dość wybuchowy charakterek. No to jak w końcu jest? Kto idzie na herbatkę ze Zordonem? - powiedziałem do Franza.

- Ja pójdę wraz z Nigelem - odpowiedział mi Franz.

- Będziecie mnie tu jeszcze potrzebować? I tak mam już warunek, a za zerwanie się ot tak z kilku lekcji pewnie mnie od razu wywalą. - zapytałem się ich, po tym jak przypomniałem sobie, że nam nie odwołali lekcji z powodu akcji w szatniach, a przerwa dawno się skończyła.

- To idź wraz z Jeanem i Markiem. O mnie się nie martwcie. Ja nie mam warunku i wątpię, żeby dyro mnie wywalił jak do niego trafię na dywanik - powiedział Franz do mnie, Jeana i Marka na odchodne.

Wróciliśmy do szkoły przez las bez żadnych przeszkód. Niestety wejście na teren szkoły okazało się już nieco trudniejsze. Na parkingu przed frontowymi drzwiami stały dwa radiowozy, więc musieliśmy okrążyć zarówno cały teren szkoły, jak i pobliskiego uniwersytetu, który stanowi część tego samego kompleksu. Mimo przeszkód dotarliśmy jednak na lekcję, spóźniając się po pół godziny i zarobiliśmy tym samym po dwie godziny szlabanu.



Tyron


Pod koniec wykładu o fizyce kwantowej na ekranie mojego laptopa pojawiła się wiadomość, że te gnojki z liceum Graffena chcą się ze mną widzieć.

“Oby mieli dobry powód” -pomyślałem.

Nie dając po sobie poznać, że coś się wydarzyło spokojnie dokończyłem wykład. Ale gdy tylko zadzwonił dzwonek obwieszczający przerwę wyszedłem z sali wykładowej i skierowałem się do kotłowni, gdzie znajduje się jedno z dwóch przejść do mojego laboratorium znajdującego się pod boiskami i innymi obiektami sportowymi rozdzielającymi obydwa obiekty edukacyjne. Wszedłszy do mojego laboratorium, podeszłem do komputera i włączyłem dwa programy. Pierwszy z nich emituje w mojej wieży w Cortexie imitację „strażnika”, tak aby ta dzieciarnia myślała, że to z nim właśnie rozmawia. Drugi z nich zmienia mój głos, tak aby nikt nie domyślił, że należy on do mnie. Otworzyłem okno podglądu Cortexu i wybieram widok numer 3, który pochodzi ze środka mojej wieży. Zanim rozpocząłem konwersację przeglądnęłem pozostałe trzy opcje podglądu Cortexu, by upewnić się, czy obecnie wszystko jest w porządku. W Sercu Cortexu, mostku w środku kuli i na moście jest spokojnie, tak więc rozpoczynam rozmowę.

- Macie mi coś ciekawego do powiedzenia czy zamierzacie marnować mój czas?

-Tak. Wykryliśmy intruzów z zewnątrz - powiedział młodzik z numerem 1.

- Co?! Kto to był? Opiszcie mi no ich oraz podajcie godzinę i miejsce zdarzenia! - powiedziałem do nich, chcąc by podali mi tyle danych, ile tylko mogą. Jeśli dowiedziałbym się chociaż w przybliżeniu, kiedy i w jakiej części mojego świata były te dzieciaki od Schaeffera, to przybliżyłoby mnie to do ich złapania, a wówczas już tylko krok do pojmania Walda i wyciągnięcia z niego jego wiedzy i umiejętności, by udoskonalić dzieło mojego życia.

- Wschodni kraniec Cortexu jakieś dziesięć minut temu. Nie wiemy kto to był, ale był dobry, bo załatwił nas w trzy sekundy - powiedział stojący z lewej młodzieniec o krótkich, kręconych czarnych włosach i numerze 2.

- Dobrze. Macie mi coś jeszcze do powiedzenia? - zapytałem się ich, nie chcąc prowadzić nieproduktywnej rozmowy.

- No mamy właściwie jedno pytanie. Czemu moc dezaktywacji wież trafiła do jakiejś dziewczyny, która pewnie będzie miała sprawy Cortexu i Xany w dupie. Czemu nie dałeś jej, któremuś z nas? - powiedział ten z numerkiem 1.

Miałem ochotę wysłać kilku zawodowców, by tego bezczelnego chłystka wrzucili do morza sieciowego i tym samym zwirtualizowali go na zawsze, ale w porę się opamiętałem. W końcu musi się im wydawać, że rozmawiają ze sztuczną inteligencją, a nie mną. Jak tylko skończę dzisiaj pracę to zadbam o to, by zmienić choć kilka najbliższych dni ich życia w piekło.

- Klucze automatycznie otrzymała pierwsza osoba, która zwirtualizowała się dnia dzisiejszego po godzinie dziesiątej. Jak tylko wykryjecie czerwoną wieżę to wyślijcie ją do niej, aby ją dezaktywować. Na dzisiaj to by było na tyle - powiedziałem im, po czym zerwałem połączenie i jak najszybciej wróciłem na salę wykładową, zdążając jeszcze przed końcem przerwy.

Dlaczego córka Schaefferów to potrafi? Co ona ma w sobie wyjątkowego? Czyżby Waldo tak zaprogramował Xanę, żeby on i jego córka byli w stanie go zniszczyć, gdyby zaszła taka potrzeba? Te i wiele innych myśli kłębiły mi się w głowie, ale na wszystkie powinienem znaleźć odpowiedzi w ciągu kilku najbliższych dni.

Ciąg Dalszy Nastąpi …



1.   „Gwardia” to określenie wojowników Cortexu mających numeru od 1 do 6. Od pozostałych wojowników Cortexu różnią się strojem (Posiadają ciemnoszare płaszcze i wysokie buty z kolczastymi cholewami), uzbrojeniem (każdy z nich oprócz własnej broni posiadają również sztylet będący w przymocowanej do lewego rękawa kaburze) oraz doświadczeniem (Najwięcej wizyt w Cortexie). W jej skład wchodzą Franz, Nigel, Klemens, Nicollo, Jean i Mark.

2.   Takie niemieckie powiedzonko używane, gdy komuś się coś nie udało z powodu własnej głupoty.

1 komentarz:

  1. Kolejny rozdział z oryginału. Jest dobry, ale biorąc pod uwagę wcześniejsze wydarzenia, potrzebuje większej korekty, ale to już w uwagach.
    1. Do Lukasa mam te same uwagi co w poprzednim rozdziale. Nie mam w tym wypadku nic więcej do powiedzenia.
    2. a) Samo spotkanie z komendantem nadal wygląda dobrze. Tylko mam takie pytanie - jaką władzę ma tamtejsza policja w tego typu sprawach. Może troche im pogrozić? Zarekwirować ich rzeczy? Przyprzeć do muru jak widzą, że "świadek" się z nich nabija, podając fałszywe zeznania? b) Po pierwszej części blefu Ferenca, Putain mógł się spytać o ubrania jakie nosili podczas tego zdarzenia, by je później wziać i sprawdzić pod kątem obecności substancji chemicznych należących do rzekomego granatu. To samu na "miejscu zbrodni". Wtedy by mieli powód by wziąć ich na komisariat, a wtedy albo Gwardia bądź Graffen musieliby coś wymyślić, albo sytuacja by się sama rozwiązała przez czyjąś inną interwencję.
    3. a) Coś tu nie gra - Franz nie ma pojęcia o całej sprawie jaka zaszła w Cortexie, czy zwyczajnie nie mieli jeszcze okazji, by wzajemnie odbyć poważną rozmowę o "szalonym naukowcu" i Xanie, o których Strażnik im powiedział? b) Nie wiem, czy ten fragment wyciąłeś czy nie, ale dobrze pamiętam, że Klemens powiedział "Franz mnie zabije jak się dowie..." po turnieju, który musieli przerwać z powodu Xany. Z perspektywy Nicolla, mogło być nawiązanie do tej sytuacji i jak się ta sprawa rozwiązała między Franzem a Klemensem. W bukrze też mogło być do tego nawiązanie podczas rozmowy po tym jak Ferenc sobie poszedł. c) Bawi mnie to, że pyta Nicolla, czy go pojebało odnośnie robienia z pytona trofeum na ścianie, skoro sam jest najbardziej "pojebany" z nich wszystkich. A tak do rzeczy dziwi mnie to, że mówił nic "pojebanego", co mogliby zrobić z policją, gdyby ta zaczęła być bardziej uciążliwa.
    4. Brakuje takiego lekkiego dopowiedzenia odnośnie zirytowania wszystkich, że nie będą mogli organizować turnieji w Cortexie jakiś czas przez tą całą sytuacje z policją, i że będą musieli coś w tym wypadku wymyślić jako środek tymczasowy aż do odwołania.
    5. a) Biorąc pod uwagę wcześniejsze wydarzenia, brakuje tego omówienia zachowania Strażnika jak bardzo nabrał wody w usta jeśli chodzi o Agnes, a o Xanie i Shaefferze już im powiedział. b) Skoro to wszystko zaczyna się obracać wokół Agnes, to dziwne jest to, że Franz ani nikt inny w grupie nie pomyślał o tym wziąć dziewczynę na stronę i ją przesłuchać.
    6.Czy Graffen z Tyronem się nie komunikują? Biorąc pod uwagę, że jeden pyton zdemolował łazienkę, a w tym czasie Xana wykazywał swoją aktywność, powinno to dać do myślenia, że obecna misja nie będzie taka prosta jak się mu wcześniej wydawało.

    To by było na tyle.
    Skoro ten rozdział był dość krótki i jest "ciąg dalszy nastąpi", to mam rozumieć, że "Pokłosie" jest podzielone na dwie części w tym wypadku?

    OdpowiedzUsuń