niedziela, 22 lutego 2015

Rozdział 12 „Podejrzenia”

Rozdział 12

„Podejrzenia”

Czwartek

17:20

Nicollo

Tego dnia słońce leniwie sunęło po niebie, a woda w rzece płynęła wartko. Siedząc w koronie starej jabłoni oglądałem okolicę, tym samym odpoczywając po pełnym wrażeń poranku i nudnych lekcjach trwających resztę dnia oraz rozmyślałem o nużących mnie pytaniach. Przegryzając papierówki, starałem uporządkować swoje myśli i przemyśleć te sprawy by potem nie działać pochopnie. W tym miejscu mam zupełny spokój od zgiełku jaki panuje w szkole. Stara jabłoń na jakiej siedzę, rośnie jakieś półtora kilometra od szkoły i prawdopodobieństwo, że ktoś by przyszedł w to miejsce jest minimalne. A nawet jeśli tak, to jeszcze niklejsza jest szansa na to, że taka osoba zorientowała się, że na drzewie siedzi sobie uczeń, przegryzający jabłka. Jedynym co by wskazywało na to, że ktoś jest ukryty w koronie jabłoni jest to, że pod drzewem leży już wiele ogryzków po zjedzonych przeze mnie jabłkach. O tym, że lubię tutaj przychodzić po lekcjach wiedzą jedynie Jean i Mark, jednak żaden z nich tu nie zagląda, ponieważ uważają, że owoce tej jabłoni są wiecznie niedojrzałe. W sumie to mają trochę racji, bo w czerwcu nie można na spotkanie tutaj dojrzałego owocu, ponieważ te osiągają pełną dojrzałość dopiero pod koniec lipca. Mi to jednak nie przeszkadza, ponieważ nie do końca dojrzałe owoce są znacznie bardziej kwaśne od swych dojrzałych wersji, przez co mi bardziej smakują. Jakoś nigdy to objadanie nie do końca dojrzałymi owocami nie wyszło mi bokiem więc kontynuuje je bez większych zmartwień.
W szkole dzięki lenistwu nauczyciela w-fu, nikt nie zauważył mojej nieobecności na pierwszej lekcji przez co reszta lekcji minęła mi bez kłopotów. W ogóle  po tym co przeżyłem rano, trudno mi było się skupić na lekcjach, bo cały czas myślałem o porannej potyczce w Cortexie. Nasi rywale mówili po francusku z akcentem wskazującym na  północną bądź środkową Francję co znaczyło, że prawdopodobnie pochodzili właśnie z tych terenów. Ich imiona były jednak z pewnością innych języków chociaż równie dobrze mogły byś to ich ksywki, bo w końcu kto normalny nazywa swoje dziecko marzanną[1] lub lesbijką[2].  Każdy z nich walczył na bardzo wysokim poziomie co oznacza, że albo są opłacanymi zawodowcami albo dzieciaki, które wybierają się do Cortexu już od dłuższego czasu. Niestety na tym kończą mi się informacje przez co wraz z resztą gwardii jestem w tyle wzglądem przeciwnika, zakładając, że infiltrowali oni Cortex od dłuższego czasu i to oni zdewirtualizowli mnie we Wtorek kiedy wraz z Markiem wybrałem się do Cortexu.
Tak czy inaczej kolejnym problemem do rozwiązania jest kwestia tego kto rozciął naszą kanapę na pół. O ile fakt, że nic z niej nie zabrał był co najmniej dziwny to sam fakt, że intruz wie o istnieniu bunkra jest większym problemem. Istnieje również prawdopodobieństwo, że takowa osoba już się z kimś podzieliła wiedzą o istnieniu bunkra co może stanowić zagrożenie dla istnienia naszej grupy.
Gdy tak alej rozmyślałem siedząc na drzewie, usłyszałem czyjeś kroki. Powoli odwróciłem głowę, jednocześnie nie zmieniając pozycji w której siedziałem tak aby osoba, która nadchodziła nie wypatrzyła ruchu na drzewie. Gdybym wykonał jakiś gwałtowny ruch, mógłbym łatwo zdradzić swoją pozycję każdemu kto byłby w pobliżu, na co oczywiście nie mogłem pozwolić, bo gdyby zabłądził tu ktoś z personelu szkoły, któryś uczniów pomagających Franzowi szmuglować alkohol czy tym gorzej policjant mógłbym mieć spore kłopoty z wytłumaczeniem się z tego co tu robię, bo nikt wówczas by nie uwierzył, że przyszedłem tu jedynie na jabłka. Obróciwszy głowę, dokładnie się przyjrzałem intruzowi. Miał on króko przycięte blond włosy, niebieskie oczy i policzki usłane pryszczami. Ubrany był w zwykłe dżinsy i bordowy podkoszulek. Niósł on przewieszoną przez ramię torbę sportową, którą od razu rozpoznałem, ponieważ widziałem ją tysiące razy w moim pokoju. Tym Intruzem mógł być jedynie Mark, który zapewne mnie szukał.  Powoli zszedłem z drzewa i zeskoczyłem tuż przed nim, co spowodowało u niego lekki szok.
-Znowu się bawisz w tarzana?- powiedział ironicznie Mark
-Zgadza się ale z tą różnicą, że zamiast bananów opierdalam się jabłkami.
-Bardzo interesujący szczegół.- odrzekł sarkastycznie Mark po czym dodał- Mamy zebranie w bunkrze i miałem cię powiadomić o nim.
-Mieliśmy mieć zbiórkę dopiero za godzinę przecież.- odparłem Markowi, zdziwiony tą wiadomością.
-Coś tam Franz znowu wymyślił. Chyba chodzi o tą kanapę.- wyjaśnił mi blondyn.
-No to na co jeszcze czekamy? W drogę!- odpowiedziałem Markowi po czym ruszyliśmy przez las w stronę bunkra.
Gdy dotarliśmy do bunkra, zorientowaliśmy się, że wszyscy już na nas czekali. Każdy członek gwardii stał przy kanapie oprócz Klemensa, który trenował oczy przed komputerem.
-No wreszcie jesteście.- powitał nas Nigel.
-Przejdźmy do konkretów, bo nie zamierzam tu spędzać całego popołudnia.- odparł mu prosto z mostu Mark.
-Ma on trochę racji, bo zabawa zabawą ale mamy też inne sprawy do roboty niż zabawa w żołnierzy strażnika.- poparłem go.
-Skoro chcesz bym przeszedł do konkretów to proszę bardzo! Ktoś nam odwiedza bunkier bez naszej wiedzy i rozbija browary. Pomyślałeś co się może stać jak ktoś taki pójdzie na komendę z takimi wieściami?!- naskoczył na Marka Franz, włączywszy się do naszej rozmowy.
-Co się tak unosisz?- zapytał się go Mark, będąc zdziwionym zachowaniem kolegi.
-Ne dość, że tajemnica istnienia bunkra jest zagrożona co zdajesz się jeszcze nie ogarniać to, że straciłem kanapę i trzydzieści franków na tym rozwalonym piwie.-wykrzyknął do niego Franz, którego bardziej zdawało się przejmować to, że stracił kilka butelek piwa niż sprawy związane z Cortexem.
-Ogarnijcie się trochę! Mieliśmy się spotkać i spróbować rozwiązać te sprawę a nie na siebie naskakiwać.- wtrącił się Jean, który nie znosił jak ktoś się obok niego zachowywał niedojrzale.
-Nie ma to jak przyjść na kłótnię z kolegami.- powiedziałem sam do siebie pod nosem.
-W sumie to masz rację Jean. Nie powinniliśmy się tu kłócić prawie za każdym razem, bo jedynie sobie szkodzimy.- poparł go Franz.
-Nie mogłeś tak na początku?- zapytał się go Jean. Franz w odpowiedzi na niego spojrzał takim wzrokiem jakby miał ochotę kogoś zabić co Jean przyjął z milczeniem.
-W takim razie robimy tak.- powiedział do wszystkich Franz po tym jak sytuacja się uspokoiła-Turniejek zaczynamy tak jak planowaliśmy i nie dajemy nikomu się dowiedzieć o tym całym syfie jaki się wokół bunkra narobił. Jednak strażnikowi już trzeba powiedzieć o wydarzeniach z dzisiejszego poranka, których prawdopodobnie już i tak wie więc chowanie przed nim tych informacji jest bezcelowe. Skontaktujecie się z nim zaraz przez ekran komputera a ja pójdę w tym czasie coś sprawdzić. Przed rozpoczęciem rozmowy ze strażnikiem skontaktujcie się ze mną i pod żadnym pozorem nie rozpoczynajcie tej rozmowy bez mojej wiedzy.
-A ty gdzie będziesz w tym czasie?- zapytał się go Klemens.
-Pójdę coś sprawdzić coś ważnego.- odparł mu zdawkowanym tonem lider naszej grupy.
-Czyli co?- drążył temat  Klemens.
-Zobaczysz jak się dowiem.- odpowiedział mu Franz po czym wyszedł z bunkra szybkim krokiem.
-Co to miało niby być?- powiedział do wszystkich Nigel.
-No właśnie! Olał Se nas, powydawał rozkazy jakby był niewiadomo kim i sobie poszedł.- poparł go Mark.
- Nie wiem jak wy ale ja mam te sprawy w dupie i wracam do internatu zająć się swoimi sprawami.- powiedziałem do wszystkich, poddając w osąd wytyczne Franza, który zaczyna się zachowywać niczym jakiś dyktator.
-Idę z tobą. Poparł mnie Mark.
-Ja też, nie będę tu sterczał i tracił czasu.- dołączył się do nas Jean.
I tek w trójkę skierowaliśmy się w stronę tunelu prowadzącego do włazu bunkra, zupełnie olewając sprawy Cortexu, które dzisiaj zabrały nam już wystarczająco dużo czasu. Wpadniemy tu dopiero na turniej by się trochę rozerwać ale nie będziemy marnowali całego popołudnia w bunkrze.
-A idźcie sobie lenie jebane! Poradzimy sobie bez was!- wykrzyknął w stronę naszych pleców Nigel po czym zwrócił się do Klemensa:- Dzwoń do Franza, czas rozpocząć pogaduszki z strażnikiem.

Tyron

Akurat szedłem sobie korytarzem liceum gdy mój komputer wydał z siebie cichy dźwięk oznaczający to, że mam nową wiadomość. Przysiadłem sobie na jednym z krzeseł ustawionych pod ścianą i włączyłem podgląd wiadomości. Jak się okazało nadawcą tej wiadomości jest dzieciarnia, która pilnuje mi Cortexu i zapewne chce mi dać raport z porannej potyczki. Rano byłem w lekkim szoku jak zobaczyłem, że Francuziki tak łatwo się wycofały, gdy pojawili się najsilniejsi członkowie gwardii. Po tym co dzisiaj rano pokazali utwierdziłem się w przekonaniu, że postąpiłem słusznie,  powierzając im obronę Cortexu. Robią to sprawniej niż zawodowcy i przede wszystkim nic mnie nie kosztują.
Nie mogłem jednak z nimi rozpocząć wideo rozmowy na szkolnym korytarzu więc przeszedłem do piwnic by z kolei stamtąd wejść do swojego laboratorium. Gdy wszedłem do laboratorium ze zdziwieniem stwierdziłem, że w środku czekał na mnie Graffen, który jak sądząc po jego wyrazie twarzy był na mnie solidnie zdenerwowany.
-Mam nadzieję, że niedługo skończysz zabawę w kotka i myszkę z tą dzieciarnią, bo zaczynam tracić uczniów w szkole a przez to kasę i prestiż.- zaczął rozmowę.
-Myślisz, że to co robię jest takie łatwe? Wszystko zresztą idzie zgodnie z planem. Jak Xana coś odwali to do Cortexu pójdą nowi przyjaciele różowowłosej wraz z nią, Francuską dzieciarnię powstrzyma gwardia a ja sam niedługo wykasuję Xanę ze swojego superkomputera i nie będzie już z nim kłopotu.
-Mówisz, ze masz wszystko pod kontrolą? Jakoś ci to w takim razie niezbyt wychodzi. Jak zabrałeś swoją pasierbicę z Francji to mówiłeś, że to rozbije ich grupę a wcale się tak nie stało. Zamiast tego nasz Superkomputer zaczyna zagrażać moim interesom a nie pozwolę bym stracił pracę przez zabawę w szalonego doktora po szkolnych piwnicach!- skontrował Graffen.
-To są jedynie drobne błędy, które nie mają większego znaczenia w całej rozgrywce.- zacząłem broniąc swych racji.
-W takim razie szkoda, że nie widać żadnych sukcesów wspólniku. A tak w ogóle to jak sobie radzi pan Espionnage z ustaleniem ich tożsamości?- zapytał się mnie.
-Jak chcesz to będziesz mógł sam się za chwilę o tym przekonać. Jak tylko się rozmówię z twoimi uczniami to do niego zadzwonię i zażądam wszystkich informacji jakie udało mu się zdobyć.- odparłem Graffenowi.
-W takim razie czekam.- powiedział do mnie nie przekonany do moich racji.
Chcąc jak najszybciej udowodnić swojemu wspólnikowi, że niedługo pozbędę się konkurencji i będę mógł w spokoju doskonalić swoje dzieło, włączam programy do emisji obrazu strażnika, zmiany głosu  i zaczynam rozmowę z uczniami. Jak widać kontaktują się oni za mną z podziemnego interfejsu a nie bezpośrednio z centralnej wieży.
-Dzień dobry strażniku.- zaczął blondasek w okularach.
-Mówcie co wiecie, nie mam za wiele czasu na rozmowę z wami.- odburknąłem im.
Moi rozmówcy wymienili ze sobą pełne zdziwienia spojrzenia. Muszę dalszą część rozmowy prowadzić rozważniej, bo jeszcze mogą nabrać podejrzeń co do tego z kim naprawdę rozmawiają.
-Dobrze a więc zacznijmy od tego, że rano stoczyliśmy potyczkę z intruzami. Przedstawili się jako Odd, Yumi, Urlich i William. Potrafią walczyć na poziomie dorównującym poziomowi prezentowanemu przeze mnie bądź Franza.  Po zaciętej potyczce udało się nam ich przegonić. Jeśli możemy poprosić to przydałoby się nam jakieś pojazdy bądź cięższe zabawki do walki z przeciwnikami takimi jak oni gdyż różnica w ich wyposażeniu i naszym jest zbyt wielka.-zdał mi raport nastolatek z krótkimi czarnymi kręconymi włosami.
To co właśnie usłyszałem przeszło moje najśmielsze oczekiwania. Ci idioci się im przedstawili! Przecież to szczyt nieuwagi z ich strony. Teraz będę mógł polecić Espionnag’owi śledzić jedynie uczniów o tych imionach co znacznie ułatwi śledztwo.
-Jesteście pewni, że tak się przedstawili? Macie jeszcze informacje o nich?- zapytałem się uczniów.
-Z tego widzieliśmy to obstawiam, że Urlich i japonka są parą, bo gdy ten z kominem na łbie wspomniał o chodzeniu, to został natychmiast przez nich zbesztany.- odpowiedział mi Kowalski.
- Tyle mi na razie wystarczy. Żegnam!- zakończyłem rozmowę.
-Na dyplomatę to ty się nie nadajesz.- podsumował moją rozmowę siedzący za mną Graffen.
-I co z tego? Znam imiona tych francuskich chłystków a od tego już tylko krok do stwierdzenia ich tożsamości...- odparłem mu.
-A skąd wiesz, że nie blefowali celowo by wprowadzić cię w błąd?- Graffen wtrąciwszy się mi  w słowa, podważył słuszność moich słów
-Są na to za stanowczo za głupi.- odpowiedziałem mu.
-Zaczynam tracić wiarę w twoje działania Magnusie[3].- powiedział Graffen zanim wstał z krzesła i podążył w stronę drzwi.
-O co ci chodzi?- zapytałem się go, chcąc się dowiedzieć co takiego powoduje brak zaangażowania Graffena w moją sprawę.
-Stałeś się zbyt zadufany w sobie.- odparł mi Graffen i zatrzasnął drzwi laboratorium.
Zadufany w sobie? Zadufany w sobie!? Wcale nie jestem w sobie zadufany więc Graffen nie powinien rzucać takich inwektyw w moim kierunku jak się zwyczajnie nie zna na rzeczy. Zresztą mam teraz ważniejsze sprawy od brania do siebie takich uwag. Przestawszy sobie zawracać głowę błahymi sprawami biorę słuchawkę telefonu i dzwonię do swojego wywiadowcy.
-Halo?- zacząłem rozmowę.
-Witam proszę pana. –odpowiedział mi pan Espionagge.
-Słuchaj uważnie, bo nie będę powtarzał. Mam dla ciebie ważne informacje, które pomogą ci w śledztwie. Osoby, które są głównymi podejrzanymi mają na imiona Odd, Yumi, Urlich i William. Zrozumiał pan?
-Tak ale połowę z tych osób już wcześniej miałem na liście podejrzanych.- odparł mi szpieg.
-To teraz olej wszystkich pozostałych i skup się jedynie na tej czwórce.- powiedziałem rozkazującym tonem.
-Rozkaz to rozkaz ale ja bym osobiści wolał zrobić trochę inaczej.- próbował dyskutować Espionagge.
-Płace panu za wykonanie pracy z nie za podważanie mojego zdania.- powiedziałem niwecząc próbę dyskusji.
-Dobrze w takim razie do usłyszenia.- rzucił na zakończenie rozmowy.
Idiota z tego Espionnaege’a. gdyby był kompetentny to by nie dyskutował ze swoim pracodawcą a tak się chce sprzeczać chociaż nic przez to nie osiągnie.

Lukas

18:50

Szkolna koza nie jest taka straszna jak niektórzy opowiadają. Można by jednak powiedzieć, że jest niezwykle nudna. Kolejne minuty gry w chińczyka jedynie zwiększają monotonię kary. Gdyby ciec nie był taki leniwy i mściwy to by nie dał nam kary niewspółmiernie wysokiej do występku. Zresztą mnie w ogóle tu nie powinno być, bo jestem przecież niewinny. Pierwszy raz jestem w kozie a na dodatek za coś czego nie zrobiłem. Jak dyrektor, powiadomi o tym moich rodziców to mogę się spodziewać niezłego lania jak tylko wrócę do domu po zakończonym roku szkolnym. Tą partyjkę Chinola grałem wraz z Agnes, Sylwią i Ferencem, który jak dotąd wygrał już dwie rozgrywki. Właśnie Ferenc wyrzucił po raz kolejny szóstkę na kostce do gry i przesunął ostatniego pionka na metę czym wygrał trzeci raz z rzędu.
-Dobra, zaraz pokaże wam jak się gra w Chińczyka. Te blondi, wynocha!- powiedział nagle pan Balai.
Popatrzyliśmy na siebie z politowaniem. Szkolny woźny grający z uczniami w chińczyka? Zresztą czemu nie, bo i tak dziwniejsze rzeczy się tutaj działy.
Sylwia odeszła od stołu z tarczą do gry i przysiadła się do stolika Łucji,  z która zaczęła prowadzić ożywioną rozmowę.
-No to zaczynamy! Ja biorę czerwone pionki.- powiedział łapczywie cieciu co wywołało lekki uśmieszek na naszych twarzach.
I rozpoczęliśmy grę. Po jakichś pięciu minutach gdy oraz solidarnego gnębienia pionków ciecia, zajmował on ostatnie miejsce w grze co go widocznie irytowało. Tym razem to ja byłem najbliższy zwycięstwa ale gdy zacząłem się znacznie zbliżać do zwycięstwa, Ferencowi zaczęły wypadać niemalże idealne liczby na kostce, dzięki czemu regularnie wyrzucał z gry mojego ostatniego pionka.
-ta gra jest jakaś popsuta- wykrzyknął cieciu i zgarnął wszystkie pionki do pudełka po czym zerknąwszy na zegarek, powiedział do nas:- Jest już siódma więc możecie wracać do pokoi.
Zadowoleni opuściliśmy kozę i zamiast do pokoi skierowaliśmy się ku drzwiom ewakuacyjnym, które zostały zapewne otwarte przez Nicolla tak by każdy mógł dotrzeć do bunkra. Po drodze Dietrich zaczął rozmowę.
-Nieźle go pocisnęliśmy co Ferenc?
-i dobrze. Ma za swoje ten stary ciec. Najpierw daje zbiorową kare za byle co, potem każe zeskrobywać gumę z sufitu a na koniec gra  z nami w chińczyka czym zajmuje nam połowę czasu wolnego.- odpowiedział mu Ferenc.
-Mieliście sporo szczęścia  z tym, że tak dobrze wam się kostki ustawiały.- powiedziałem do nich.
-Szczęście wsparte specjalnymi kostkami.- odparł mi Ferenc.
-Że jak?- zdziwiłem się.
-Mam kilka specjalnych kostek. Jedną do wyrzucania jedynek, drugą do trójek a trzecią do szóstek.- wyjaśnił mi Ferenc.
-Więc oszukiwałeś.- powiedziałem wzburzony.
-Balai sam nie jest święty więc mnie nie rozliczaj za to, że go pocisnąłem w chińczyka.- odpowiedział mi Ferenc.
-Ale to nie znaczy, że można sobie ot tak oszukiwać.- skarciłem go.
-Nieważne, zresztą już jesteśmy przy drzwiach więc z łaski swojej zamknij się, bo jeszcze ktoś nas zauważy.- odparł mi Ferenc.
Dzrwi tak jak obstawiałem były otwarte więc niezauważenie wydostaliśmy się poza teren szkoły. Jednak gdy dotarliśmy do lasu zauważyliśmy sylwetki dwóch osób, które błądziły po nim bez celu.

1.       Włoskie słowo „Odd” znaczy tyle co „Marzanna”

2.       Chodzi tu o japońskie słowo „Yuri”


3.       Imię Tyrona nigdzie nie zostało podane więc tu będzie się nazywał Magnus. Uznałem te imię za odpowiednie dla niego.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz