Rozdział 13
„Co tu się dzieje?”
Ferenc
Czwartek
-Gleba!- szepnąłem i przygniotłem ramionami do ziemi Agnes i
Lukasa. Normalnie by mi się oberwało za wywalanie ludzi a zwłaszcza dziewczyn
na ziemię ale sytuacja nie wyglądał na zbyt ciekawą. W świetle padającego
księżyca widać było dwie osoby, których sylwetek nie byliśmy w stanie rozpoznać
błądziły po lesie wyraźnie czegoś szukając. Zapewne by nas zauważyli gdyby nie
to, że legliśmy za młodymi choinkami, które nas skutecznie kryły. Prawdopodobnie
byli to uczniowie no chyba, że do policji przyjęli karła i jakąś szczupłą
dziewczynę. W półmroku było widać jedynie ich niewyraźne sylwetki toteż nie
byliśmy w stanie jednoznacznie stwierdzić czy są to nasi przyjaciele czy też
wrogowie. Na szczęście dobrze wybrałem osoby, które sprowadziłem na ziemię, bo dzięki
temu dwie najbardziej nieogarnięte osoby od razu legły na ziemię a pozostali od
razu zrozumieli w czym rzecz i również legli na ziemię.
-Ohyda, cały sweterek będę miała w ziemi. Jakim cudem dałam
się namówić na takie nocne eskapady.- szepnęła niezadowolonym tonem Łucja,
która zazwyczaj spędza takie wieczory sama w pokoju, bo zanim dowiedziała się o
istnieniu Cortexu, wszyscy ją zlewali i nikt nie spędzał z nią wolnego czasu.
-Zamknij się idiotko.- powiedział do niej Dietrich,
szturchając ją łokciem.
-Co się dzieje?- zapytała szeptem zdezorientowana Agnes.
- Nie zadawaj pytań i leż cicho aż nie obmyślimy planu jak
wybrnąć tej sytuacji.- syknął do niej Dietrich.
-Dietrich sam się zamknij. Chcesz ich uciszyć a sam robisz
najwięcej hałasu.- szepnąłem do niego.
-Może się jedna osoba z nas im pokaże i po prostu zapyta
czego tu robią? Jeśli oni również się wybierają na turniejek to nic się nie
stanie.- zaproponował po cichu Lukas.
-Ta i może jeszcze na herbatkę ich zaprosi?- odpysknąłem blondynowi po czym
powiedziałem szeptem do wszystkich:- Przeczołgujemy się w stronę bunkra i
dopiero gdy będziemy w bezpiecznej odległości wstajemy.- odparłem mu.
Lukas widząc brak poparcia dla swojego naiwnego pomysłu nie
stawiał większych oporów Choć zapewne pomysł nie przypadł do gustu dziewczynom
to jednak one też milczały. Dzięki temu udało się nam ominąć leśnych dziadków i
przeczołgać jakieś 20 metrów niezauważonymi. Gdy znaleźliśmy się między nimi a
bunkrem w miejscu gdzie zarośla kryły nas przed ich wzrokiem, dałem reszcie
sygnał do wstania.
-To jest dla mnie ostatni raz kiedy błąkam się z wami po
lesie. Następnym razem zostanę po prostu w pokoju.- odezwała się głośno Łucja.
Właśnie przeczołgaliśmy się kilkanaście metrów po mokrej
trawie, błocie i chyba jakimś zdechłym zwierzaku a teraz przez narzekanie Łucji
mogliśmy się ujawnić. Zaraz mnie chyba szlag trafi przez tę kujonkę.
-Ej wy też na te zawody w jakiś grach terenowych co czwarta
klasa organizuje?- usłyszeliśmy donośny krzyk za nami, oznaczający, że osoby
obok których chcieliśmy przejść niezauważeni teraz wiedzą o naszej obecności.
Gdy do nas podeszli, zorientowaliśmy się , że są oni uczniami naszej szkoły.
Nierozważna dziewczyna zapewne z biolchema sądząc po lekkich śladach po
ugryzieniu na ręce spowodowanych słynną na całą szkołę akcją z żartownisiem co
podłożył kunę do klasy a ta rzuciła się na wystraszonych trzecioklasistów z
klasy biologiczno-chemicznej, gdy ci weszli do klasy na lekcję. Miała ona czarne włosy upięte w długi warkocz
i połyskujące w półmroku błękitne oczy. Obok niej stał chłopak dość niskiego
wzrostu z wygoloną głową, na której zamiast włosów widniał tatuaż
przedstawiający płomienie. Był on ubrany w czarne dresowe spodnie i bluzę z
kapturem.
-O krasnoludek i królewna śnieżka.- zażartował sobie z nich
Lukas, pokazując, że w takich chwilach zdecydowanie brakuje mu wyczucia. Karzeł
nie odpowiedział mu tylko podszedł do niego i
uderzył go między nogi. Gdy Lukas zwinął się z bólu karzeł chwycił go za
głowę i pociągnął zwijającego się z bólu Lukas aw swoją stronę jednocześnie
uderzając go kolanem w brzuch. Wraz z Dietrichem po tym ciosie zrozumieliśmy,
że karłowi nie chodzi o durny żart tylko chce on nam połamać kolegę , który
jakikolwiek by nie był to w końcu jest naszym przyjacielem i pomóc mu trzeba.
Podbiegliśmy więc do nich i odseparowaliśmy agresywnego gnojka od Lukasa. Następnie
powaliliśmy go na ziemię, brudząc mu tył bluzy wilgotną ziemią a Dietrich
założył mu dźwignię by ten nie mógł się zbytnio ruszać. Niestety narobiliśmy
przy tym tyle hałasu, że gdyby ktokolwiek byłby w pobliżu to na pewno by nas
zauważył. Jestem ciekaw kto zaprosił tego debila na turniejek w Cortexie, bo na
pewno nikt przy zdrowych zmysłach.
-Kurwa, puszczajcie mnie- wydarł się karzeł.
-Zamknij ryj.- wycedziłem przez zęby, zaniepokojony, że
hałas jakiego źródłem był ten gnojek kogoś powiadomi o naszej obecności w
lesie.
-Nie zamknę póki mnie
nie puścicie!- wykrzyknął do nas mikrus.
-To twój kolega?- zapytałem się towarzyszącej mu dziewczyny
na chwilę ignorując karła.
-Dzisiaj po raz pierwszy go widziałam. Mój kolega z
podstawowej grupy włoskiego mnie zaprosił na jakiś turniejek w jakąś grę
terenową więc tu przyszłam. Zapomniałam jednak wskazówek jakie mi udzielił bym
mogła trafić na miejsce więc tu błądzę jakieś15 minut. Bastiana dopiero co
spotkałam i w Symie dobrze, bo bym tych 15 minut z pewnością z nim i jego tanim poczuciem humoru nie
wytrzymała.- odparła mi dziewczyna.
-Niech zgadnę, ten twój kolega z włoskiego nazywa się
Nicollo Forzetti?- zapytałem się jej, podejrzewając, że Nicollo zaczął
sprowadzać nowe osoby na wycieczki w Cortexie, jedynie by mieć potem bekę z ich
odpałów.
-To nie Nicollo mnie zaprosił tylko Jean Pierrique.-
odpowiedziała mi.
-Spodziewałem się czego innego. A tak w ogóle to jak się
nazywasz?- kontynuowałem rozmowę.
-Jestem Diana Figteria.- odparła mi Diana.
-Ładne imię a z jakiej klasy jesteś?- ponownie się jej
zapytałem.
-Może byś tak skończył sobie filtrować sobie z nią i zabrał
buta z moich pleców!!- wykrzyknął łysy, próbując wstać, co mu się nie udało, bo
go docisnąłem do ziemi butem.
-Ups! Chyba wdepnąłem w gówno.- powiedziałem z przekąsem,
przesuwając swojego buta powoli pod jego twarz na co skrzat zareagował kolejną
próbą wyswobodzenia się spod mojego buta i kolejną wiązanką przekleństw.
-Jak się uspokoisz to cię puścimy.- powiedział do niego
Dietrich wciąż go skutecznie blokując na ziemi.
-No jasne kurwa, że się uspokoję jak mnie puścicie.-wykrzyknął
w odpowiedzi mikrus.
-Ten to nie wytrzyma minuty bez przekleństw- pomyślałem.
Po tym jak Dietrich i ja puściliśmy karła ten wstał i
łypawszy na nas groźnie zaczął strzepywać ziemię ze swoje bluzy. Po tym co się
przed chwilą wydarzyło, zaczynam się poważnie zastanawiać jakim cudem taki
debil dowiedział się o istnieniu bunkra.
-Coś ty za jeden?- zapytała się zniesmaczona całym zajściem
Sylwia.
Karzeł nic nie powiedział tylko w odpowiedzi podwinął rękaw
bluzy do łokcia dzięki czemu wszyscy zobaczyliśmy w słabym świetle księżyca
jego znajdujący się na przedramieniu tatuaż, przedstawiający jego imię napisane
nazistowską (neogotycką) czcionką. Litery układały się w słowa „Kurt Weisskopf”
co zapewne było imieniem tego agresywnego gnojka.
-W takim razie Kurt czy jak tam ci na imię zechciałbyś mi
powiedzieć kto cię tu zaprosił.- zapytałem się, nie licząc na zbyt składną
odpowiedź po tym co zdążył odwalić w niecałe dziesięć minut.
-Nicollo mnie tu zaprosił na jakiś turniejek. Chyba kojarzysz
tego zgrywusa co regularnie niektórym utrudnia życie?- odpowiedział mi Kurt.
-Tak kojarzę.- skwitowałem.
-Skoro i tak wiedzą o istnieniu bunkra to nic się nie stanie
jak pójdą tam z nami.- oznajmił wszystkim Dietrich.
-Mamy go zaprowadzić do bunkra? Chyba was pogięło by
pokazywać mu nasz sekret po tym co przed chwilą zrobił.- wyjąkał z ziemi Lukas.
W sumie to Lukas miał trochę racji, bo Kurt nie wydawał się
zbyt wiarygodna osobą. Ale skoro już wiedział o istnieniu bunkra to spławienie
go mijałoby się z celem. Popatrzyłem porozumiewawczo na Dietricha a ten spuścił
wzrok co oznaczało, że nie zamierza się mieszać do mojej decyzji. W takim razie chcąc nie chcąc dałem znak do
zaprowadzenia nowicjuszy do bunkra. Mam nadzieję, że nie pożałuję takiej
decyzji.
-No dobra to w takim razie za mną.- powiedziałem i machnąłem
ręką by podkreślić polecenie. Jednak gdy tylko to powiedziałem usłyszałem w
rosnących obok nas krzakach jakiś szelest.
Odwróciłem się i popatrzyłem w stronę z której dobiegał ów dziwny
dźwięk. Pozostali po chwili zrobili to samo oraz wraz ze mną cofnęli się na
kilka kroków od krzaka. Zapewne większość z nas w tym ja wyobrażała sobie, że z
krzaków wyjdzie jakiś wilk czy inny drapieżnik ale ku naszemu zdziwieniu z
krzaków wyskoczyła kaczka.
-Obiad!- wykrzyknął Kurt i rzucił się na kaczkę chcąc
chwycić ją rękoma. Kaczka się ku naszemu zdziwieniu nawet nie ruszyła więc kurt
ją przyszpilił oburącz i z uśmiechem psychola się jej przypatrywał.
-I wy go chcieliście zabrać do bunkra.- zakpił sobie z nas Lukas,
ogarnąwszy się po ciosie łysola.
-Patrzcie na oczy kaczki! Przecież jest tam oko Xany!-
wykrzyknęła przerażona swoim odkryciem Agnes.
-Czyje oko?- odparł jej karzeł.
W tym momencie sprawy obrały tak dziwny obrót, że zacząłem
się zastanawiać czy to nie jest jakiś chory sen. Na polanę na której
przebywaliśmy wyszły ze wszystkich stron kaczki ze znakiem Xany w oczach.
Okrążyły nas i kwacząc szykowały się do ataku.
-Co to ma być!? Przecież kaczki się tak normalnie nie
zachowują!- wykrzyknęła Diana, która na pewno w życiu nie była świadkiem
dziwniejszego zdarzenia.
-Witaj w moim świecie.- westchnąłem pod nosem..
-Na trzy uciekamy w stronę bunkra. Ja z Ferencem i Lukasem
prowadzimy, bo jako jedyni dobrze znamy drogę.- powiedział do wszystkich
Dietrich chcąc nas uspokoić po czym dodał do Kurta:- Rzuć tę kaczkę pojebie.
-Kaczka jest moja i będę z nią robił co tylko chcę.- odparł
mu agresywnym tonem Kurt, wciąż patrząc się łapczywie na trzymaną w rękach
kaczkę.
-Trzy!- wykrzyknął Dietrich a my na te słowo ruszyliśmy
biegiem w stronę bunkra mimo, że ten nie w ogóle nie liczył tylko krzyknął od
razu trzy. O dziwo kaczki się przed nami rozstąpiły i biernie przyglądały się
naszej ucieczce. Dopiero gdy między nami a bunkrem nie było już ani jednej
kaczki usłyszeliśmy głośny ptasi okrzyk, który zwiastował gonitwę opętanych
przez Xanę ptaków. Jakimś cudem dobiegliśmy do bunkra nietknięci mimo tego, że
kaczki deptały nam po piętach przez cały czas. Szybko wskoczyliśmy przez
otwarty właz do środka bunkra i zamknęliśmy się w nim przed ptasią armadą.
-Nigdy więcej moja noga nie postanie w tym przeklętym
lesie.- powiedziała Łucja dla której ta ucieczka dopełniała czarę niechcianych
wrażeń z tego dnia.
-Od kiedy kaczki się tak zachowują.- Powtórzyła swoje
wcześniejsze słowa Diana.
-Od kiedy są pod kontrolą Xany.- wyjaśniła jej Agnes.
-Kwaaaaaak!- usłyszeliśmy tuż obok nas charakterystyczny dla
kaczki odgłos, który na pewno nie mogła wydać kaczka znajdująca się po drugiej
stronie włazu. Wszyscy spojrzeliśmy w stronę której dobiegł dźwięk i
zorientowaliśmy się, że Kurt wciąż trzymał w rękach kaczkę.
-Te kaczki chciały nas przed chwilą zjeść a ty sobie
trzymasz jedną z nich!?- wykrzyknął do niego Dietrich.
-Ta kaczka jest teraz moja.- odparł mu karzeł, napinając
mięśnie jakby szykował się do konfrontacji z Alzatczykiem.
Na szczęście do żadnego starcia nie doszło, bo Lukas
wykorzystując okazję przygrzmocił łysemu w nos, rewanżując się tym samym za
wcześniejszy cios w lesie. Jednak o ile Kurt na chwilę padł na ziemię i
przestał mu zagrażać, to kaczka którą trzymał on w rękach, skoczyła na Lukasa i
spróbowała mu odgryźć rękę swoim dziobem. Całe zajście Nawe śmiesznie
wyglądało, bo nie wyobrażam sobie jak niby taki zwierzak chciałby odgryźć
Lukasowi rękę. Postanowiłem mu jednak pomóc i chwyciłem kaczkę za ogon i
spróbowałem ją oderwać od ręki Lukasa. Po chwili Dietrich przyłączył się do
akcji odseparowywania zwierzaka od Lukasa. Jednakże okazało się, że opętana
kaczka dostała od Xany dość irytującą umiejętność jaką było rażenie prądem. Gdy
ciągnęliśmy kaczkę, a Lukas tłukł ją po łbie by się od niego odczepiła z tej
zaczęły wyciekać drobne wyładowania elektryczne, które nas poraziły. W tym
momencie jednak całe zajście się skończyło, bo gdy my upadliśmy Kurt wziąwszy
do ręki dość spory kamień uderzył nim kaczkę, która w optymistycznej dla siebie
wersji, straciła przytomność. Po chwili nie biorąca dotychczas udziały w
zajściu Sylwia wzięła nieruchomą kaczkę i wyrzuciła przez właz , który Agnes i
Łucja jej na chwilę otworzyły.
-Jesteś mi winny kaczkę.- powiedział z wyrzutem Kurt do
Lukasa.
-Taaa i może jeszcze frytki do tego?- odparłem łysemu.
-Co to za hałasy?- usłyszeliśmy za sobą znajomy głos.
Obróciwszy się za siebie ujrzałem Marka i Jeana, którzy
zapewne przyszli tu zaintrygowani hałasem jaki narobiliśmy.
-Mała sprzeczka między nami. Nic wartego waszej uwagi.-
wyjaśniła im Agnes.
-To co idziemy na turniejek.- powiedział do nas Jean.
-Owszem.- odparł im Dietrich po czym wszyscy ruszyliśmy do
Sali skanerów by rozpocząć turniej.
Lukas
W głównej Sali bunkra było niezwykle tłoczno. Na oko na turniejek
przyszło tu dwadzieścia parę osób co powodowało lekkie przepełnienie Sali. Idąc
za Jeanem musieliśmy się zatrzymać na początku Sali, ponieważ dalej byśmy po
prostu nie byli w stanie przejść bez taranowania paru osób. W całej Sali było
głośno od rozmów zgromadzonych tu osób oraz muzyki , która wydobywała się z
przyniesionego przez kogoś mikrofonu. W powietrzu unosił się lekki zapach
alkoholu i prochu strzelniczego, co wprawiło mnie w lekkie przerażenie. Po co
ja się zadaje z ludźmi dla których używki i strzelanie petardami są na porządku dziennym. Nie jestem przecież
jakimś ćpunem by przebywać w takim towarzystwie Postanowiłem się cofnąć i wyjść
by nie musieć się spotykać twarzą w twarz z tak podejrzanymi ludźmi. Jednak gdy
dałem krok w tył, napotkałem opór na plecach w postaci czyjejś ręki.
-Chyba się nie boisz?- usłyszałem za sobą głos Ferenca.
-Wcale nie.- powiedziałem niepewnie nie chcąc wyjść na kogoś
kogo przeraża podejrzane towarzystwo.
-No to idziemy.- odpowiedział mi Ferenc.
-Hej cisza wszyscy!- krzyknął gdzieś z tłumu Franz al.
Większość osób go nie dosłyszała i hałasowała dalej. Najwyraźniej zdenerwowało
go na tyle, że postanowił podjąć inne środki uciszenia zgromadzonych. Po chwili
usłyszeliśmy huk wybuchającej petardy i towarzyszący temu charakterystyczny
zapach. Pomimo swojej drastyczności jego pomysł odniósł zamierzony skutek i
oczy wszystkich zgromadzonych w bunkrze osób zwróciły się ku niemu.
-Dobra słuchajcie mnie teraz!- przemówił oficjalnym tonem
Franz i po chwili przerwy kontynuował swoją przemowę- Dziękuję wszystkim za
przyjście i zdeklarowanie udziału w turnieju. Większość z was już była w
Cortexie i wie, że jest to gra jedyna w swoim rodzaju. Nie będę tu wam teraz mówił czym jest Cortex,
bo pewnie już wszyscy to wiecie i przejdę od razu do planu dzisiejszego
wieczora. Mianowicie dzielimy się na dwa zespoły i rywalizujemy na zasadach
zdobywania flagi. W Cotexie znajdują się cztery wieże i to one będą odgrywały
role flag. Wygra ta drużyna, która będzie kontrolowała teren wokół co najmniej
trzech wież lub wyeliminuje wszystkich rywali z gry.
-Skończ już z tym wykładem i pozwól iść na wojnę- krzyknął ktoś tłumu za co został obdarowany
gromkimi okrzykami.
-Rozliczymy się potem Henry- krzyknął Franz do podżegacza po
czym zwrócił się do wszystkich- Na co czekacie do skanerów! Losowo rozdzielamy
grupy więc nie próbujcie się nawet ustawiać, bo i tak wyjdzie na to samo!
Wszyscy w Sali oprócz członków Gwardii po usłyszeniu tych
słów ruszyli do skanerów by wejść do gry. W całym zamieszaniu jakie powstało
skierowaliśmy się do skanerów i przenieśliśmy się do Cortexu.
Wylądowaliśmy na wysokiej platformie, której było widać cały
krajobraz Cortexu jeśli można to tak nazwać. Cały ten świat był zbudowany z
szaro- niebieskich elementów z jednym wyjątkiem jakim była niemalże czarna kula
znajdująca się w jego centrum. Z naszej pozycji było również widać wszystkie
pięć wież Cortexu. Cztery z nich znajdowały się w różnych częściach wirtualnego
świata i wyglądały jak żółtawe walce z błękitną mgiełką u szczytu oplecione od
spodu korzeniem. Piąta wieża była jednak
zupełnie odmienna od innych. Pierwszą różnicą między nią a pozostałymi wieżami
było jej położenie. Znajdowała się ona na szczycie kuli stanowiącej centrum
Cortexu i przeciwieństwie do pozostałych była czarnym graniastosłupem z
fioletowymi elementami. Nie mam pojęcia po co Klemens tworzył wieże o różnych
kształtach ale trzeba mu przyznać, że się chłopak postarał je programując. Czasami
jednak tracił on kontrolę nad wieżami na rzecz wirusa zwanego przez Agnes Xaną,
który za ich pomocą atakował nas w rzeczywistości co oznaczało, że Wieże są w
pewnym sensie portalami do naszego świata.
Obróciłem sięga siebie i ujrzałem Dietricha, Sylwię i kilka
innych osób, z którymi zapewne miałem stanowić drużynę. Poza moimi znajomymi
byli ze mną też Henry Cisalpina będący dość niemiłą osobą niestroniącą od
przekleństw. Kolega z drużyny piłkarskiej Dietricha czyli Michel Tripois.
Gwiazda szkolnego ping-ponga Mathias Durre. Szkolny raper Dean Terziotti oraz
Konrad Qwatzke będący bramkarzem szkolnej drużyny piłkarskiej dla starszych
roczników.
-Dobra to kto dowodzi ?- odezwał się Dietrich.
Ja!- powiedziało jednocześnie osiem osób w tym ja.
Oczywiście tak błahy temat wystarczył do kłótni, która
szybko przerodziła się szarpaninę a następnie w małą bitwę w której każdy
walczył ze sobą. Krótka wymiana ciosów tak szybka, że większość osób nie była w
stanie stwierdzić kto kogo trafił
wystarczyła by z gry wyleciał Mathias a kilka osób straciło znaczne
ilości punktów życia. Osobiście trzymałem się na uboczu wyczekując na
odpowiednią okazję do zadania ciosu ale się jej nie doczekałem, ponieważ nad
nami zwirtualizowało się trzech członków gwardii, którzy następnie zeskoczyli
między walczących i ci sprawnie rozdzielili. Tymi członkami Gwardii okazali się
być Nicollo, Nigel i Jean.
-Gotowi na akcję?- powiedział do wszystkich prześmiewczo
Nigel.
-Owszem-odparł mu Dietrich mając lekko urażoną dumę po tym
jak zorientował się ,ze nie ma szansy na objęcie dowództwa w grupie.
-No to w takim razie rozdzielamy się na dwa zespoły po pięciu i ruszamy by zająć teren wokół wież
znajdujących się niedaleko stąd. Ja z Nicollem, Sylwią, Dietrichem i Deanem
ruszamy w kierunku południowo-zachodnim a pozostali oprócz Konrada ruszają za
Nigelem w kierunku północno-zachodnim.- poinstruował nas Jean.
-A co ja będę robił?- zapytał się go Konrad.
-Masz broń nadającą się jedynie do obrony a potrzebny nam
jest ktoś kto zabezpieczy wieże znajdującą się za nami na skraju Cortexu.-
odparł mu Nigel.
Po tych słowach przyjrzałem się z ciekawością broni Konrada.
Właściwie to to nie miał on broni oprócz niewielkiego sztyletu przymocowanego
do uda. Resztą jego ekwipunku była spora torba przewieszona przez ramię, której zapewne znajdowała się prawdziwa broń.
-Chcesz żebym zajął się bezpieczeństwem tej wieży? Masz
gwarancję na to, że nikt się do niej nie dostanie z kompletem punktów. Na
wszelki wypadek będę cały czas w okolicy wieży, bo Henry wie o właściwościach
mojej broni, ponieważ była z nami w jednej drużynie w poniedziałek i nie da się
łatwo złapać w pułapkę.- powiedział Konrad, który następnie pomknął w kierunku
swojego celu, używając hiperskoku dla skrócenia czasu podróży.
-No to skoro tyły mamy zabezpieczone to czas ruszać.-
powiedział Nigel dając sygnał do drogi poczym wszyscy, używszy hiperskoku
podążyliśmy za liderami grup.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz