niedziela, 22 lutego 2015

Rozdział 13 „Co tu się dzieje?”

Rozdział 13

„Co tu się dzieje?”

Ferenc

Czwartek

-Gleba!- szepnąłem i przygniotłem ramionami do ziemi Agnes i Lukasa. Normalnie by mi się oberwało za wywalanie ludzi a zwłaszcza dziewczyn na ziemię ale sytuacja nie wyglądał na zbyt ciekawą. W świetle padającego księżyca widać było dwie osoby, których sylwetek nie byliśmy w stanie rozpoznać błądziły po lesie wyraźnie czegoś szukając. Zapewne by nas zauważyli gdyby nie to, że legliśmy za młodymi choinkami, które nas skutecznie kryły. Prawdopodobnie byli to uczniowie no chyba, że do policji przyjęli karła i jakąś szczupłą dziewczynę. W półmroku było widać jedynie ich niewyraźne sylwetki toteż nie byliśmy w stanie jednoznacznie stwierdzić czy są to nasi przyjaciele czy też wrogowie. Na szczęście dobrze wybrałem osoby, które sprowadziłem na ziemię, bo dzięki temu dwie najbardziej nieogarnięte osoby od razu legły na ziemię a pozostali od razu zrozumieli w czym rzecz i również legli na ziemię.
-Ohyda, cały sweterek będę miała w ziemi. Jakim cudem dałam się namówić na takie nocne eskapady.- szepnęła niezadowolonym tonem Łucja, która zazwyczaj spędza takie wieczory sama w pokoju, bo zanim dowiedziała się o istnieniu Cortexu, wszyscy ją zlewali i nikt nie spędzał z nią wolnego czasu.
-Zamknij się idiotko.- powiedział do niej Dietrich, szturchając ją łokciem.
-Co się dzieje?- zapytała szeptem zdezorientowana Agnes.
- Nie zadawaj pytań i leż cicho aż nie obmyślimy planu jak wybrnąć tej sytuacji.- syknął do niej Dietrich.
-Dietrich sam się zamknij. Chcesz ich uciszyć a sam robisz najwięcej hałasu.- szepnąłem do niego.
-Może się jedna osoba z nas im pokaże i po prostu zapyta czego tu robią? Jeśli oni również się wybierają na turniejek to nic się nie stanie.- zaproponował po cichu Lukas.
-Ta i może jeszcze na herbatkę ich  zaprosi?- odpysknąłem blondynowi po czym powiedziałem szeptem do wszystkich:- Przeczołgujemy się w stronę bunkra i dopiero gdy będziemy w bezpiecznej odległości wstajemy.- odparłem mu.
Lukas widząc brak poparcia dla swojego naiwnego pomysłu nie stawiał większych oporów Choć zapewne pomysł nie przypadł do gustu dziewczynom to jednak one też milczały. Dzięki temu udało się nam ominąć leśnych dziadków i przeczołgać jakieś 20 metrów niezauważonymi. Gdy znaleźliśmy się między nimi a bunkrem w miejscu gdzie zarośla kryły nas przed ich wzrokiem, dałem reszcie sygnał do wstania.
-To jest dla mnie ostatni raz kiedy błąkam się z wami po lesie. Następnym razem zostanę po prostu w pokoju.- odezwała się głośno Łucja.
Właśnie przeczołgaliśmy się kilkanaście metrów po mokrej trawie, błocie i chyba jakimś zdechłym zwierzaku a teraz przez narzekanie Łucji mogliśmy się ujawnić. Zaraz mnie chyba szlag trafi przez tę kujonkę.
-Ej wy też na te zawody w jakiś grach terenowych co czwarta klasa organizuje?- usłyszeliśmy donośny krzyk za nami, oznaczający, że osoby obok których chcieliśmy przejść niezauważeni teraz wiedzą o naszej obecności. Gdy do nas podeszli, zorientowaliśmy się , że są oni uczniami naszej szkoły. Nierozważna dziewczyna zapewne z biolchema sądząc po lekkich śladach po ugryzieniu na ręce spowodowanych słynną na całą szkołę akcją z żartownisiem co podłożył kunę do klasy a ta rzuciła się na wystraszonych trzecioklasistów z klasy biologiczno-chemicznej, gdy ci weszli do klasy na lekcję.  Miała ona czarne włosy upięte w długi warkocz i połyskujące w półmroku błękitne oczy. Obok niej stał chłopak dość niskiego wzrostu z wygoloną głową, na której zamiast włosów widniał tatuaż przedstawiający płomienie. Był on ubrany w czarne dresowe spodnie i bluzę z kapturem.
-O krasnoludek i królewna śnieżka.- zażartował sobie z nich Lukas, pokazując, że w takich chwilach zdecydowanie brakuje mu wyczucia. Karzeł nie odpowiedział mu tylko podszedł do niego i  uderzył go między nogi. Gdy Lukas zwinął się z bólu karzeł chwycił go za głowę i pociągnął zwijającego się z bólu Lukas aw swoją stronę jednocześnie uderzając go kolanem w brzuch. Wraz z Dietrichem po tym ciosie zrozumieliśmy, że karłowi nie chodzi o durny żart tylko chce on nam połamać kolegę , który jakikolwiek by nie był to w końcu jest naszym przyjacielem i pomóc mu trzeba. Podbiegliśmy więc do nich i odseparowaliśmy agresywnego gnojka od Lukasa. Następnie powaliliśmy go na ziemię, brudząc mu tył bluzy wilgotną ziemią a Dietrich założył mu dźwignię by ten nie mógł się zbytnio ruszać. Niestety narobiliśmy przy tym tyle hałasu, że gdyby ktokolwiek byłby w pobliżu to na pewno by nas zauważył. Jestem ciekaw kto zaprosił tego debila na turniejek w Cortexie, bo na pewno nikt przy zdrowych zmysłach.
-Kurwa, puszczajcie mnie- wydarł się karzeł.
-Zamknij ryj.- wycedziłem przez zęby, zaniepokojony, że hałas jakiego źródłem był ten gnojek kogoś powiadomi o naszej obecności w lesie.
-Nie zamknę  póki mnie nie puścicie!- wykrzyknął do nas mikrus.
-To twój kolega?- zapytałem się towarzyszącej mu dziewczyny na chwilę ignorując karła.
-Dzisiaj po raz pierwszy go widziałam. Mój kolega z podstawowej grupy włoskiego mnie zaprosił na jakiś turniejek w jakąś grę terenową więc tu przyszłam. Zapomniałam jednak wskazówek jakie mi udzielił bym mogła trafić na miejsce więc tu błądzę jakieś15 minut. Bastiana dopiero co spotkałam i w Symie dobrze, bo bym tych 15 minut z pewnością  z nim i jego tanim poczuciem humoru nie wytrzymała.- odparła mi dziewczyna.
-Niech zgadnę, ten twój kolega z włoskiego nazywa się Nicollo Forzetti?- zapytałem się jej, podejrzewając, że Nicollo zaczął sprowadzać nowe osoby na wycieczki w Cortexie, jedynie by mieć potem bekę z ich odpałów.
-To nie Nicollo mnie zaprosił tylko Jean Pierrique.- odpowiedziała mi.
-Spodziewałem się czego innego. A tak w ogóle to jak się nazywasz?- kontynuowałem rozmowę.
-Jestem Diana Figteria.- odparła mi Diana.
-Ładne imię a z jakiej klasy jesteś?- ponownie się jej zapytałem.
-Może byś tak skończył sobie filtrować sobie z nią i zabrał buta z moich pleców!!- wykrzyknął łysy, próbując wstać, co mu się nie udało, bo go docisnąłem do ziemi butem.
-Ups! Chyba wdepnąłem w gówno.- powiedziałem z przekąsem, przesuwając swojego buta powoli pod jego twarz na co skrzat zareagował kolejną próbą wyswobodzenia się spod mojego buta i kolejną wiązanką przekleństw.
-Jak się uspokoisz to cię puścimy.- powiedział do niego Dietrich wciąż go skutecznie blokując na ziemi.
-No jasne kurwa, że się uspokoję jak mnie puścicie.-wykrzyknął w odpowiedzi mikrus.
-Ten to nie wytrzyma minuty bez przekleństw- pomyślałem.
Po tym jak Dietrich i ja puściliśmy karła ten wstał i łypawszy na nas groźnie zaczął strzepywać ziemię ze swoje bluzy. Po tym co się przed chwilą wydarzyło, zaczynam się poważnie zastanawiać jakim cudem taki debil dowiedział się o istnieniu bunkra.
-Coś ty za jeden?- zapytała się zniesmaczona całym zajściem Sylwia.
Karzeł nic nie powiedział tylko w odpowiedzi podwinął rękaw bluzy do łokcia dzięki czemu wszyscy zobaczyliśmy w słabym świetle księżyca jego znajdujący się na przedramieniu tatuaż, przedstawiający jego imię napisane nazistowską (neogotycką) czcionką. Litery układały się w słowa „Kurt Weisskopf” co zapewne było imieniem tego agresywnego gnojka.
-W takim razie Kurt czy jak tam ci na imię zechciałbyś mi powiedzieć kto cię tu zaprosił.- zapytałem się, nie licząc na zbyt składną odpowiedź po tym co zdążył odwalić w niecałe dziesięć minut.
-Nicollo mnie tu zaprosił na jakiś turniejek. Chyba kojarzysz tego zgrywusa co regularnie niektórym utrudnia życie?- odpowiedział mi Kurt.
-Tak kojarzę.- skwitowałem.
-Skoro i tak wiedzą o istnieniu bunkra to nic się nie stanie jak pójdą tam z nami.- oznajmił wszystkim Dietrich.
-Mamy go zaprowadzić do bunkra? Chyba was pogięło by pokazywać mu nasz sekret po tym co przed chwilą zrobił.- wyjąkał z ziemi Lukas.
W sumie to Lukas miał trochę racji, bo Kurt nie wydawał się zbyt wiarygodna osobą. Ale skoro już wiedział o istnieniu bunkra to spławienie go mijałoby się z celem. Popatrzyłem porozumiewawczo na Dietricha a ten spuścił wzrok co oznaczało, że nie zamierza się mieszać do mojej decyzji.  W takim razie chcąc nie chcąc dałem znak do zaprowadzenia nowicjuszy do bunkra. Mam nadzieję, że nie pożałuję takiej decyzji.
-No dobra to w takim razie za mną.- powiedziałem i machnąłem ręką by podkreślić polecenie. Jednak gdy tylko to powiedziałem usłyszałem w rosnących obok nas krzakach jakiś szelest.  Odwróciłem się i popatrzyłem w stronę z której dobiegał ów dziwny dźwięk. Pozostali po chwili zrobili to samo oraz wraz ze mną cofnęli się na kilka kroków od krzaka. Zapewne większość z nas w tym ja wyobrażała sobie, że z krzaków wyjdzie jakiś wilk czy inny drapieżnik ale ku naszemu zdziwieniu z krzaków wyskoczyła kaczka.
-Obiad!- wykrzyknął Kurt i rzucił się na kaczkę chcąc chwycić ją rękoma. Kaczka się ku naszemu zdziwieniu nawet nie ruszyła więc kurt ją przyszpilił oburącz i z uśmiechem psychola się jej przypatrywał.
-I wy go chcieliście zabrać do bunkra.- zakpił sobie z nas Lukas, ogarnąwszy się po ciosie łysola.
-Patrzcie na oczy kaczki! Przecież jest tam oko Xany!- wykrzyknęła przerażona swoim odkryciem Agnes.
-Czyje oko?- odparł jej karzeł.
W tym momencie sprawy obrały tak dziwny obrót, że zacząłem się zastanawiać czy to nie jest jakiś chory sen. Na polanę na której przebywaliśmy wyszły ze wszystkich stron kaczki ze znakiem Xany w oczach. Okrążyły nas i kwacząc szykowały się do ataku.
-Co to ma być!? Przecież kaczki się tak normalnie nie zachowują!- wykrzyknęła Diana, która na pewno w życiu nie była świadkiem dziwniejszego zdarzenia.
-Witaj w moim świecie.- westchnąłem pod nosem..
-Na trzy uciekamy w stronę bunkra. Ja z Ferencem i Lukasem prowadzimy, bo jako jedyni dobrze znamy drogę.- powiedział do wszystkich Dietrich chcąc nas uspokoić po czym dodał do Kurta:- Rzuć tę kaczkę pojebie.
-Kaczka jest moja i będę z nią robił co tylko chcę.- odparł mu agresywnym tonem Kurt, wciąż patrząc się łapczywie na trzymaną w rękach kaczkę.
-Trzy!- wykrzyknął Dietrich a my na te słowo ruszyliśmy biegiem w stronę bunkra mimo, że ten nie w ogóle nie liczył tylko krzyknął od razu trzy. O dziwo kaczki się przed nami rozstąpiły i biernie przyglądały się naszej ucieczce. Dopiero gdy między nami a bunkrem nie było już ani jednej kaczki usłyszeliśmy głośny ptasi okrzyk, który zwiastował gonitwę opętanych przez Xanę ptaków. Jakimś cudem dobiegliśmy do bunkra nietknięci mimo tego, że kaczki deptały nam po piętach przez cały czas. Szybko wskoczyliśmy przez otwarty właz do środka bunkra i zamknęliśmy się w nim przed ptasią armadą.
-Nigdy więcej moja noga nie postanie w tym przeklętym lesie.- powiedziała Łucja dla której ta ucieczka dopełniała czarę niechcianych wrażeń z tego dnia.
-Od kiedy kaczki się tak zachowują.- Powtórzyła swoje wcześniejsze słowa Diana.
-Od kiedy są pod kontrolą Xany.- wyjaśniła jej Agnes.
-Kwaaaaaak!- usłyszeliśmy tuż obok nas charakterystyczny dla kaczki odgłos, który na pewno nie mogła wydać kaczka znajdująca się po drugiej stronie włazu. Wszyscy spojrzeliśmy w stronę której dobiegł dźwięk i zorientowaliśmy się, że Kurt wciąż trzymał w rękach kaczkę.
-Te kaczki chciały nas przed chwilą zjeść a ty sobie trzymasz jedną z nich!?- wykrzyknął do niego Dietrich.
-Ta kaczka jest teraz moja.- odparł mu karzeł, napinając mięśnie jakby szykował się do konfrontacji z Alzatczykiem.
Na szczęście do żadnego starcia nie doszło, bo Lukas wykorzystując okazję przygrzmocił łysemu w nos, rewanżując się tym samym za wcześniejszy cios w lesie. Jednak o ile Kurt na chwilę padł na ziemię i przestał mu zagrażać, to kaczka którą trzymał on w rękach, skoczyła na Lukasa i spróbowała mu odgryźć rękę swoim dziobem. Całe zajście Nawe śmiesznie wyglądało, bo nie wyobrażam sobie jak niby taki zwierzak chciałby odgryźć Lukasowi rękę. Postanowiłem mu jednak pomóc i chwyciłem kaczkę za ogon i spróbowałem ją oderwać od ręki Lukasa. Po chwili Dietrich przyłączył się do akcji odseparowywania zwierzaka od Lukasa. Jednakże okazało się, że opętana kaczka dostała od Xany dość irytującą umiejętność jaką było rażenie prądem. Gdy ciągnęliśmy kaczkę, a Lukas tłukł ją po łbie by się od niego odczepiła z tej zaczęły wyciekać drobne wyładowania elektryczne, które nas poraziły. W tym momencie jednak całe zajście się skończyło, bo gdy my upadliśmy Kurt wziąwszy do ręki dość spory kamień uderzył nim kaczkę, która w optymistycznej dla siebie wersji, straciła przytomność. Po chwili nie biorąca dotychczas udziały w zajściu Sylwia wzięła nieruchomą kaczkę i wyrzuciła przez właz , który Agnes i Łucja jej na chwilę otworzyły.
-Jesteś mi winny kaczkę.- powiedział z wyrzutem Kurt do Lukasa.
-Taaa i może jeszcze frytki do tego?- odparłem łysemu.
-Co to za hałasy?- usłyszeliśmy za sobą znajomy głos.
Obróciwszy się za siebie ujrzałem Marka i Jeana, którzy zapewne przyszli tu zaintrygowani hałasem jaki narobiliśmy.
-Mała sprzeczka między nami. Nic wartego waszej uwagi.- wyjaśniła im Agnes.
-To co idziemy na turniejek.- powiedział do nas Jean.
-Owszem.- odparł im Dietrich po czym wszyscy ruszyliśmy do Sali skanerów by  rozpocząć turniej.

Lukas

W głównej Sali bunkra było niezwykle tłoczno. Na oko na turniejek przyszło tu dwadzieścia parę osób co powodowało lekkie przepełnienie Sali. Idąc za Jeanem musieliśmy się zatrzymać na początku Sali, ponieważ dalej byśmy po prostu nie byli w stanie przejść bez taranowania paru osób. W całej Sali było głośno od rozmów zgromadzonych tu osób oraz muzyki , która wydobywała się z przyniesionego przez kogoś mikrofonu. W powietrzu unosił się lekki zapach alkoholu i prochu strzelniczego, co wprawiło mnie w lekkie przerażenie. Po co ja się zadaje z ludźmi dla których używki i strzelanie petardami są  na porządku dziennym. Nie jestem przecież jakimś ćpunem by przebywać w takim towarzystwie Postanowiłem się cofnąć i wyjść by nie musieć się spotykać twarzą w twarz z tak podejrzanymi ludźmi. Jednak gdy dałem krok w tył, napotkałem opór na plecach w postaci czyjejś ręki.
-Chyba się nie boisz?- usłyszałem za sobą głos Ferenca.
-Wcale nie.- powiedziałem niepewnie nie chcąc wyjść na kogoś kogo przeraża podejrzane towarzystwo.
-No to idziemy.- odpowiedział mi Ferenc.
-Hej cisza wszyscy!- krzyknął gdzieś z tłumu Franz al. Większość osób go nie dosłyszała i hałasowała dalej. Najwyraźniej zdenerwowało go na tyle, że postanowił podjąć inne środki uciszenia zgromadzonych. Po chwili usłyszeliśmy huk wybuchającej petardy i towarzyszący temu charakterystyczny zapach. Pomimo swojej drastyczności jego pomysł odniósł zamierzony skutek i oczy wszystkich zgromadzonych w bunkrze osób zwróciły się ku niemu.
-Dobra słuchajcie mnie teraz!- przemówił oficjalnym tonem Franz i po chwili przerwy kontynuował swoją przemowę- Dziękuję wszystkim za przyjście i zdeklarowanie udziału w turnieju. Większość z was już była w Cortexie i wie, że jest to gra jedyna w swoim rodzaju.  Nie będę tu wam teraz mówił czym jest Cortex, bo pewnie już wszyscy to wiecie i przejdę od razu do planu dzisiejszego wieczora. Mianowicie dzielimy się na dwa zespoły i rywalizujemy na zasadach zdobywania flagi. W Cotexie znajdują się cztery wieże i to one będą odgrywały role flag. Wygra ta drużyna, która będzie kontrolowała teren wokół co najmniej trzech wież lub wyeliminuje wszystkich rywali z gry.
-Skończ już z tym wykładem i pozwól iść na wojnę-  krzyknął ktoś tłumu za co został obdarowany gromkimi okrzykami.
-Rozliczymy się potem Henry- krzyknął Franz do podżegacza po czym zwrócił się do wszystkich- Na co czekacie do skanerów! Losowo rozdzielamy grupy więc nie próbujcie się nawet ustawiać, bo i tak wyjdzie na to samo!
Wszyscy w Sali oprócz członków Gwardii po usłyszeniu tych słów ruszyli do skanerów by wejść do gry. W całym zamieszaniu jakie powstało skierowaliśmy się do skanerów i przenieśliśmy się do Cortexu.
Wylądowaliśmy na wysokiej platformie, której było widać cały krajobraz Cortexu jeśli można to tak nazwać. Cały ten świat był zbudowany z szaro- niebieskich elementów z jednym wyjątkiem jakim była niemalże czarna kula znajdująca się w jego centrum. Z naszej pozycji było również widać wszystkie pięć wież Cortexu. Cztery z nich znajdowały się w różnych częściach wirtualnego świata i wyglądały jak żółtawe walce z błękitną mgiełką u szczytu oplecione od spodu korzeniem.  Piąta wieża była jednak zupełnie odmienna od innych. Pierwszą różnicą między nią a pozostałymi wieżami było jej położenie. Znajdowała się ona na szczycie kuli stanowiącej centrum Cortexu i przeciwieństwie do pozostałych była czarnym graniastosłupem z fioletowymi elementami. Nie mam pojęcia po co Klemens tworzył wieże o różnych kształtach ale trzeba mu przyznać, że się chłopak postarał je programując. Czasami jednak tracił on kontrolę nad wieżami na rzecz wirusa zwanego przez Agnes Xaną, który za ich pomocą atakował nas w rzeczywistości co oznaczało, że Wieże są w pewnym sensie portalami do naszego świata.
Obróciłem sięga siebie i ujrzałem Dietricha, Sylwię i kilka innych osób, z którymi zapewne miałem stanowić drużynę. Poza moimi znajomymi byli ze mną też Henry Cisalpina będący dość niemiłą osobą niestroniącą od przekleństw. Kolega z drużyny piłkarskiej Dietricha czyli Michel Tripois. Gwiazda szkolnego ping-ponga Mathias Durre. Szkolny raper Dean Terziotti oraz Konrad Qwatzke będący bramkarzem szkolnej drużyny piłkarskiej dla starszych roczników.
-Dobra to kto dowodzi ?- odezwał się Dietrich.
Ja!- powiedziało jednocześnie osiem osób w tym ja.
Oczywiście tak błahy temat wystarczył do kłótni, która szybko przerodziła się szarpaninę a następnie w małą bitwę w której każdy walczył ze sobą. Krótka wymiana ciosów tak szybka, że większość osób nie była w stanie stwierdzić kto kogo trafił  wystarczyła by z gry wyleciał Mathias a kilka osób straciło znaczne ilości punktów życia. Osobiście trzymałem się na uboczu wyczekując na odpowiednią okazję do zadania ciosu ale się jej nie doczekałem, ponieważ nad nami zwirtualizowało się trzech członków gwardii, którzy następnie zeskoczyli między walczących i ci sprawnie rozdzielili. Tymi członkami Gwardii okazali się być Nicollo, Nigel i Jean.
-Gotowi na akcję?- powiedział do wszystkich prześmiewczo Nigel.
-Owszem-odparł mu Dietrich mając lekko urażoną dumę po tym jak zorientował się ,ze nie ma szansy na objęcie dowództwa w grupie.
-No to w takim razie rozdzielamy się na dwa zespoły  po pięciu i ruszamy by zająć teren wokół wież znajdujących się niedaleko stąd. Ja z Nicollem, Sylwią, Dietrichem i Deanem ruszamy w kierunku południowo-zachodnim a pozostali oprócz Konrada ruszają za Nigelem w kierunku północno-zachodnim.- poinstruował nas Jean.
-A co ja będę robił?- zapytał się go Konrad.
-Masz broń nadającą się jedynie do obrony a potrzebny nam jest ktoś kto zabezpieczy wieże znajdującą się za nami na skraju Cortexu.- odparł mu Nigel.
Po tych słowach przyjrzałem się z ciekawością broni Konrada. Właściwie to to nie miał on broni oprócz niewielkiego sztyletu przymocowanego do uda. Resztą jego ekwipunku była spora torba przewieszona przez ramię,  której zapewne znajdowała się prawdziwa broń.
-Chcesz żebym zajął się bezpieczeństwem tej wieży? Masz gwarancję na to, że nikt się do niej nie dostanie z kompletem punktów. Na wszelki wypadek będę cały czas w okolicy wieży, bo Henry wie o właściwościach mojej broni, ponieważ była z nami w jednej drużynie w poniedziałek i nie da się łatwo złapać w pułapkę.- powiedział Konrad, który następnie pomknął w kierunku swojego celu, używając hiperskoku dla skrócenia czasu podróży.
-No to skoro tyły mamy zabezpieczone to czas ruszać.- powiedział Nigel dając sygnał do drogi poczym wszyscy, używszy hiperskoku podążyliśmy za liderami grup.


Brak komentarzy:

Prześlij komentarz