niedziela, 22 lutego 2015

Rozdział 8 "Deja vu" Wersja niekanoniczna

Rozdział 8

Deja vu

Agnes/Aelita

Czwartek

Stoję oniemiała ze strachu bunkrze z przytkanym do podbródka olbrzymim mieczem. Przede mną stoi William, odziany w swój czarny strój z czerwonymi elementami i celuję we mnie swoją żyletą, będącą mieczem o prostej rękojeści i pokrytym czymś na kształt korzenia ostrzu. Ze strachu nie mogę się ruszyć ani wykonać jakiejkolwiek innej czynności, która mogłaby mnie uratować. William po chwili impasu, wymierza mi potężnego kopniaka w brzuch, przez co padam na ziemię, skulona z bólu. Kiedy leżę na ziemi, mój kat wyjmuje z przeciętej wpół kanapy segregatory i wkłada je do skanerów, by wysłać je do Cortexu gdzie zapewne Xana, wykorzysta je do własnych celów.
Jak to tego doszło? Próbuję sobie przypomnieć wydarzenia z dzisiejszego dnia. Wszystko co się stało do momentu, kiedy wróciłam po lekcjach do pokoju było całkowicie normalne. Ot taki zwyczajny dzień. Kartkówka z biologii, spalone naleśniki na śniadanie i parę innych całkowicie zwyczajnych rzeczy. Jednakże to co się stało później, normalnym już nie było. Gdy wszedłem do swojego pokoju ujrzałam odzianą w czerń postać, która przerzucała moje rzeczy osobiste, jakby czegoś szukała.
-Gdzie są dane Hoppera?- wykrzyknął w moją stronę intruz, odwracając się do mnie. Wtedy ujrzałam jego twarz i z przerażeniem rozpoznałam z kim mam do czynienia. Osobą, przeszukiwała mój pokój był nikt inny jak William.
-Jak ty się tutaj dostałeś !?- powiedziałam przerażona, stanąwszy w progu, nie będąc w stanie z siebie wykrztusić ani słowa więcej.
-Powtarzam się ostatni raz!- wycedził przez zęby, po czym podskoczył do mnie, chwycił mnie za włosy i zaciągnął mnie w głąb pokoju, jednocześnie zamykając drzwi.
Upadłam na podłogę, a Will podszedł do mnie, wywołując swój miecz, który następnie przystawił mi do gardła i ponowił pytanie.
-GDZIE są dokumentacje Hoppera!?
-Nie wiem!- wykrztusiłam przerażona sytuacją.
-Nie próbuj mi kłamać, bo jęsli dalej będziesz mi łgała to stracisz te swoje różowe włoski! -odparł mi Dunbar.
Pomyślałam na tyle składnie, na ile pozwalała mi obecna sytuacja. Nie pamiętam dokładnie kim był William, ponieważ występuje on tylko w dwóch urwanych wspomnieniach, A do tego w jednym z nich mnie atakuje. Czy jeśli nie odpowiem mu, że segregatory znajdują się w bunkrze posunie się on do użycia swojego miecza. Postanawiam mu wyjawić swój sekret, by mnie puścił. W szkole i tak jest tak dużo policji, że nie uda mu się wydostać z niej niezauważenie. Zresztą sam hałas jaki dotychczas narobiliśmy, powinien już kogoś zaalarmować, że coś jest nie tak.
-Dobrze! Stój! Nie rób mi krzywdy!- wykrzyknęłam błagalnym tonem do swojego oprawcy.
-Nie zrobię ci krzywdy, jeśli powiesz mi to co chce wiedzieć.- odpowiedział William.
-Są one w bunkrze, który znajduje się w lesie.- wyjawiłam.
-Jeśli skłamałaś to cię zabiję a następnie powieszę na maszcie zamiast flagi. Zrozumiałaś?- zagroził mi, dociskając ostrze swego miecza na moim podbródku tak mocno, że aż pociekła po ostrzu strużka mojej krwi.
Pokiwałam stanowczo głową, nie mogąc wydusić z siebie ani jednego słowa. Widząc to William uśmiechnął się sadystycznie, po czym po prostu wyszedł z pokoju na korytarz zatrzaskując za sobą drzwi.
-Jak on zamierza się tam dostać, skoro wychodzi jak gdyby nigdy nic na środek szkolnego korytarza w lamerskim wdzianku i olbrzymim mieczem w ręce? Przecież prędzej czy później zwróci on na siebie uwagę wszechobecnej policji.- pomyślałam sobie.
-Hej coś ty za jeden!? AAAAAAAAAA!- usłyszałam za  ścianą krzyk Sylwii dobiegający najpewniej ze schodów.
Jak najszybciej wstaję z podłogi i wybiegam z pokoju, by krzyknąć do przyjaciółki by ta uciekała. Gdy znalazłam się na korytarzu było już za późno na jakiekolwiek działanie. William zmienił się w czarny dym i podleciał do Sylwii. Pojawił się on tuż przed Sylwią i kopnął ją w podbródek. Jako, że Sylwia stała na skraju schodów, to po otrzymaniu takiego ciosu upadła na nie i sturlała się po kilkunastu stopniach, łamiąc pewnie przy okazji kilkanaście kości. William ponownie użył Supersmogu i natychmiast uciekł z miejsca zdarzenia, zostawiając mnie samą z ciężko ranną przyjaciółką.
-Hej! Co się tam wyprawia?!-usłyszałam głos policjanta, znajdującego się piętro niżej.
-Moja koleżanka spadła ze schodów! Niech pan wezwie jakąś pomoc!- wykrzyknęłam podbiegłszy do niej.
Nie doczekałam się jednak odpowiedzi ze strony mundurowego, który niemal natychmiast podbiegł do mnie i obejrzawszy potłuczoną Sylwię, sprawdził jej puls by sprawdzić czy żyje. Najwyraźniej Sylwia nadal żyła, ponieważ policjant za pomocą krótkofalówki poinformował odpowiednie służby o tym co się wydarzyło na schodach.
-Wątpię by wyszła z tego cało.- powiedział mundurowy pod nosem ledwie słyszalnym tonem.

William

Wszechobecni w tej szkole policjanci są niezwykle irytujący. Nawet na dachu nie dają spokoju. Prawie bym został zauważony gdybym szybko nie zrzucił jednego kanara z dachu. Dopiero teraz zaczynam sobie uświadamiać jak bardzo spierdoliłem przesłuchanie różowowłosej. Z dachu szkoły doskonale widać ogrom lasu rosnącego na wschód od całego kompleksu. Wiem, że gdzieś w tym lesie znajdują się potrzebne Jeremiemu dokumenty, które Schaeffer zostawił w swoim domu a potem nie zdążył zabrać ze sobą gdy uciekał do Francji. Jednakże przeszukanie lasu zajmie mi kilka dni. A nie na to mam czasu, ponieważ za 18 minut skończy mi się teleportacja i wrócę do Skida nie wypełniwszy tak prostej misji, na którą zgłosiłem się przede wszystkim po to by zaimponować Yumi tym, że na mnie można zawsze liczyć. Powinienem przyszpilić jakiegoś dzieciaka, który wie gdzie znajduje się ten bunkier o którym wspomniał obiekt moich przesłuchań, i wyciągnąć z niego potrzebne mi informacje. Spojrzałem w lewo na boiska oddzielające tutejszą szkołę od uniwerka, na którym wedle naszych informacji wykładał ojczym Aelity. Moja uwaga skupia się na kilku osobach, które idą od strony znajdujących się za uniwerkiem internatów dla studentów ku siatce odgradzającej las od kompleksu. Przy siatce wita ich inna osoba, która wyszła do nich z lasu, trzymając jakąś torbę. Czyżby wynosili Dokumenty w bezpieczne miejsce? Będę muszę to sprawdzić. Przyglądam się dokładniej z dachu budynku osobie, która dostarcza kilku pryszczatym studentom tę tajemniczą przesyłkę. Jest to dość wysoki, dobrze zbudowany chłopak wyglądający z tej odległości na może jakieś 15-16 lat. Ma on włosy w kolorze jasnego blondu, zaczesane do tyłu i jest ubrany w dżinsy oraz bordowo-białą koszulkę z czarnym numerem 88 zapisanym gotycką czcionką na brzuchu.
-Dobra czas przyjrzeć się temu z bliska.- mówię sam do siebie pod nosem poczym przybieram formę czarnego dymu i podlatuję na znajdujące się parę metrów od nich drzewo by podsłuchać rozmowę. Usadowiwszy się wygodnie na drzewie zaczynam podsłuchiwać ich rozmowę.
-To będzie razem 28 franków.-powiedział blondyn do studentów.
-Umiesz liczyć Franz? Umawialiśmy się na 25 franków za całość.- odpowiedział mu stanowczo jeden  z tych pryszczatych.
-Ceny skoczyły w górę odkąd po szkole roi się od policji. Płacisz czy zwracasz towar?- odpowiedział mu Franz.
-Płacę. Jak jeszcze raz podwyższysz ceny to ci zrobię taką reklamę, że nikt od ciebie nie będzie kupował.-zagroził mu zdenerwowany kupiec.
-A skąd wtedy będziecie brać alkohol jak nie ode mnie? Zresztą muszę kończyć bo nie mam całego dnia na przekomarzanki z wami.-odparł mu blondyn skierowawszy swe kroki w kierunku lasu.
Zdenerwowany zacisnąłem pięść przysłuchawszy się całej rozmowie ukryty w koronach drzew. Dwie minuty zmarnowane a ja nie poczyniłem choćby kroku naprzód by odnaleźć papiery Hoppera. Najwyraźniej będę musiał zgarnąć różowowłosa do lasu i wymusić na niej by mi pokazała gdzie dokładnie znajduje się te dokumenty. Jak pomyślałem tak zrobiłem. Zmieniłem się z powrotem w dym i poleciałem ku budynkowi liceum by dopaść swoją ofiarę.

Agnes/Aelita

-Masz mnie za debila ty mała szmato!? Twoja koleżanka się  niby pośliznęła na schodach i dlatego jedzie teraz do szpitala ze skręconym karkiem?!-mówi do mnie zirytowany moim marnym wytłumaczeniem dyrektor. Po tym jak odwieźli Sylwię do znajdującego się w pobliskim miasteczku szpitala, dyrektor wezwał mnie do siebie, wyraźnie zaznaczając, że mam być natychmiast. Chcąc nie chcąc udałam się do znajdującego się na pierwszym piętrze gabinetu dyrektora. Dyrektor nie pozwolił policji na uprzednie przesłuchanie mnie, mimo tego, że zażądał tego sam Putain więc na pewno nie zadowoli się tak marnym wytłumaczeniem.
-Zgadza się panie dyrektorze.-wyjąkałam w odpowiedzi.
-Coś sadzę, że wiesz coś o czym powinnaś mi powiedzieć czyż nie tak panno Tyron.- powiedział do mnie trochę spuściwszy z tonu, zatrzymując się na chwilę przed nazwiskiem przed nazwiskiem, które wypowiedział z nutką kpiny w głosie.
Chciałam mu odpowiedzieć, że było tak jak mu nakłamałam ale nie zdążyłam. Nagle drzwi wypadły z zawiasów a przez połowę pokoju przeleciał jeden z funkcjonariuszy policji lądując głową w biurku dyra. Do gabinetu wpadł z hukiem William. Nie zatrzymując się podbiegł do dyrektora i pchnął dyrektora w pierś tak, że zapewne  dyro zaliczył zgon na miejscu. Jednak gdy dyrektor padł na ziemię, William dla pewności, że nie będzie mu on już przeszkadzał, wbił swój miecz w głowę dyrektora tak, że ten przeszedł na wylot. Następnie chwycił mnie za koszulkę i wyciągnął z na korytarz. Gdy ochłonęłam z szoku spróbowałam się wydostać z żelaznego uścisku. Jednak William zauważywszy to wymierzył mi cios w podbródek z taką siłą, że straciłam przytomność.
Parę minut później budzę się na skraju lasu.
-Skoro wstałaś to wskaż mi drogę do miejsca gdzie ukryliście te dokumenty.- rozkazał mi Dunbar jak gdyby to co zrobił w gabinecie dyrektora nigdy się nie wydarzyło.
Zdezorientowana obejrzałam się dookoła siebie zdziwiona tym, że znajduję się na skraju lasu. William stał za mną na tle szkoły, z której przez kilka okien wydobywał się gęsty dym.
-Zabiłeś tych wszystkich ludzi i podpaliłeś szkołę tylko po to żeby zdobyć kilka papierków?!-zrugowałam swojego oprawcę.
-Nie skacz mała suko. Po twoich tekstach i tym całym oburzeniu moimi metodami widać, że charakterek masz taki jaki powinnaś mieć. Jeremie w tej kwestii odwalił kawał dobrej roboty. – odpowiedział mi William.
-Co ty masz na myśli mówiąc, że Jeremie odwalił kawał dobrej roboty!? Kto to w ogóle jest?- zapytałam się go zdenerwowana tym, że traktuję mnie niczym przedmiot.
-Stoję nad tobą z całkiem fajnym tasakiem, którym już pociąłem dzisiaj kilka osób. Więc może mądrym posunięciem byłoby pokazanie mi drogi a nie zadawanie pytań, na które nie uzyskasz odpowiedzi. A jeśli mnie zdenerwujesz to już mam kilka ciekawych pomysłów, których realizacja byłaby dla ciebie co najmniej nieprzyjemna-odparł mi Dunbar, uśmiechając się niczym psychopata.
Znowu stanęłam przed tym samym dylematem. O ile wcześniej mogłam mu wyjawić rąbek tajemnicy bez jakichś tragicznych konsekwencji, to teraz sprawy zaszły stanowczo za daleko. Może powinnam się poświęcić by Xana nie położył ręki na tych jak widać arcyważnych dokumentach. Jednak nie zdążyłam się do końca namyślić, ponieważ mój oprawca wówczas powiedział.
-Pamiętasz tę swoją koleżankę, która zaliczyła kolejno wszystkie stopnie schodów swoją twarzą? Mogę tak załatwić pozostałych twoich przyjaciół. Tak więc jak nie będziesz posłuszna to nie dożyją oni wieczora!- zagroził mi William.
Pomyślałam teraz o moich przyjaciołach, którzy mnie zaakceptowali, uratowali przed wężem oraz samochodami oraz chcieli pomóc rozwiązać tajemnicę mojej amnezji. Nie mogłam skazać ich na śmierć. Nigdy bym sobie nie wybaczyła gdyby Ferenc, Lukas, Sylwia, Łucja czy choćby Dietrich zginęli przeze mnie.
-No dobrze. Idź w takim razie za mną.- powiedziałam do niego po czym skierowałam się ku bunkrowi. Podczas drogi przez las William dokładnie się przyglądał ścieżce, po której kroczyliśmy. Zupełnie tak jakby zamierzał tu kiedyś wrócić. Gdy dotarliśmy do włazu bunkra, rozkazał mi on iść przodem, by upewnić się, że nie prowadzę go w jakąś pułapkę. Wywołał o przy tym miecz, którego ostrze przystawił mi do pleców, by mieć pewność, że nie spróbuję uciec. W momencie gdy znaleźliśmy się w Sali z superkomputerem William się zatrzymuję na  środku pomieszczenia i mierzy wzrokiem wszystko co się w tej części bunkra znajduję.
-Nie widzę tych segregatorów! Szykuj się na śmierć szmato!- wykrzyknął nie zauważywszy obiektu swojego pożądania.
-Są najpewniej ukryte w kanapie.- Odpowiedziałam mu przygnębiona tym, że mimo całego wysiłku jaki włożyliśmy w walkę Xaną, wystarczył jeden bezpośredni atak i przegraliśmy na całej linii.
William przeciął kanapę na pół i zaklął pod nosem, ponieważ trafił w złą część kanapy. Jego ostrze zamiast odsłonić przed nim zakodowane segregatory zagłębiło się  w skrzynkę z piwem, które ochlapało całą kanapę, zapewne uszkadzając również obiekt jego pożądania. Na mojej twarzy pojawił się chwilowo mały uśmieszek gdy uświadomiłam sobie, że Xana poniósł porażkę.
-Z czego się tak cieszysz!?-wykrzyknął do mnie William przystawiwszy mi do gardła miecz, ponownie raniąc mnie aż do krwi.
I w tym momencie dochodzę do chwili obecnej gdy leżę zgięta z bólu na ziemi a William trzyma w ręku segregatory.
-Zadanie wykonane. Ściągnij mnie z powrotem do Skida- powiedział sam do siebie William po czym zniknął w rozbłysku światła. Sytuacja w jakiej się teraz znajdowałam była co najmniej dziwna. Dokumenty dla których William puścił z dymem połowę szkoły leżą sobie najzwyczajniej w skanerze i nic się nie dziej gdy je stamtąd wyjmuję. Myślę sobie o tych wszystkich osobach, które zostały dzisiaj ciężko ranne lub zginęły na miejscu. Sądząc po tym jak Sylwia wyglądała po spotkaniu z Williamem, poleży kilka tygodni w szpitalu zapewne cała w gipsie. Dyrektor został przecięty na dwie części tylko dlatego, że znalazł się w tym samym pomieszczeniu co ja. Ilu policjantów straciło dzisiaj życie z ręki tego szaleńca, który z zimną krwią mordował ludzi.
Gdy tak dalej rozmyślałam całe pomieszczenie zalało białe światło.

Czwartek

6:57
Drrrrrrrrrrrrrrrrrrrrrrrrrrrrr!
Budzę się w swoim łóżku, wyrwana ze snu prze dzwoniący budzik, który odruchowo wyłączam. Zaraz, co ja robię w  swoim pokoju? Rozglądam się po pokoju ze zdziwieniem i jakimś dziwnym odczuciem. Jak ono się nazywało? A już pamiętam. To Deja Vu. Ze zdziwieniem stwierdzam, że pokój jest schludnie uprzątnięty a wszystkie rzeczy na swoich miejscach. Nie ma ani śladu po demolce jaką urządził mi William.
-Co masz taką przerażoną minę? Koszmary miałaś jakieś czy co?- pyta się mnie Sylwia ze swojego łóżka znajdującego się pod przeciwległą ścianą.
-Najwyraźniej tak.-odpowiadam jej zdziwionym tonem. W końcu o ile pamiętam to karetka zabrała ją do szpitala i to dość w poważnym stanie. Czyżby w takim razie to wszystko mi się jedynie przyśniło? Czemu w takim razie mój sen był aż tak realistyczny? Że tak powiem, był on prawie, że jak by to co w przeżyłam wydarzyło się naprawdę.
-Która godzina?- zapytała się mnie  zaspana Sylwia najwyraźniej wciąż nie wybudziwszy się do końca.
-Siódma punkt.- odpowiedziałam jej wciąż będąc w lekkim szoku.
-Po co nastawisz tak wcześnie budzik? Jak wstanę dwadzieścia minut później to również się wyrobię.- odparła mi Sylwia po czym zagłębiła głowę w poduszkę.
Biorąc przykład z Sylwii również położyłam się z powrotem. Po chwili rozmyślań o tym dziwnym śnie z przerażeniem odkryłam, że we śnie po wstaniu z łóżka przeprowadziłam identyczną rozmowę z Sylwią jak ta przed chwilą. Czyżby to co się wydarzyło we śnie było zapowiedzią dzisiejszego dnia? Przecież nawet sama taka myśl zakrwawia na czyste szaleństwo. Leżę tak sobie rozmyślając o tym co się wydarzyło w moim śnie zanim spotkałam w nim Williama. O ile dobrze pamiętam to z pokoju wyciągnęła nas Łucja dzięki czemu nie spóźniłyśmy się na śniadaniu, na którym dostałyśmy lekko przypalone jedzenie, na pierwszej lekcji wrócił Adolf, który spędził cały poprzedni dzień w szpitalu na płukaniu żołądka a na biologii nauczycielka zrobiła niezapowiedzianą kartkówkę, z której na szczęście byłam zwolniona z racji tego, że jestem w tej szkole od przedwczoraj. Następnie na obiedzie Nicollo przypomniał nam, że dziś wieczorem będzie turniej w Cortexie, na który każdy kto chociaż raz w nim był jest zaproszony. Nicollo oczywiście nie przegapił okazji do wycięcia jakiegoś głupiego numeru Adolfowi więc zaszedł go od tyłu, gdy ten był zajęty jedzeniem i i jednym szybkim ruchem wyciągnął mu krzesło spod tyłka powodując jego upadek po czym roześmiany poszedł do swojego stolika. Gdy przypomniałam sobie większość scen ze snu, usłyszałam pukanie do drzwi.
-Proszę.- odpowiedział na pukanie Sylwia.
Do pokoju weszła Łucja ubrana w swój staroświecki szlafrok, zupełnie tak samo jak zrobiła to w moim śnie co spowodowało, że zaczęłam się poważnie zastanawiać czy inne wydarzenia ze snu się naprawdę spełnią.
-Powinny byłyście już wstawać jeśli chcecie zdążyć na śniadanie.-powiedziała do nas Łucja.
-Dobra, ja już idę. Sylwia idziesz z nami czy wolisz iść na lekcję bez śniadania.-odpowiedziałam Łucji.
-Idę, już idę.-powiedziała markotnie Sylwia, która najchętniej olałaby lekcje i spała sobie do dwunastej.
Po jakichś dziesięciu minutach byłyśmy już na śniadaniu, które jadłyśmy przy tym samym stoliku, przy którym siedzieli również Ferenc, Lukas i Dietrich.
-Co się stało Agnes? Wyglądasz jak Ferenc jak się naogląda tych swoich horrorów przez całą noc.-zapytał się mnie Dietrich.
-Miałam taki dziwny sen.-zwierzyłam mu się.
-To opowiedz go nam to może ci pomożemy.- pocieszył mnie Lukas, będąc zaciekawiony moim snem.
- Śnił mi się cały dzisiejszy dzień…- zaczęłam opowiadać.
-Poczekaj z tym swoim snem aż się śpiące królewny obudzą.- przerwał mi Dietrich, wskazując głową na przysypiającą Sylwię, do której niewiele docierało oraz Ferenca, który po prostu zasnął na śniadaniu.
-Czas na rewanż.-powiedział Lukas po czym wziął szklankę wody i chlusnął wodą prosto na twarz Ferenca.
-Kurwa! Który z was to zrobił!- poderwał się Ferenc, zupełnie zapominają, że jest na szkolnej stołówce.
Jego „wybuch” zauważyli wszyscy w pobliżu naszego stolika oraz pan woźny, który akurat odbierał tacę z jedzeniem. Podszedł on do Ferenca, złapał go za rękę i wyciągnął go ze stołówki mówiąc:- Dzisiaj się obejdziesz bez śniadania Wańczak.
-Ferenc cię zabiję za tą akcję. Wiesz przecież o tym.- powiedział Dietrich do Lukasa.
-To był rewanż za wczorajsze.-odparł mu Lukas, który po chwili dodał- Patrzcie no kto stoi w drzwiach. Adolfa wypuścili ze szpitala.
Spojrzałam na drzwi stołówki, w których stał Adolf z lekkim przerażeniem, ponieważ identyczna scena rozegrała się w moim śnie. Jeśli kolejne wydarzenia, które ujrzałam w śnie będą się wypełniać to czy po lekcjach, spotkam w swoim pokoju Williama. Od razu odrzuciłam tą myśl. To musi być przypadek, ponieważ można było się domyślić, że Adolf a wypuszczą dzisiaj ze szpitala, bo w końcu ile mogą go tam trzymać?
-Fajnie, że przypilnowaliście mi miejsca.- powiedział Adolf patrząc na miejsce Ferenca, po tym jak podszedł do naszego stolika.
-Widzisz. Byliśmy pewni, że cie wypuszczą z szpitala już dzisiaj więc zajęliśmy ci miejsce.-odparł mu Dietrich.
-Dzięki.- odpowiedział mu Adolf siadając na krześle.
W tym momencie Nicollo, który akurat przechodził obok stolika, wykorzystał okazję do wycięcia numeru Adolfowi. Gdy ten siadał, Nicollo zwinął mu krzesło spod tyłka przez co ten się wywalił. Wszyscy przy stoliku oprócz mnie z trudem powstrzymali śmiech. Ja jako jedyna nie miałam powodu do śmiechu. Wszystko dlatego, że właśnie urzeczywistniła się kolejna rzecz z mojego snu.
Po zjedzeniu śniadania rozdzieliliśmy się i poszliśmy na lekcję. Dietrich skierował się ku schodom prowadzącym na trzecie piętro budynku, ponieważ miał dziś jako pierwszą lekcję Francuski odbywający się w Sali 57. My natomiast skierowaliśmy się na pierwsze piętro gdzie znajdowała się w sala, w której zaczniemy dziś biologią. Przed lekcją przezornie wyciągnęłam podręcznik i zaczęłam się uczyć, bo skoro wydarzenia z mojego snu okazywały się mieć odzwierciedlenie w rzeczywistości to zapewne biolożka zrobi nam niezapowiedzianą kartkówkę
 -O czym chciałaś nam powiedzieć przy śniadaniu zanim ci Dietrich przerwał?- zapytała się mnie Łucja.
-No cóż chciałam wam powiedzieć o tym, że miałam dzisiaj dziwny sen, w którym widziałam cały dzisiejszy dzień. Nie byłoby w tym nic dziwnego gdyby nie to, że wydarzenia, które w nim widziałam, dzisiaj również mają miejsce.- odpowiedziałam jej.
-Biolożka cię w nim pytała? A zresztą opowiesz mi o całym śnie, bo jeśli rzeczywiście widziałaś w nim przyszłość to może się okazać bardzo przydatny.- odparła mi Łucja.
Opowiedziałam więc jej i Sylwii, która również zainteresowała się moim snem, o tym co się w moim śnie wydarzyło pomijając wydarzenia związane z Williamem i ciężko ranną Sylwią. Specjalnie pominęłam te fragmenty snu, ponieważ mam nadzieje, że one się nie wydarzą.
Gdy skończyłam mówić, zabrzmiał dzwonek obwieszczający początek lekcji więc weszliśmy do klasy i powyciągałyśmy podręczniki czekając na nauczyciela. Gdy pani Pfeld, która uczyła nas biologii weszła do klasy i od razu obwieściła nam byśmy wyciągnęli karteczki poczułam kolejny już dzisiaj raz uczucie przerażenia spowodowane tym, że prawdopodobnie po lekcjach czeka mnie spotkanie z Williamem.
Reszta lekcji minęła mi bardzo szybko, głównie dlatego, że na każdej myślałam jak uciec przeznaczeniu w postaci czekającego na mnie w pokoju Willa. Po ostatniej lekcji celowo poczekałam na Sylwię, która musiała załatwić kilka rzeczy i razem poszłyśmy do pokoju. Przed wejściem do pokoju zawahałam się przed otworzeniem drzwi więc zniecierpliwiona moim niezdecydowaniem Sylwia otworzyła drzwi za mnie. Po tym jak Sylwia otworzyła drzwi z ulgą stwierdziłam, że w pokoju nie żadnego śladu obecności Williama.
-Co jest? Co ci się stało, że wyglądałaś jakbyś się bała otworzyć drzwi do własnego pokoju.- zapytała się mnie Sylwia.
-Nic się nie stało.- odpowiedziałam jej z ulgą.
Padłam na łóżko i zaczęłam rozmyślać o tym co się stało dzisiaj oraz o moim śnie.Dlaczego wszystko co zobaczyłam w moim śnie się spełniło oprócz ataku Williama? Dlaczego w śnie był dla mnie aż tak brutalny i bezlitosny skoro mnie kiedyś znał. Najdziwniejsze było jednak to, że we śnie ostatecznie olał segregatory a teraz naet się nie pojawił. Jak dzisiaj wieczorem będzie ten turniejek w Cortexie, powinnam odnaleźć odpowiedzi na przynajmniej kilka tych pytań.


Brak komentarzy:

Prześlij komentarz