Rozdział 8
Deja vu
Agnes/Aelita
Czwartek
Stoję
oniemiała ze strachu bunkrze z przytkanym do podbródka olbrzymim mieczem.
Przede mną stoi William, odziany w swój czarny strój z czerwonymi elementami i
celuję we mnie swoją żyletą, będącą mieczem o prostej rękojeści i pokrytym
czymś na kształt korzenia ostrzu. Ze strachu nie mogę się ruszyć ani wykonać
jakiejkolwiek innej czynności, która mogłaby mnie uratować. William po chwili
impasu, wymierza mi potężnego kopniaka w brzuch, przez co padam na ziemię,
skulona z bólu. Kiedy leżę na ziemi, mój kat wyjmuje z przeciętej wpół kanapy segregatory
i wkłada je do skanerów, by wysłać je do Cortexu gdzie zapewne Xana, wykorzysta
je do własnych celów.
Jak to tego
doszło? Próbuję sobie przypomnieć wydarzenia z dzisiejszego dnia. Wszystko co
się stało do momentu, kiedy wróciłam po lekcjach do pokoju było całkowicie
normalne. Ot taki zwyczajny dzień. Kartkówka z biologii, spalone naleśniki na
śniadanie i parę innych całkowicie zwyczajnych rzeczy. Jednakże to co się stało
później, normalnym już nie było. Gdy wszedłem do swojego pokoju ujrzałam
odzianą w czerń postać, która przerzucała moje rzeczy osobiste, jakby czegoś
szukała.
-Gdzie są
dane Hoppera?- wykrzyknął w moją stronę intruz, odwracając się do mnie. Wtedy
ujrzałam jego twarz i z przerażeniem rozpoznałam z kim mam do czynienia. Osobą,
przeszukiwała mój pokój był nikt inny jak William.
-Jak ty się
tutaj dostałeś !?- powiedziałam przerażona, stanąwszy w progu, nie będąc w
stanie z siebie wykrztusić ani słowa więcej.
-Powtarzam
się ostatni raz!- wycedził przez zęby, po czym podskoczył do mnie, chwycił mnie
za włosy i zaciągnął mnie w głąb pokoju, jednocześnie zamykając drzwi.
Upadłam na
podłogę, a Will podszedł do mnie, wywołując swój miecz, który następnie
przystawił mi do gardła i ponowił pytanie.
-GDZIE są
dokumentacje Hoppera!?
-Nie wiem!-
wykrztusiłam przerażona sytuacją.
-Nie próbuj
mi kłamać, bo jęsli dalej będziesz mi łgała to stracisz te swoje różowe włoski!
-odparł mi Dunbar.
Pomyślałam na
tyle składnie, na ile pozwalała mi obecna sytuacja. Nie pamiętam dokładnie kim
był William, ponieważ występuje on tylko w dwóch urwanych wspomnieniach, A do
tego w jednym z nich mnie atakuje. Czy jeśli nie odpowiem mu, że segregatory
znajdują się w bunkrze posunie się on do użycia swojego miecza. Postanawiam mu
wyjawić swój sekret, by mnie puścił. W szkole i tak jest tak dużo policji, że
nie uda mu się wydostać z niej niezauważenie. Zresztą sam hałas jaki dotychczas
narobiliśmy, powinien już kogoś zaalarmować, że coś jest nie tak.
-Dobrze!
Stój! Nie rób mi krzywdy!- wykrzyknęłam błagalnym tonem do swojego oprawcy.
-Nie zrobię
ci krzywdy, jeśli powiesz mi to co chce wiedzieć.- odpowiedział William.
-Są one w
bunkrze, który znajduje się w lesie.- wyjawiłam.
-Jeśli
skłamałaś to cię zabiję a następnie powieszę na maszcie zamiast flagi.
Zrozumiałaś?- zagroził mi, dociskając ostrze swego miecza na moim podbródku tak
mocno, że aż pociekła po ostrzu strużka mojej krwi.
Pokiwałam
stanowczo głową, nie mogąc wydusić z siebie ani jednego słowa. Widząc to
William uśmiechnął się sadystycznie, po czym po prostu wyszedł z pokoju na
korytarz zatrzaskując za sobą drzwi.
-Jak on
zamierza się tam dostać, skoro wychodzi jak gdyby nigdy nic na środek szkolnego
korytarza w lamerskim wdzianku i olbrzymim mieczem w ręce? Przecież prędzej czy
później zwróci on na siebie uwagę wszechobecnej policji.- pomyślałam sobie.
-Hej coś ty
za jeden!? AAAAAAAAAA!- usłyszałam za
ścianą krzyk Sylwii dobiegający najpewniej ze schodów.
Jak najszybciej
wstaję z podłogi i wybiegam z pokoju, by krzyknąć do przyjaciółki by ta
uciekała. Gdy znalazłam się na korytarzu było już za późno na jakiekolwiek
działanie. William zmienił się w czarny dym i podleciał do Sylwii. Pojawił się
on tuż przed Sylwią i kopnął ją w podbródek. Jako, że Sylwia stała na skraju
schodów, to po otrzymaniu takiego ciosu upadła na nie i sturlała się po
kilkunastu stopniach, łamiąc pewnie przy okazji kilkanaście kości. William
ponownie użył Supersmogu i natychmiast uciekł z miejsca zdarzenia, zostawiając
mnie samą z ciężko ranną przyjaciółką.
-Hej! Co się
tam wyprawia?!-usłyszałam głos policjanta, znajdującego się piętro niżej.
-Moja
koleżanka spadła ze schodów! Niech pan wezwie jakąś pomoc!- wykrzyknęłam
podbiegłszy do niej.
Nie doczekałam
się jednak odpowiedzi ze strony mundurowego, który niemal natychmiast podbiegł
do mnie i obejrzawszy potłuczoną Sylwię, sprawdził jej puls by sprawdzić czy
żyje. Najwyraźniej Sylwia nadal żyła, ponieważ policjant za pomocą
krótkofalówki poinformował odpowiednie służby o tym co się wydarzyło na
schodach.
-Wątpię by
wyszła z tego cało.- powiedział mundurowy pod nosem ledwie słyszalnym tonem.
William
Wszechobecni
w tej szkole policjanci są niezwykle irytujący. Nawet na dachu nie dają
spokoju. Prawie bym został zauważony gdybym szybko nie zrzucił jednego kanara z
dachu. Dopiero teraz zaczynam sobie uświadamiać jak bardzo spierdoliłem
przesłuchanie różowowłosej. Z dachu szkoły doskonale widać ogrom lasu rosnącego
na wschód od całego kompleksu. Wiem, że gdzieś w tym lesie znajdują się
potrzebne Jeremiemu dokumenty, które Schaeffer zostawił w swoim domu a potem
nie zdążył zabrać ze sobą gdy uciekał do Francji. Jednakże przeszukanie lasu
zajmie mi kilka dni. A nie na to mam czasu, ponieważ za 18 minut skończy mi się
teleportacja i wrócę do Skida nie wypełniwszy tak prostej misji, na którą
zgłosiłem się przede wszystkim po to by zaimponować Yumi tym, że na mnie można
zawsze liczyć. Powinienem przyszpilić jakiegoś dzieciaka, który wie gdzie
znajduje się ten bunkier o którym wspomniał obiekt moich przesłuchań, i
wyciągnąć z niego potrzebne mi informacje. Spojrzałem w lewo na boiska
oddzielające tutejszą szkołę od uniwerka, na którym wedle naszych informacji
wykładał ojczym Aelity. Moja uwaga skupia się na kilku osobach, które idą od
strony znajdujących się za uniwerkiem internatów dla studentów ku siatce odgradzającej
las od kompleksu. Przy siatce wita ich inna osoba, która wyszła do nich z lasu,
trzymając jakąś torbę. Czyżby wynosili Dokumenty w bezpieczne miejsce? Będę
muszę to sprawdzić. Przyglądam się dokładniej z dachu budynku osobie, która
dostarcza kilku pryszczatym studentom tę tajemniczą przesyłkę. Jest to dość
wysoki, dobrze zbudowany chłopak wyglądający z tej odległości na może jakieś
15-16 lat. Ma on włosy w kolorze jasnego blondu, zaczesane do tyłu i jest
ubrany w dżinsy oraz bordowo-białą koszulkę z czarnym numerem 88 zapisanym
gotycką czcionką na brzuchu.
-Dobra czas
przyjrzeć się temu z bliska.- mówię sam do siebie pod nosem poczym przybieram
formę czarnego dymu i podlatuję na znajdujące się parę metrów od nich drzewo by
podsłuchać rozmowę. Usadowiwszy się wygodnie na drzewie zaczynam podsłuchiwać
ich rozmowę.
-To będzie
razem 28 franków.-powiedział blondyn do studentów.
-Umiesz
liczyć Franz? Umawialiśmy się na 25 franków za całość.- odpowiedział mu
stanowczo jeden z tych pryszczatych.
-Ceny
skoczyły w górę odkąd po szkole roi się od policji. Płacisz czy zwracasz
towar?- odpowiedział mu Franz.
-Płacę. Jak
jeszcze raz podwyższysz ceny to ci zrobię taką reklamę, że nikt od ciebie nie będzie
kupował.-zagroził mu zdenerwowany kupiec.
-A skąd
wtedy będziecie brać alkohol jak nie ode mnie? Zresztą muszę kończyć bo nie mam
całego dnia na przekomarzanki z wami.-odparł mu blondyn skierowawszy swe kroki
w kierunku lasu.
Zdenerwowany
zacisnąłem pięść przysłuchawszy się całej rozmowie ukryty w koronach drzew. Dwie
minuty zmarnowane a ja nie poczyniłem choćby kroku naprzód by odnaleźć papiery
Hoppera. Najwyraźniej będę musiał zgarnąć różowowłosa do lasu i wymusić na niej
by mi pokazała gdzie dokładnie znajduje się te dokumenty. Jak pomyślałem tak
zrobiłem. Zmieniłem się z powrotem w dym i poleciałem ku budynkowi liceum by
dopaść swoją ofiarę.
Agnes/Aelita
-Masz mnie
za debila ty mała szmato!? Twoja koleżanka się niby pośliznęła na schodach i dlatego jedzie
teraz do szpitala ze skręconym karkiem?!-mówi do mnie zirytowany moim marnym
wytłumaczeniem dyrektor. Po tym jak odwieźli Sylwię do znajdującego się w
pobliskim miasteczku szpitala, dyrektor wezwał mnie do siebie, wyraźnie
zaznaczając, że mam być natychmiast. Chcąc nie chcąc udałam się do znajdującego
się na pierwszym piętrze gabinetu dyrektora. Dyrektor nie pozwolił policji na
uprzednie przesłuchanie mnie, mimo tego, że zażądał tego sam Putain więc na
pewno nie zadowoli się tak marnym wytłumaczeniem.
-Zgadza się
panie dyrektorze.-wyjąkałam w odpowiedzi.
-Coś sadzę,
że wiesz coś o czym powinnaś mi powiedzieć czyż nie tak panno Tyron.- powiedział
do mnie trochę spuściwszy z tonu, zatrzymując się na chwilę przed nazwiskiem przed
nazwiskiem, które wypowiedział z nutką kpiny w głosie.
Chciałam mu
odpowiedzieć, że było tak jak mu nakłamałam ale nie zdążyłam. Nagle drzwi
wypadły z zawiasów a przez połowę pokoju przeleciał jeden z funkcjonariuszy
policji lądując głową w biurku dyra. Do gabinetu wpadł z hukiem William. Nie
zatrzymując się podbiegł do dyrektora i pchnął dyrektora w pierś tak, że zapewne dyro zaliczył zgon na miejscu. Jednak gdy
dyrektor padł na ziemię, William dla pewności, że nie będzie mu on już
przeszkadzał, wbił swój miecz w głowę dyrektora tak, że ten przeszedł na wylot.
Następnie chwycił mnie za koszulkę i wyciągnął z na korytarz. Gdy ochłonęłam z
szoku spróbowałam się wydostać z żelaznego uścisku. Jednak William zauważywszy
to wymierzył mi cios w podbródek z taką siłą, że straciłam przytomność.
Parę minut
później budzę się na skraju lasu.
-Skoro
wstałaś to wskaż mi drogę do miejsca gdzie ukryliście te dokumenty.- rozkazał
mi Dunbar jak gdyby to co zrobił w gabinecie dyrektora nigdy się nie wydarzyło.
Zdezorientowana
obejrzałam się dookoła siebie zdziwiona tym, że znajduję się na skraju lasu.
William stał za mną na tle szkoły, z której przez kilka okien wydobywał się
gęsty dym.
-Zabiłeś
tych wszystkich ludzi i podpaliłeś szkołę tylko po to żeby zdobyć kilka
papierków?!-zrugowałam swojego oprawcę.
-Nie skacz
mała suko. Po twoich tekstach i tym całym oburzeniu moimi metodami widać, że
charakterek masz taki jaki powinnaś mieć. Jeremie w tej kwestii odwalił kawał
dobrej roboty. – odpowiedział mi William.
-Co ty masz
na myśli mówiąc, że Jeremie odwalił kawał dobrej roboty!? Kto to w ogóle jest?-
zapytałam się go zdenerwowana tym, że traktuję mnie niczym przedmiot.
-Stoję nad
tobą z całkiem fajnym tasakiem, którym już pociąłem dzisiaj kilka osób. Więc
może mądrym posunięciem byłoby pokazanie mi drogi a nie zadawanie pytań, na
które nie uzyskasz odpowiedzi. A jeśli mnie zdenerwujesz to już mam kilka
ciekawych pomysłów, których realizacja byłaby dla ciebie co najmniej
nieprzyjemna-odparł mi Dunbar, uśmiechając się niczym psychopata.
Znowu
stanęłam przed tym samym dylematem. O ile wcześniej mogłam mu wyjawić rąbek
tajemnicy bez jakichś tragicznych konsekwencji, to teraz sprawy zaszły
stanowczo za daleko. Może powinnam się poświęcić by Xana nie położył ręki na
tych jak widać arcyważnych dokumentach. Jednak nie zdążyłam się do końca
namyślić, ponieważ mój oprawca wówczas powiedział.
-Pamiętasz
tę swoją koleżankę, która zaliczyła kolejno wszystkie stopnie schodów swoją
twarzą? Mogę tak załatwić pozostałych twoich przyjaciół. Tak więc jak nie
będziesz posłuszna to nie dożyją oni wieczora!- zagroził mi William.
Pomyślałam
teraz o moich przyjaciołach, którzy mnie zaakceptowali, uratowali przed wężem
oraz samochodami oraz chcieli pomóc rozwiązać tajemnicę mojej amnezji. Nie
mogłam skazać ich na śmierć. Nigdy bym sobie nie wybaczyła gdyby Ferenc, Lukas,
Sylwia, Łucja czy choćby Dietrich zginęli przeze mnie.
-No dobrze.
Idź w takim razie za mną.- powiedziałam do niego po czym skierowałam się ku
bunkrowi. Podczas drogi przez las William dokładnie się przyglądał ścieżce, po
której kroczyliśmy. Zupełnie tak jakby zamierzał tu kiedyś wrócić. Gdy
dotarliśmy do włazu bunkra, rozkazał mi on iść przodem, by upewnić się, że nie
prowadzę go w jakąś pułapkę. Wywołał o przy tym miecz, którego ostrze
przystawił mi do pleców, by mieć pewność, że nie spróbuję uciec. W momencie gdy
znaleźliśmy się w Sali z superkomputerem William się zatrzymuję na środku pomieszczenia i mierzy wzrokiem
wszystko co się w tej części bunkra znajduję.
-Nie widzę
tych segregatorów! Szykuj się na śmierć szmato!- wykrzyknął nie zauważywszy
obiektu swojego pożądania.
-Są
najpewniej ukryte w kanapie.- Odpowiedziałam mu przygnębiona tym, że mimo
całego wysiłku jaki włożyliśmy w walkę Xaną, wystarczył jeden bezpośredni atak
i przegraliśmy na całej linii.
William
przeciął kanapę na pół i zaklął pod nosem, ponieważ trafił w złą część kanapy.
Jego ostrze zamiast odsłonić przed nim zakodowane segregatory zagłębiło się w skrzynkę z piwem, które ochlapało całą
kanapę, zapewne uszkadzając również obiekt jego pożądania. Na mojej twarzy
pojawił się chwilowo mały uśmieszek gdy uświadomiłam sobie, że Xana poniósł
porażkę.
-Z czego się
tak cieszysz!?-wykrzyknął do mnie William przystawiwszy mi do gardła miecz,
ponownie raniąc mnie aż do krwi.
I w tym
momencie dochodzę do chwili obecnej gdy leżę zgięta z bólu na ziemi a William
trzyma w ręku segregatory.
-Zadanie
wykonane. Ściągnij mnie z powrotem do Skida- powiedział sam do siebie William
po czym zniknął w rozbłysku światła. Sytuacja w jakiej się teraz znajdowałam
była co najmniej dziwna. Dokumenty dla których William puścił z dymem połowę
szkoły leżą sobie najzwyczajniej w skanerze i nic się nie dziej gdy je stamtąd
wyjmuję. Myślę sobie o tych wszystkich osobach, które zostały dzisiaj ciężko
ranne lub zginęły na miejscu. Sądząc po tym jak Sylwia wyglądała po spotkaniu z
Williamem, poleży kilka tygodni w szpitalu zapewne cała w gipsie. Dyrektor
został przecięty na dwie części tylko dlatego, że znalazł się w tym samym
pomieszczeniu co ja. Ilu policjantów straciło dzisiaj życie z ręki tego
szaleńca, który z zimną krwią mordował ludzi.
Gdy tak
dalej rozmyślałam całe pomieszczenie zalało białe światło.
Czwartek
6:57
Drrrrrrrrrrrrrrrrrrrrrrrrrrrrr!
Budzę się w
swoim łóżku, wyrwana ze snu prze dzwoniący budzik, który odruchowo wyłączam.
Zaraz, co ja robię w swoim pokoju?
Rozglądam się po pokoju ze zdziwieniem i jakimś dziwnym odczuciem. Jak ono się
nazywało? A już pamiętam. To Deja Vu. Ze zdziwieniem stwierdzam, że pokój jest
schludnie uprzątnięty a wszystkie rzeczy na swoich miejscach. Nie ma ani śladu
po demolce jaką urządził mi William.
-Co masz
taką przerażoną minę? Koszmary miałaś jakieś czy co?- pyta się mnie Sylwia ze swojego
łóżka znajdującego się pod przeciwległą ścianą.
-Najwyraźniej
tak.-odpowiadam jej zdziwionym tonem. W końcu o ile pamiętam to karetka zabrała
ją do szpitala i to dość w poważnym stanie. Czyżby w takim razie to wszystko mi
się jedynie przyśniło? Czemu w takim razie mój sen był aż tak realistyczny? Że
tak powiem, był on prawie, że jak by to co w przeżyłam wydarzyło się naprawdę.
-Która
godzina?- zapytała się mnie zaspana Sylwia
najwyraźniej wciąż nie wybudziwszy się do końca.
-Siódma
punkt.- odpowiedziałam jej wciąż będąc w lekkim szoku.
-Po co
nastawisz tak wcześnie budzik? Jak wstanę dwadzieścia minut później to również
się wyrobię.- odparła mi Sylwia po czym zagłębiła głowę w poduszkę.
Biorąc
przykład z Sylwii również położyłam się z powrotem. Po chwili rozmyślań o tym
dziwnym śnie z przerażeniem odkryłam, że we śnie po wstaniu z łóżka
przeprowadziłam identyczną rozmowę z Sylwią jak ta przed chwilą. Czyżby to co
się wydarzyło we śnie było zapowiedzią dzisiejszego dnia? Przecież nawet sama taka
myśl zakrwawia na czyste szaleństwo. Leżę tak sobie rozmyślając o tym co się
wydarzyło w moim śnie zanim spotkałam w nim Williama. O ile dobrze pamiętam to
z pokoju wyciągnęła nas Łucja dzięki czemu nie spóźniłyśmy się na śniadaniu, na
którym dostałyśmy lekko przypalone jedzenie, na pierwszej lekcji wrócił Adolf,
który spędził cały poprzedni dzień w szpitalu na płukaniu żołądka a na biologii
nauczycielka zrobiła niezapowiedzianą kartkówkę, z której na szczęście byłam
zwolniona z racji tego, że jestem w tej szkole od przedwczoraj. Następnie na
obiedzie Nicollo przypomniał nam, że dziś wieczorem będzie turniej w Cortexie,
na który każdy kto chociaż raz w nim był jest zaproszony. Nicollo oczywiście
nie przegapił okazji do wycięcia jakiegoś głupiego numeru Adolfowi więc zaszedł
go od tyłu, gdy ten był zajęty jedzeniem i i jednym szybkim ruchem wyciągnął mu
krzesło spod tyłka powodując jego upadek po czym roześmiany poszedł do swojego
stolika. Gdy przypomniałam sobie większość scen ze snu, usłyszałam pukanie do
drzwi.
-Proszę.-
odpowiedział na pukanie Sylwia.
Do pokoju
weszła Łucja ubrana w swój staroświecki szlafrok, zupełnie tak samo jak zrobiła
to w moim śnie co spowodowało, że zaczęłam się poważnie zastanawiać czy inne
wydarzenia ze snu się naprawdę spełnią.
-Powinny
byłyście już wstawać jeśli chcecie zdążyć na śniadanie.-powiedziała do nas
Łucja.
-Dobra, ja
już idę. Sylwia idziesz z nami czy wolisz iść na lekcję bez
śniadania.-odpowiedziałam Łucji.
-Idę, już
idę.-powiedziała markotnie Sylwia, która najchętniej olałaby lekcje i spała
sobie do dwunastej.
Po jakichś
dziesięciu minutach byłyśmy już na śniadaniu, które jadłyśmy przy tym samym
stoliku, przy którym siedzieli również Ferenc, Lukas i Dietrich.
-Co się
stało Agnes? Wyglądasz jak Ferenc jak się naogląda tych swoich horrorów przez
całą noc.-zapytał się mnie Dietrich.
-Miałam taki
dziwny sen.-zwierzyłam mu się.
-To opowiedz
go nam to może ci pomożemy.- pocieszył mnie Lukas, będąc zaciekawiony moim
snem.
- Śnił mi
się cały dzisiejszy dzień…- zaczęłam opowiadać.
-Poczekaj z
tym swoim snem aż się śpiące królewny obudzą.- przerwał mi Dietrich, wskazując
głową na przysypiającą Sylwię, do której niewiele docierało oraz Ferenca, który
po prostu zasnął na śniadaniu.
-Czas na
rewanż.-powiedział Lukas po czym wziął szklankę wody i chlusnął wodą prosto na
twarz Ferenca.
-Kurwa!
Który z was to zrobił!- poderwał się Ferenc, zupełnie zapominają, że jest na
szkolnej stołówce.
Jego „wybuch”
zauważyli wszyscy w pobliżu naszego stolika oraz pan woźny, który akurat
odbierał tacę z jedzeniem. Podszedł on do Ferenca, złapał go za rękę i
wyciągnął go ze stołówki mówiąc:- Dzisiaj się obejdziesz bez śniadania Wańczak.
-Ferenc cię
zabiję za tą akcję. Wiesz przecież o tym.- powiedział Dietrich do Lukasa.
-To był
rewanż za wczorajsze.-odparł mu Lukas, który po chwili dodał- Patrzcie no kto
stoi w drzwiach. Adolfa wypuścili ze szpitala.
Spojrzałam
na drzwi stołówki, w których stał Adolf z lekkim przerażeniem, ponieważ
identyczna scena rozegrała się w moim śnie. Jeśli kolejne wydarzenia, które
ujrzałam w śnie będą się wypełniać to czy po lekcjach, spotkam w swoim pokoju
Williama. Od razu odrzuciłam tą myśl. To musi być przypadek, ponieważ można
było się domyślić, że Adolf a wypuszczą dzisiaj ze szpitala, bo w końcu ile
mogą go tam trzymać?
-Fajnie, że
przypilnowaliście mi miejsca.- powiedział Adolf patrząc na miejsce Ferenca, po
tym jak podszedł do naszego stolika.
-Widzisz.
Byliśmy pewni, że cie wypuszczą z szpitala już dzisiaj więc zajęliśmy ci
miejsce.-odparł mu Dietrich.
-Dzięki.-
odpowiedział mu Adolf siadając na krześle.
W tym
momencie Nicollo, który akurat przechodził obok stolika, wykorzystał okazję do
wycięcia numeru Adolfowi. Gdy ten siadał, Nicollo zwinął mu krzesło spod tyłka
przez co ten się wywalił. Wszyscy przy stoliku oprócz mnie z trudem
powstrzymali śmiech. Ja jako jedyna nie miałam powodu do śmiechu. Wszystko
dlatego, że właśnie urzeczywistniła się kolejna rzecz z mojego snu.
Po zjedzeniu
śniadania rozdzieliliśmy się i poszliśmy na lekcję. Dietrich skierował się ku
schodom prowadzącym na trzecie piętro budynku, ponieważ miał dziś jako pierwszą
lekcję Francuski odbywający się w Sali 57. My natomiast skierowaliśmy się na
pierwsze piętro gdzie znajdowała się w sala, w której zaczniemy dziś biologią.
Przed lekcją przezornie wyciągnęłam podręcznik i zaczęłam się uczyć, bo skoro
wydarzenia z mojego snu okazywały się mieć odzwierciedlenie w rzeczywistości to
zapewne biolożka zrobi nam niezapowiedzianą kartkówkę
-O czym chciałaś nam powiedzieć przy śniadaniu
zanim ci Dietrich przerwał?- zapytała się mnie Łucja.
-No cóż
chciałam wam powiedzieć o tym, że miałam dzisiaj dziwny sen, w którym widziałam
cały dzisiejszy dzień. Nie byłoby w tym nic dziwnego gdyby nie to, że
wydarzenia, które w nim widziałam, dzisiaj również mają miejsce.-
odpowiedziałam jej.
-Biolożka
cię w nim pytała? A zresztą opowiesz mi o całym śnie, bo jeśli rzeczywiście
widziałaś w nim przyszłość to może się okazać bardzo przydatny.- odparła mi
Łucja.
Opowiedziałam
więc jej i Sylwii, która również zainteresowała się moim snem, o tym co się w
moim śnie wydarzyło pomijając wydarzenia związane z Williamem i ciężko ranną
Sylwią. Specjalnie pominęłam te fragmenty snu, ponieważ mam nadzieje, że one
się nie wydarzą.
Gdy
skończyłam mówić, zabrzmiał dzwonek obwieszczający początek lekcji więc
weszliśmy do klasy i powyciągałyśmy podręczniki czekając na nauczyciela. Gdy
pani Pfeld, która uczyła nas biologii weszła do klasy i od razu obwieściła nam
byśmy wyciągnęli karteczki poczułam kolejny już dzisiaj raz uczucie przerażenia
spowodowane tym, że prawdopodobnie po lekcjach czeka mnie spotkanie z
Williamem.
Reszta
lekcji minęła mi bardzo szybko, głównie dlatego, że na każdej myślałam jak
uciec przeznaczeniu w postaci czekającego na mnie w pokoju Willa. Po ostatniej
lekcji celowo poczekałam na Sylwię, która musiała załatwić kilka rzeczy i razem
poszłyśmy do pokoju. Przed wejściem do pokoju zawahałam się przed otworzeniem
drzwi więc zniecierpliwiona moim niezdecydowaniem Sylwia otworzyła drzwi za
mnie. Po tym jak Sylwia otworzyła drzwi z ulgą stwierdziłam, że w pokoju nie
żadnego śladu obecności Williama.
-Co jest? Co
ci się stało, że wyglądałaś jakbyś się bała otworzyć drzwi do własnego pokoju.-
zapytała się mnie Sylwia.
-Nic się nie
stało.- odpowiedziałam jej z ulgą.
Padłam na
łóżko i zaczęłam rozmyślać o tym co się stało dzisiaj oraz o moim śnie.Dlaczego
wszystko co zobaczyłam w moim śnie się spełniło oprócz ataku Williama? Dlaczego
w śnie był dla mnie aż tak brutalny i bezlitosny skoro mnie kiedyś znał.
Najdziwniejsze było jednak to, że we śnie ostatecznie olał segregatory a teraz
naet się nie pojawił. Jak dzisiaj wieczorem będzie ten turniejek w Cortexie,
powinnam odnaleźć odpowiedzi na przynajmniej kilka tych pytań.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz