niedziela, 22 lutego 2015

Rozdział 9 „Intruzi”

Rozdział 9

„Intruzi”

Tyron

Czwartek

Wczesny ranek

Wyszedłem dzisiaj z domu celowo wcześniej by móc sprawdzić  odczyty działalności Cortexu z ostatnich kilku dni. Chciałem mieć pewność, że moje podejrzenia co do powiązania między Xaną a tymi wypadkami  były słuszne. Bowiem od czasu ściągnięcia do Szwajcarii córki Schaeffera, zaczęły się dziać dziwne zdarzenia a to, że zbiegły się w czasie z pojawieniem tutaj Aelity na pewno nie jest przypadkiem. Tak więc gdy słońce rozpoczyna swą wędrówkę po nieboskłonie, ja jestem już w swoim laboratorium, umiejscowionym w podziemiach liceum i sprawdzam odczyty z Cortexu na kilka ostatnich dni. Po sprawdzeniu danych o aktywności portali danych Cortexu, potwierdziła się moja teoria o tym, że te ataki na uczniów i na mnie mają jakiś związek z Cortexem. Za każdym razem gdy zainstalowany przez te francuskie dzieciaki wirus korzystał z jednego z portali danych, na ziemi dochodziło do zdarzeń zagrażających mojemu lub ich życiu. Pierwszym celem ataku Xany była córka Walda i jej przyjaciele więc  zapewne zanim ten wirus ponownie przypuści atak na moje życie, najpierw zajmie się nimi. Oznacza to, że póki te dzieciaki żyją, jestem mniej, więcej bezpieczny. Minie kilka dni zanim Xana się z nimi wszystkimi rozprawi więc mam czas na obmyślenie planu jak raz na zawsze pozbyć się tego wirusa z mojego komputera. Przeglądam ponownie wykresy aktywności i zauważam pewną anomalię. Mianowicie parę minut temu została aktywowana jedna z wież, lecz na pewno nie uczynił tego Xana, ponieważ wieża została aktywowana nie z Cortexu, jak to czynił Xana lecz przez kogoś z zewnątrz za pomocą przekaźnika, który znajdował się obok wieży.
- Co też się tam u licha dzieje?- powiedziałem sam do siebie.
Przejęcie kontroli  nad wieżą z mojej obecnej pozycji jest nie możliwe. Trzeba pozbyć się zagrożenia na miejscu czyli w Cortexie. A do tego potrzebni mi będą ci frajerzy z 4 klasy[1], którzy zgodzili się za darmo bronić Cortexu. Teraz muszę tylko ich ściągnąć do mojego świata by rozprawili się z zagrożeniem. W tym celu najpierw sprawdzam czy któryś nich nie jest aktywny w sieci, żeby wiedzieć, z kim najlepiej i najszybciej uda mi się skontaktować w tej sprawie. Z odczytu mojego komputera wynika, że dzieciak z numerem 3 ma w pokoju włączony komputer, przez co powiadomienie ich o tym, że są mi tu zaraz potrzebni, zacznę od niego. Włamanie do niego nie będzie trudne, ponieważ Graffen wymógł by w liceum stosowano jedynie stworzonego przeze mnie antywirusa, który w praktyce był zupełnie czymś odwrotnym. Dzięki temu programowi dostanie się i przejrzenie zawartości do dowolnego komputera na terenie  liceum jest dla mnie błahostką. Czasami w komputerach uczniów można znaleźć niezwykle interesujące treści a Graffen wyjątkowo chętnie z tego korzysta by wiedzieć co o nim i innych nauczycielach piszą w sieci uczniowie jego szkoły oraz to co planują by być zawsze o krok przed nimi. Przechodzę więc do działania i za pośrednictwem swojego oprogramowania, będącego zainstalowanego na komputerze trójki, blokuję mu wszystkie obecnie aktywne aplikacje i wyświetlam widocznego na pół pulpitu awatara strażnika. Dodatkowo włamuję mu się do kamerki zamontowanej na komputerze dzięki czemu mogę z satysfakcją obejrzeć zdziwionego ucznia.
-Strażnik!? Ale jak się tu dostałeś? Przecież to mój osobisty komputer!- wydukał wystraszony i zdziwiony uczeń.
-Nie jest obecnie rzeczą wartą zastanowienia.- Wyjaśniam mu z satysfakcją, że ten ma mnie za cyfrowy byt.
-A co jest niby tak ważne rycerzyku z komputera!?- wykrzyknął do mnie Klemens ochłonąwszy z szoku, który zastąpił gniew spowodowany tym, że naruszyłem jego prywatność. Zapewne jeśli ma współlokatora w pokoju, to zrobił z siebie kompletnego idiotę wrzeszcząc w stronę monitora.
-W Cortexie są intruzi, których ty i twoi przyjaciele macie za zadanie pokonać.- powiedziałem do tego durnowatego piętnastolatka.
-A czemu niby? Myślisz, że nie mamy innych rzeczy do roboty niż zapierdalenie po Cortexie na twoje posyłki o siódmej rano?- odpowiedział mi blondyn coraz bardziej się nakręcając.
-Była umowa małolacie, a jak ci się nie podoba to już nikogo nie wpuszczę do Cortexu i wszyscy będą wiedzieli, że to przez ciebie.- przystopowałem tymi słowami Klemensa, który najwyraźniej zanim zdecydował się powiedzieć cokolwiek dalej, zrozumiał, że jego koledzy nie będą zadowoleni jak stracą jedno z ulubionych źródeł rozrywki.
-Niech ci będzie Zor.. , to znaczy strażniku.- Odpowiedział mi na koniec rozmowy widocznie zirytowany tym, że postawiłem go pod ścianą Klemens.
Myślę, że nawet całkiem nieźle mi poszła ta rozmowa, skoro najpewniej te dzieciaki zostaną upomniane za umykanie z lekcji, bo wątpię by zdążyli się zmobilizować dostatecznie szybko by po pokonaniu intruzów i następnie jeszcze zdążyli wrócić przed pierwszym dzwonkiem do szkoły. Upiekę tym samym dwie pieczenie na jednym ogniu, ponieważ jednocześnie pozbędę się na jakiś czas zagrożenia ze strony Francuzików oraz uprzykrzę życie tym dzieciakom, które uraziły moja dumę.
Patrzę na swój zegarek, by sprawdzić ,która jest godzina by wiedzieć czy mam jeszcze czas na jedną ważną czynność. Do rozpoczęcia mojej pracy zostało jeszcze ponad pół godziny więc mam jeszcze czas by sprawdzić co też udało się wynajętemu przeze mnie szpiegowi, dowiedzieć o tożsamości francuzów. Dzwonię więc do Espionnage’a, któremu zapłaciłem za obserwowanie tej francuskiej szkoły, gdzie  uczęszcza ta bezczelna japonka wraz z kompanami. Gdy opuściłem Kadic, wywożąc Aelitę do Szwajcarii, uznałem , że należy mieć na oku sytuację w Kadic i dlatego zatrudniłem Espionagge’a by ten co tydzień mi raportował co się tam dzieje i odkrył tożsamość dzieciaków co przeszkadzały mi w moich planach.
-Halo panie Espionagge? Słyszy mnie pan?- rozpocząłem rozmowę przez telefon z moim szpiegiem.
-Głośno i wyraźnie.- odpowiedział mi wywiadowca.
-Czego się pan dowiedział przez te siedem dni?- zapytałem się go.
-Od piątkowego wieczoru, kiedy przyjechałem do Kadic, nie zdołałem zidentyfikować tożsamości wszystkich hakerów. Ale jeśli idąc tropem, że każdy z tych awatarów, które mi pan przysłał jest karykaturą rzeczywistego wyglądu hakera, to udało mi się zidentyfikować jedynie dwóch hakerów A co do „mózgu” tej grupy to mam dwie kandydatury do bliższego przesłuchania.- opowiedział mi o swoich postępach Francuz.
-W takim razie kto według pana, należy do tej grupy?-  odpowiedziałem mu, będąc ciekawy wyników jego obserwacji.
-Awatar gejszy niewątpliwie należy do dziewczyny z czwartej klasy koledżu, która nazywa się Yumi Ishiyama a awatar lalusia z dwoma mieczami  prawdopodobnie należy do Williama Dunbara, będącego jej kolegą z klasy, który regularnie do niej zarywa. A co do tego kto jest mózgiem tej grupki, to wytypowałem dwie osoby. Są to Jeremi Belpois i Laura Gauthier, obydwoje są z tej klasy, na którą kazał mi pan zwrócić uwagę.- wyjaśnił mi Espionagge .
-Pannę Gauthier  może pan wykreślić z listy podejrzanych, ponieważ to właśnie dzięki niej, odkryłem lokalizację  tych dzieciaków i raczej wątpię by ona, będąc w ich grupie, była zdolna ich wydać.- odparłem, obalając teorię swojego pracownika.
-W takim razie pozostaje Jeremie Belpois, ale jest jedynie klasowy kujon, którego nikt nie lubi a ta panna Gauthier, z tego co zaobserwowałem jest znacznie popularniejszą osobą w szkole niż Jeremie Belpois. Poza tym panna Gauthier wydaje się bystrzejsza od niego oraz po tym jak przeszukałem jej pokój posiadam dowody, że interesuje się ona fizyką kwantową a właśnie na to zainteresowanie kazał pan zwrócić uwagę przy ustalaniu ich tożsamości.- odpowiedział mi szpieg.
-Mówiłem już panu, żeby skreślić z listy pannę Gauthier! Płacę panu za zidentyfikowanie tożsamości piątki nastolatków a nie za spieranie się ze mną!- wykrzyknąłem do ekranu swoje komórki.
-Jak sobie pan życzy. Ja tylko dzieliłem się z panem swoimi podejrzeniami co do tożsamości tych hakerów.- odpowiedział mi spokojnie Espionagge.
-Skoro pan zrozumiał to może mi pan powie czego jeszcze się pan dowiedział o tym Jeremim Belpoisie albo o tym czy znalazł pan te ich kryjówkę w parku.- rzekłem do wywiadowcy.
-Co do Belpoisa, to nie zdołałem jeszcze zhakować jego komputera, ponieważ posiada on całkiem zaawansowane zabezpieczenia, a tego co zaobserwowałem od czasu mojego przybycia do Kadic, nie utrzymuję on żadnych kontaktów z japonką czy też panem Dunbarem. Jeśli chodzi zaś o park, to nic poza wejściami do ścieków w nim nie znalazłem, no może oprócz opuszczonego domu, który ktoś kiedyś opuścił w pośpiechu.
-Co mnie obchodzi jakaś stara rudera w parku? Nie płacę ci gadanie bzdur!- wykrzyknąłem do mojego najemnika.
-W tym domu znajdowało się przejście do kanałów a to właśnie w nich prawdopodobnie znajduje się odpowiedź. Byłoby mi łatwiej to coś odszukać, gdyby wyjaśnił mi pan co takiego cennego te dzieciaki ukrywają.
-Masz ustalić przede wszystkim ich tożsamości a nie szukać czegoś czego i tak nie znajdziesz.
-Zrozumiałem panie Tyron.- przytaknął mi rozmówca.
- To dobrze. Na dzisiaj już wystarczy mi wiadomości a  lepiej będzie jak skontaktuje się pan ze mną już po ustaleniu ich tożsamości.
-Przyjąłem.- odparł mi na zakończenie rozmowy Espionagge.
Zakończyłem rozmowę po czym przemyślałem to co powiedział mi Espionagge. To nie miałoby sensu gdyby ta Gauthier, była mózgiem tej grupki hakerów  i jednocześnie osobą, którą ich wydała. A jeśli zdradzenie ich lokalizacji i oddanie w moje ręce Aelity było przez nich zaplanowane? Jeśli tak było to zapewne jeszcze kiedyś spotkam te francuskie dzieciaki, gdy te wkroczą na teren Cortexu. Po tym jak dzisiaj „gwardia” odpowiedziała na moje wezwanie bez większych oporów, a w obwodzie czekają jeszcze zawodowcy myślę, że nie będę w stanie przegrać konfrontacji z wrogiem znad Sekwany, gdy ten się pojawi.

Nicollo

6:48

Drrrrrrrrrrrrrrrrrrrrrrrrrrrrrrrrrrrrr!
-O kurwa!- krzyknąłem gdy komórka, którą zapomniałem wyciszyć zadzwoniła mi obok ucha o tak wczesnej porze. Przez to, że wczoraj esemesowałem Katią do późna, komórkę zostawiłem obok swojej głowy, kompletnie zapomniawszy jak głośny mam budzik. Gdy ten zaczął dzwonić, powodując, że gwałtownie podskoczyłem i uderzyłem głową w wiszącą na ścianie półkę. Po chwili, zdołałem się ogarnąć i wziąłem do ręki wciąż dzwoniącą komórkę.
-Zamknij twarz.- wydukał z przeciwnej strony pokoju w połowie przytomny i jak zwykle ogarnięty Mark, nie zorientowawszy się, że źródłem hałasu był dzwonek a nie ja.
Po chwili rozmasowywania guza na potylicy, odebrałem wciąż grającą komórkę. Jak się okazało to nie był budzik a dzwonek telefonu, który oznajmiał mi, że Klemens chce się ze mną połączyć  i przekazać mnie i Markowi wiadomość o tym, że strażnik nas wzywa do obrony Cortexu.
-Idźcie beze mnie. Ja wracam spać.- opowiedziałem krótko Klemensowi, po odebraniu komórki.
-Zgodziłeś się na warunki strażnika…!- Klemens wykrzyknął do słuchawki by mnie zmobilizować, ale ja żeby móc dłużej pospać, wyjąłem z komórki baterie, tak by Klemens przestał mi zawracać dupę i ponownie ległem na łóżko. Jednakże po dziesięciu minutach od telefonu jakaś bliżej mi nieznana siła ściągnęła mnie gwałtownie z łóżka wraz z kołdrą i prześcieradłem prosto na ziemię. Po zorientowaniu się co się dzieje obok mnie, widzę jak  w ten sam sposób Mark również ląduje na podłodze. Nad nami stoją Jean wraz Klemensem, trzymając w rękach krańce prześcieradeł dzięki którym zrzucili nas z łóżek.
-Wstawajcie! Idziemy do Cortexu ratować strażnika przed potworkami z gry.- powiedział do nas Jean.
-Jakbyś nie kładł Dię spać o północy to by ci było łatwiej wstać, a tak cie trzeba ściągać a łóżka siłą.- rzekł do mnie Klemens.
-Wiesz co? Ja w przeciwieństwie do ciebie mam z kim spędzić wieczór, a nie tak jak ty siedzieć cały czas wolny przed komputerem.- odparłem mu.
-Nieważne- odpowiedział mi Klemens po czym dodał zarówno do mnie jak i Marka:- Ubierać się, bo za minutę idziemy do Cortexu.
-No dobra ale wynocha mi na razie z pokoju! A tak w ogóle to gdzie Franz i Nigel.- zapytałem się Nigela nie dostrzegłszy dwóch dość ważnych członków naszej drużyny.
-Poszli pobiegać i oczywiście nie wzięli komórek.- odparł mi Klemens wychodząc z pokoju.
W takim razie mój plan an poranek zmienia się z planowanego przespania całego czasu przeznaczonego na śniadanie na szybkie przebranie się, myknięcie do Cortexu by nabić staty w ilości zabić potworków i powrót prosto na śniadanie. Po prostu lepszego poranka nie mogłem sobie wymarzyć. Co prawda lubię wyprawy do Cortexu, ale wstawanie przed siódmą nie należy do moich ulubionych doświadczeń i z pewnością nie zamierzam brać w tej szopce udziału, jeśli Zordon będzie nas wzywał o takich porach. Mimo tego marudzenia dość szybko uwinąłem się  z nałażeniem dżinsów i pierwszej lepszej koszulki i wybiegłem z pokoju, zostawiając jego zamknięcie Markowi, który został w tyle. Nie zatrzymywałem się aż do momentu gdy wybiegłem z internatu  przez drzwi ewakuacyjne, do których miałem klucze i zaczekałem na Marka by zamknąć drzwi gdy ten znajdzie się już na zewnątrz budynku. Nie zamknięcie drzwi groziło wykryciem tego, że ktoś poza personelem szkoły posiada klucze, które pasują do wszystkich dróg ewakuacyjnych w szkole,  a wtedy z pewnością doszłoby do wymiany zamków, przez co straciłbym wraz z kumplami możliwość swobodnego opuszczania budynku. Gdy już miałem zamykać drzwi, wyszli przez nie na zewnątrz jeszcze Jean i Klemens.
-Co taki zdziwiony? Tylko ty i Franz macie klucze do tych drzwi więc któregoś z was musieliśmy nakłonić by nam te drzwi otworzył.- powiedział do mnie Jean, zauważywszy zdziwienie malujące się na mojej twarzy.
-Wcale nie jestem zdziwiony.- zaprzeczyłem.
-Mniejsza o to. Idziemy w końcu czy nie, bo od momentu gdy strażnik nas wezwał, trochę czasu już minęło.- odparł mi Jean, jednocześnie kończąc rozmowę pod budynkiem szkoły.
Pobiegliśmy więc wszyscy w stronę lasu, by jak najszybciej dotrzeć do bunkra i całą sprawę z domniemanym zagrożeniem Cortexu, załatwić jeszcze przed śniadaniem. Gdy dotarliśmy do bunkra dokonaliśmy dziwnego odkrycia. Mianowicie nasza kanapa została przecie ta równiutko na pół, a znajdujący się pod nią schowek, został z niej wyciągnięty i otworzony, ale nic z niego nie zabrano[1]. Uznawszy, że i tak nic sensownego z tym nie zrobimy udaliśmy się do Cortexu, po tym jak Klemens włączył opóźnioną wirtualizację. Całą czwórką zwirtualizowaliśmy się na moście łączącym serce Cortexu z zewnętrznym dyskiem.
-To którędy tera Cebulaku? -zwróciłem się do Klemensa.
-Skan wykrył intruzów na północ od naszej obecnej pozycji. Tak więc wystarczy pobiec prosto przed siebie makaroniarzu. Chyba się nie zgubisz jak jesteś z nami?- odparł mi Klemens.
Pobiegliśmy więc całą czwórką przed siebie i w kierunku skraju Cortexu. Gdy dotarliśmy do areny gdzie w poniedziałek, Mark, Nigel i Jean stoczyli pierwszą walkę z Xaną, spostrzegliśmy rzecz co najmniej dziwną. Obok wieży lewitował ten sam dziwny statek jaki widzieliśmy we wtorek na chwilę przed tym jak zostaliśmy zdewirtualizowani przez tajemniczych napastników. Gdy do niego podeszliśmy, by sprawdzić czym jest i dlaczego pojawił się z nikąd w Cortexie, usłyszeliśmy pisk opon. Pisk opon w wirtualnym świecie? Na samym początku myślałem, że się przesłyszałem ale to co po chwili zobaczyłem wyprowadziło mnie z błędu. Ponieważ po chwili na arenę na której się znajdowaliśmy wjechał chyba najdziwniejszy pojazd jaki widziałem, no oczywiście oprócz tego lewitującego stateczka. Jechał on prosto na nas więc, żeby nie wypaść z gry już na starcie oddaliliśmy się zarówno od wieży jak statku, przy którym stanął ten dziwny pojazd, zagradzając nam drogę do nich. Następnie między pojazdem nami pojawiły się cztery rozbłyski błękitnego światła. Gdy rozbłyski przygasły naszym oczom ukazały się cztery postacie w lamerskich wdziankach. Pierwszy od naszej prawej stał blondasek, który do ustawienia swojej fryzury, zużywał co najmniej dwa pudełka żelu do włosów. Był on odziany w fioletowy strój kota, który uzupełniany był przez ogon oraz wystające z włosów kocie uszy. Nie nosił on przy sobie żadnej broni co wydało mi się dziwne, ponieważ oznaczało to, że albo jej nie potrzebuje do ewentualnego starcie z nami albo liczy na to byśmy go zaatakowali, nie zauważywszy u niego broni, czego zapewne byśmy potem gorzko pożałowali. Po jego lewej stoi lalusiowaty brunet, mający na plecach plecaczek, w którym przechowywał on dwie katany. Jakby zmienić kolorystykę jego stroju, byłby prawie nie do odróżnienia od Dietricha, od którego różnił się jedynie kolorem oczu. Stał on spokojnie, uważnie nas obserwując, jakby dokładnie analizował każdy nasz ruch, by kiedy dojdzie do walki, móc nas bez problemu pozabijać. Obok niego stała Azjatka w bordowym kombinezonie z dalekowschodnimi zdobieniami. Ona również nie posiadała broni, jednak podobnie jak u blondyna nie zdawała się to jej przeszkadzać. Ostatnią osobą pilnującą wieży wraz z przydokowanym do niej statkiem był nikt inny jak stary znajomy Klemensa i Marka, czyli nikt inny jak William. Był on odziany w ten sam co zawsze czarny kombinezon,  z tą różnicą, że tym razem miał on nie zielone a czerwone elementy. Również jego twarz była trochę inna.  Nie malowało się już na niej szaleństwo i żądza mordu. Była teraz spokojna i pewnym sensie widać było po niej rozczarowanie. Z jego czoła zniknął znak Xany a cera na twarzy stała się mniej blada niż wcześniej .
-O wreszcie jakiś komitet powitalny! Już myślałem, że profesorek nas zupełnie olewa- wykrzyknął na nasz widok człowiek-kot.
-Zamknij się Odd, prawdopodobnie zaraz skrzyżujemy z nimi miecze a tobie tylko żarty w głowie.- wycedził do niego przez zęby brunet.
-Jejku jejku cały tydzień nie miałem żadnej rozrywki, a teraz gdy jest szansa na lepszą nawalankę to się czepiasz, że się z tego cieszę.- odparł samurajowi  Odd.
-Możecie się chłopcy uspokoić? Mieliśmy się już zbierać a przez to, że przez wasze kłótnie jesteśmy do tyłu z czasem, będziemy musieli się skonfrontować ze szwajcarami.- powiedziała do nich japonka.
-Nie przeszkadzamy wam!?-wykrzyknął do nich Jean, będąc z lekka zdezorientowany i zirytowany tym, że ci przybysze zupełnie nas ignorowali.
-Skądże znowu. Zresztą gdzie moje maniery. Ja jestem Odd, ten przystojniak obok mnie to Urlich , po jego prawej stoi miłość jego życia Yumi a na samym końcu William.-odparł mu Odd.
-Odd!?- powiedzieli do blondyna jednocześnie Yumi i Urlich.
-Oj no dobra. W takim razie obok mnie stoi Urlich i jego przyjaciółka Yumi.- poprawił się Odd.
-Te ty z kominem na łbie! Co wy tu robicie!? Macie dziesięć sekund na odpowiedź, bo potem was przerobię na cyfrowy proch.- wykrzyknął Mark do blondyna przerywając im, jakże interesującą  mnie konwersację.
-Nie twój interes. Samemu się nie przedstawicie?- odparł mu Urlich, przerywając Oddowi zanim ten zdołał mi odpowiedzieć.
-A co cię to obchodzi… - zawołał Mark, jednak nie zdążył dokończyć zdania, ponieważ przerwał mu Jean.
-Uspokój się trochę ok? Chce jak najszybciej wracać na śniadanie i lepiej będzie jak nie dojdzie do starcia- powiedział Jean do Marka, wystąpiwszy do przodu, poczym zwrócił się do intruzów:- Co do naszych imion to ja jestem Jean, ten narwaniec to Mark, blondyn to Klemens a ten z mieczem na plecach to Nicollo
-Mniejsza oto. Co wy tutaj robicie, bo raczej nie przyszliście na spotkanie towarzyskie?- zapytałem się intruzów, robiąc krok do przodu i przesuwając prawą rękę na rękojeść miecza, by być w stanie jak najszybciej dołączyć do walki gdy takowa się rozpocznie.
-To nie jest twoja sprawa co my tutaj robimy ale jeśli pozwolicie nam to od razu odejdziemy.- odparła mi Azjatka.
- Pewnie zdążyli już zrobić co chcieli i dlatego są skłonni wycofać się bez walki. Pociągnij jeszcze trochę tę rozmowę a ja odbezpieczę swoje strzelby i jak tylko trafi się okazja to zaatakujemy ich znienacka- szepnął do mnie Jean.
-Jakoś wam nie wierzę.- powiedziałem w stronę francuzów, jakby Jean nic do mnie nie powiedział.
-Jeśli nas nie zaatakujecie to stąd odejdziemy i zabierzemy ze sobą cały nasz sprzęt. - odpowiedział mi Urlich.
- Teraz!- wykrzyknął do wszystkich Jean i wyjął z  kabur obydwie strzelby .
Gdy tylko Jean dał sygnał wyciągnąłem miecz i wyciągnąłem go w stronę Williama, chcąc go sprowokować do szarży. O ile ja i Jean przemyśleliśmy to jak rozegramy tą walkę to Mark, wyciągnąwszy swoje energetyczne pazury, zaszarżował prawie od razu na Urlicha dając pokaz swojego ADHD.  Chciał on skorzystać z elementu zaskoczenia i wyeliminować z gry Urlicha ale ten się w porę odwrócił i zablokował cios Marka.
-W takim razie wojna.- rzekł z pełną powagą Urlich, skrzyżowawszy z nim ostrza.
W tym samym momencie rozpętało się piekło. Jean skorzystawszy z tego, że zawczasu odbezpieczył swoje obydwie strzelby,  ostrzelał intruzów, rozpraszając ich na wszystkie strony. Ze strony najeźdźców ostrzelał nas Odd, wysyłając w naszą stronę strzały samą siłą woli, krzycząc przy tym „laserowa strzała!”.  Swoją cegiełkę do budowy zamieszania dorzuciła również Yumi,  wyrzuciwszy prosto w Klemensa dwa tesseny[2], które ten odbił za pomocą swoich bumerangów. Na mnie z kolei zaszarżował William, wymierzając we mnie potężne cięcia swoim mieczem.  Wykorzystałem jego niską możliwość, jaką dysponował on podczas zadawania ciosów i wymierzyłem mu kopniaka w brzuch. Poza niewielkim odepchnięciem zapewne by on nic nie odczuł gdyby to było kopnięcie, ale ja wzmocniłem kopniaka , aktywowałem hiperskok, co spowodowała odrzucenie Williama na kilkanaście metrów do tyłu. Po odepchnięciu od siebie rywala, wyciągnąłem miecz korzystając z tego, że mój przeciwnik upuścił swój oręż kiedy, dostał w brzuch zaszarżowałem na niego. Chciałem zakończyć to starcie jednym ciosem jednak William zmienił się w czarny dym i podleciał do swojego miecza, uniknąwszy mojego ciosu.
-Nie pokonasz mnie takimi tanimi sztuczkami cieniasie.- zakpił sobie ze mnie William.
-A wiesz, że każdy członek gwardii dysponuje czymś więcej niż hiperskokiem i bronią?- odparłem szatynowi.
-Jeśli chodzi ci mądrość, to się niezbyt dzisiaj popisaliście.- odpowiedział mi William.
-Nie chodziło mi o mądrość tylko o brutalną siłę.- wyjaśniłem wyspiarzowi.
-To spróbuj mnie załatwić makaroniarzu.-zakpił sobie ze mnie William, chcąc mnie sprowokować do ataku.
Aktywowałem więc mój specjalny atak i ruszyłem na Williama by zadać ostateczny cios ale ten się jedynie uśmiechnął i powiedział:- Obserwowaliśmy i analizowaliśmy wszystkie wasze zmagania w Korze i dokładnie znamy wszystkie wasze sztuczki. Po aktywowaniu Percoso Della Energe spróbujesz zapewne wytworzyć ścieżkę energii jak najbliżej mnie by zminimalizować moje szanse na unik? Jeśli chcesz to zrobić to już teraz cię informuję, że to daremny wysiłek.
Usłyszawszy te słowa postanowiłem zmienić strategię i zamiast wywołać ścieżkę energii, utrzymałem energię na mieczu. William ujrzawszy to, zdziwił się i uniknąwszy mojego cięcia przeszedł do kontrataku. Zadał mi on potężne cięcie wymierzone w głowę , ale je zablokowałem za pomocą głowni miecza. W chwili gdy nasze miecze się zetknęły, obydwa ostrza pokryła energia. A ja uśmiechnąwszy się z tego, że zadałem ostateczny cios powiedziałem do zszokowanego tym co się dzieje Williama: Tej sztuczki użyłem po raz pierwszy i dlatego miałem pewność, że wpadniesz w moje sidła. Percoso Dela Energe polega na zmagazynowaniu energii na ostrzu mojego miecza, która po zetknięciu się  podłożem przechodzi przez nie . W tym wypadku wypełnione energią ostrze zetknęło się z twoim mieczem i cała energia na nie przeszła. Zginiesz dlatego, że nie zrozumiałeś jak działa mój supercios.
W momencie gdy rozbłysk  purpurowej energii dotarł do jelca, William zmienił się w czarny dym , który następnie rozwiał się na wszystkie strony.
Skończywszy swój pojedynek przyjrzałem się starciom toczonym prze moich przyjaciół. Pozostali byli w gorszej sytuacji niż ja, ponieważ każdy z intruzów korzystał z pojazdu. Odd miał deskę, samuraj jednokołowy motor a gejsza latające coś. Urlich dzięki swojemu motorowi oraz bardziej chłodnemu podejściu do sprawy, zdobył przewagę w potyczce z Markiem, który podczas walki szedł na żywioł przez co zazwyczaj emocje brały górę nad rozsądkiem.  Samuraj przypuszczał szarżę za szarżą na Marka, który w obronie niezdarnie ciął powietrze, próbując trafić intruza. W końcu za którymś razem udało się ciąć motor przez pozbawił Urlicha środka transportu. Jednak nawet bez motoru, samuraj się nie poddał gdy Mark przypuścił na niego szarże. Unikał on kolejnych cięć Marka i wyprowadzał groźne kontry. Mark w końcu stracił cierpliwość po kolejnych nieudanych próbach ataku i za pomocą hiperskoku, wybił się w powietrze.
-TigerKrellen!- wykrzyknął Mark aktywując swój specjalny atak.
TigerKrallen polega na tym, że w z pazurów Marka wylatuje osiem pocisków w kształcie olbrzymich pazurów. Każdy z takich pocisków posiada wręcz destrukcyjną siłę rażenia. Po wystrzeleniu Mark jest w stanie kontrolować trasę ich lotu za pomocą siły woli.
Za pomocą swojej specjalnej umiejętności Mark posłał w stronę Urlicha atak, którego ten nie był w stanie powstrzymać, przez po chwili został zdewirualizowany. Dumny ze swojego wyczynu Mark wylądował na ziemi i schowawszy pazury pobiegł wspomóc w walce swoich przyjaciół.
Jeanowi przyszło się z kolei zmierzyć z człowiekiem-kotem. W początkowej fazie potyczki Odd zdobył przewagę dzięki temu, że latał na desce na wysokości kilkunastu metrów i zasypywał Jeana laserowymi strzałami. Jednakże szybkostrzelność marzanny była za niska by zrobić na Jeanie wrażenie. Wykorzystał on chwilę nieuwagi Włocha i używszy hiperskoku, wskoczył mu na deskę. Odd próbował się bronić jednak Jean nie dał mu szansy w krótkim starciu w powietrzu i zrzucił go z jego własnej deski. Włoch złapał się w ostatniej chwili deski za pomocą lewej ręki. Jean zobaczywszy to powiedział do niego tylko jedno słowo:- Żegnaj-. Wystrzelił on w deskę rozpoczynając jej dewirtualizację, po czym zeskoczył z deski, gdy ta rozpadając się poleciała gdzieś dalej z Oddem ledwo trzymającym się jej rozpadających się krawędzi.
Na polu bitwy pozostała jedynie Azjatka. Jej walka z Klemensem była chyba najbardziej anemiczną walką jaką w życiu widziałem. Yumi  rzucała tessenami w kierunku Klemensa ze swojej latającej hulajnogi a on odbijał tesseny po czym ciskał w nią swoimi bumerangami i cały schemat zaczynał się od nowa. Gdy wraz z Jeanem i Markiem dołączyłem do tego starcia, stosunek sił wyniósł cztery na jedną, co nie pozbawiało nas złudzeń, kto wygra tą walkę.  Jean ostrzelał wroga za pomocą swoich strzelb, pozbawiając ją pojazdu, przez co upadła ona przed nami.
-I co teraz Chinko? Warto było z nami zadzierać? Nie było z nami dwóch najsilniejszych członków gwardii a starliśmy twoich koleżków w proch.- powiedziałem kpiącym tonem w kierunku Yumi.
-Jestem japonką a nie Chinką. –odparła Yumi.
-Mało to nas obchodzi. Co chcieliście osiągnąć atakując Cortex?!- wykrzyknąłem w jej kierunku.
-Dlaczego miałabym odpowiadać na wasze pytania?- odpowiedziała mi najwyraźniej lekko tępawa Azjatka. W końcu wywaliliśmy z gry wszystkich jej przyjaciół a ona sama była następna.
-Przegraliście te walkę a wszyscy twoi przyjaciele wypadli z gry. Nie wystarcza ci to jako powód by zacząć gadać?- wtrącił się w rozmowę Jean.
-Głupcy. Nie pokonaliście nikogo a do tego każdy z was pokazał już swoje najlepsze sztuczki. - odparła nam japonka po czym wstała i dodała: - Czas na drugą rundę.
1.Założyłem , że Yumi podczas Ewolucji maiła 15 lat.

2. Bojowy wachlarz używany przez samuraji.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz