Rozdział 9
„Intruzi”
Tyron
Czwartek
Wczesny ranek
Wyszedłem dzisiaj z domu celowo wcześniej by móc
sprawdzić odczyty działalności Cortexu z
ostatnich kilku dni. Chciałem mieć pewność, że moje podejrzenia co do
powiązania między Xaną a tymi wypadkami
były słuszne. Bowiem od czasu ściągnięcia do Szwajcarii córki
Schaeffera, zaczęły się dziać dziwne zdarzenia a to, że zbiegły się w czasie z
pojawieniem tutaj Aelity na pewno nie jest przypadkiem. Tak więc gdy słońce
rozpoczyna swą wędrówkę po nieboskłonie, ja jestem już w swoim laboratorium,
umiejscowionym w podziemiach liceum i sprawdzam odczyty z Cortexu na kilka
ostatnich dni. Po sprawdzeniu danych o aktywności portali danych Cortexu,
potwierdziła się moja teoria o tym, że te ataki na uczniów i na mnie mają jakiś
związek z Cortexem. Za każdym razem gdy zainstalowany przez te francuskie
dzieciaki wirus korzystał z jednego z portali danych, na ziemi dochodziło do
zdarzeń zagrażających mojemu lub ich życiu. Pierwszym celem ataku Xany była
córka Walda i jej przyjaciele więc
zapewne zanim ten wirus ponownie przypuści atak na moje życie, najpierw
zajmie się nimi. Oznacza to, że póki te dzieciaki żyją, jestem mniej, więcej
bezpieczny. Minie kilka dni zanim Xana się z nimi wszystkimi rozprawi więc mam
czas na obmyślenie planu jak raz na zawsze pozbyć się tego wirusa z mojego
komputera. Przeglądam ponownie wykresy aktywności i zauważam pewną anomalię.
Mianowicie parę minut temu została aktywowana jedna z wież, lecz na pewno nie
uczynił tego Xana, ponieważ wieża została aktywowana nie z Cortexu, jak to
czynił Xana lecz przez kogoś z zewnątrz za pomocą przekaźnika, który znajdował
się obok wieży.
- Co też się tam u licha dzieje?- powiedziałem sam do
siebie.
Przejęcie kontroli
nad wieżą z mojej obecnej pozycji jest nie możliwe. Trzeba pozbyć się
zagrożenia na miejscu czyli w Cortexie. A do tego potrzebni mi będą ci frajerzy
z 4 klasy[1], którzy zgodzili się za darmo bronić Cortexu. Teraz
muszę tylko ich ściągnąć do mojego świata by rozprawili się z zagrożeniem. W
tym celu najpierw sprawdzam czy któryś nich nie jest aktywny w sieci, żeby
wiedzieć, z kim najlepiej i najszybciej uda mi się skontaktować w tej sprawie.
Z odczytu mojego komputera wynika, że dzieciak z numerem 3 ma w pokoju włączony
komputer, przez co powiadomienie ich o tym, że są mi tu zaraz potrzebni, zacznę
od niego. Włamanie do niego nie będzie trudne, ponieważ Graffen wymógł by w
liceum stosowano jedynie stworzonego przeze mnie antywirusa, który w praktyce
był zupełnie czymś odwrotnym. Dzięki temu programowi dostanie się i przejrzenie
zawartości do dowolnego komputera na terenie
liceum jest dla mnie błahostką. Czasami w komputerach uczniów można
znaleźć niezwykle interesujące treści a Graffen wyjątkowo chętnie z tego
korzysta by wiedzieć co o nim i innych nauczycielach piszą w sieci uczniowie
jego szkoły oraz to co planują by być zawsze o krok przed nimi. Przechodzę więc
do działania i za pośrednictwem swojego oprogramowania, będącego
zainstalowanego na komputerze trójki, blokuję mu wszystkie obecnie aktywne aplikacje
i wyświetlam widocznego na pół pulpitu awatara strażnika. Dodatkowo włamuję mu
się do kamerki zamontowanej na komputerze dzięki czemu mogę z satysfakcją
obejrzeć zdziwionego ucznia.
-Strażnik!? Ale jak się tu dostałeś? Przecież to mój
osobisty komputer!- wydukał wystraszony i zdziwiony uczeń.
-Nie jest obecnie rzeczą wartą zastanowienia.- Wyjaśniam mu
z satysfakcją, że ten ma mnie za cyfrowy byt.
-A co jest niby tak ważne rycerzyku z komputera!?-
wykrzyknął do mnie Klemens ochłonąwszy z szoku, który zastąpił gniew
spowodowany tym, że naruszyłem jego prywatność. Zapewne jeśli ma współlokatora
w pokoju, to zrobił z siebie kompletnego idiotę wrzeszcząc w stronę monitora.
-W Cortexie są intruzi, których ty i twoi przyjaciele macie
za zadanie pokonać.- powiedziałem do tego durnowatego piętnastolatka.
-A czemu niby? Myślisz, że nie mamy innych rzeczy do roboty
niż zapierdalenie po Cortexie na twoje posyłki o siódmej rano?- odpowiedział mi
blondyn coraz bardziej się nakręcając.
-Była umowa małolacie, a jak ci się nie podoba to już nikogo
nie wpuszczę do Cortexu i wszyscy będą wiedzieli, że to przez ciebie.-
przystopowałem tymi słowami Klemensa, który najwyraźniej zanim zdecydował się
powiedzieć cokolwiek dalej, zrozumiał, że jego koledzy nie będą zadowoleni jak
stracą jedno z ulubionych źródeł rozrywki.
-Niech ci będzie Zor.. , to znaczy strażniku.- Odpowiedział
mi na koniec rozmowy widocznie zirytowany tym, że postawiłem go pod ścianą Klemens.
Myślę, że nawet całkiem nieźle mi poszła ta rozmowa, skoro
najpewniej te dzieciaki zostaną upomniane za umykanie z lekcji, bo wątpię by
zdążyli się zmobilizować dostatecznie szybko by po pokonaniu intruzów i
następnie jeszcze zdążyli wrócić przed pierwszym dzwonkiem do szkoły. Upiekę
tym samym dwie pieczenie na jednym ogniu, ponieważ jednocześnie pozbędę się na
jakiś czas zagrożenia ze strony Francuzików oraz uprzykrzę życie tym
dzieciakom, które uraziły moja dumę.
Patrzę na swój zegarek, by sprawdzić ,która jest godzina by
wiedzieć czy mam jeszcze czas na jedną ważną czynność. Do rozpoczęcia mojej
pracy zostało jeszcze ponad pół godziny więc mam jeszcze czas by sprawdzić co
też udało się wynajętemu przeze mnie szpiegowi, dowiedzieć o tożsamości
francuzów. Dzwonię więc do Espionnage’a, któremu zapłaciłem za obserwowanie tej
francuskiej szkoły, gdzie uczęszcza ta
bezczelna japonka wraz z kompanami. Gdy opuściłem Kadic, wywożąc Aelitę do
Szwajcarii, uznałem , że należy mieć na oku sytuację w Kadic i dlatego
zatrudniłem Espionagge’a by ten co tydzień mi raportował co się tam dzieje i
odkrył tożsamość dzieciaków co przeszkadzały mi w moich planach.
-Halo panie Espionagge? Słyszy mnie pan?- rozpocząłem
rozmowę przez telefon z moim szpiegiem.
-Głośno i wyraźnie.- odpowiedział mi wywiadowca.
-Czego się pan dowiedział przez te siedem dni?- zapytałem
się go.
-Od piątkowego wieczoru, kiedy przyjechałem do Kadic, nie
zdołałem zidentyfikować tożsamości wszystkich hakerów. Ale jeśli idąc tropem,
że każdy z tych awatarów, które mi pan przysłał jest karykaturą rzeczywistego
wyglądu hakera, to udało mi się zidentyfikować jedynie dwóch hakerów A co do
„mózgu” tej grupy to mam dwie kandydatury do bliższego przesłuchania.-
opowiedział mi o swoich postępach Francuz.
-W takim razie kto według pana, należy do tej grupy?- odpowiedziałem mu, będąc ciekawy wyników jego
obserwacji.
-Awatar gejszy niewątpliwie należy do dziewczyny z czwartej
klasy koledżu, która nazywa się Yumi Ishiyama a awatar lalusia z dwoma
mieczami prawdopodobnie należy do
Williama Dunbara, będącego jej kolegą z klasy, który regularnie do niej zarywa.
A co do tego kto jest mózgiem tej grupki, to wytypowałem dwie osoby. Są to
Jeremi Belpois i Laura Gauthier, obydwoje są z tej klasy, na którą kazał mi pan
zwrócić uwagę.- wyjaśnił mi Espionagge .
-Pannę Gauthier może
pan wykreślić z listy podejrzanych, ponieważ to właśnie dzięki niej, odkryłem
lokalizację tych dzieciaków i raczej
wątpię by ona, będąc w ich grupie, była zdolna ich wydać.- odparłem, obalając
teorię swojego pracownika.
-W takim razie pozostaje Jeremie Belpois, ale jest jedynie
klasowy kujon, którego nikt nie lubi a ta panna Gauthier, z tego co
zaobserwowałem jest znacznie popularniejszą osobą w szkole niż Jeremie Belpois.
Poza tym panna Gauthier wydaje się bystrzejsza od niego oraz po tym jak
przeszukałem jej pokój posiadam dowody, że interesuje się ona fizyką kwantową a
właśnie na to zainteresowanie kazał pan zwrócić uwagę przy ustalaniu ich tożsamości.-
odpowiedział mi szpieg.
-Mówiłem już panu, żeby skreślić z listy pannę Gauthier!
Płacę panu za zidentyfikowanie tożsamości piątki nastolatków a nie za spieranie
się ze mną!- wykrzyknąłem do ekranu swoje komórki.
-Jak sobie pan życzy. Ja tylko dzieliłem się z panem swoimi
podejrzeniami co do tożsamości tych hakerów.- odpowiedział mi spokojnie
Espionagge.
-Skoro pan zrozumiał to może mi pan powie czego jeszcze się
pan dowiedział o tym Jeremim Belpoisie albo o tym czy znalazł pan te ich
kryjówkę w parku.- rzekłem do wywiadowcy.
-Co do Belpoisa, to nie zdołałem jeszcze zhakować jego
komputera, ponieważ posiada on całkiem zaawansowane zabezpieczenia, a tego co
zaobserwowałem od czasu mojego przybycia do Kadic, nie utrzymuję on żadnych
kontaktów z japonką czy też panem Dunbarem. Jeśli chodzi zaś o park, to nic
poza wejściami do ścieków w nim nie znalazłem, no może oprócz opuszczonego
domu, który ktoś kiedyś opuścił w pośpiechu.
-Co mnie obchodzi jakaś stara rudera w parku? Nie płacę ci
gadanie bzdur!- wykrzyknąłem do mojego najemnika.
-W tym domu znajdowało się przejście do kanałów a to właśnie
w nich prawdopodobnie znajduje się odpowiedź. Byłoby mi łatwiej to coś
odszukać, gdyby wyjaśnił mi pan co takiego cennego te dzieciaki ukrywają.
-Masz ustalić przede wszystkim ich tożsamości a nie szukać
czegoś czego i tak nie znajdziesz.
-Zrozumiałem panie Tyron.- przytaknął mi rozmówca.
- To dobrze. Na dzisiaj już wystarczy mi wiadomości a lepiej będzie jak skontaktuje się pan ze mną
już po ustaleniu ich tożsamości.
-Przyjąłem.- odparł mi na zakończenie rozmowy Espionagge.
Zakończyłem rozmowę po czym przemyślałem to co powiedział mi
Espionagge. To nie miałoby sensu gdyby ta Gauthier, była mózgiem tej grupki
hakerów i jednocześnie osobą, którą ich
wydała. A jeśli zdradzenie ich lokalizacji i oddanie w moje ręce Aelity było
przez nich zaplanowane? Jeśli tak było to zapewne jeszcze kiedyś spotkam te
francuskie dzieciaki, gdy te wkroczą na teren Cortexu. Po tym jak dzisiaj
„gwardia” odpowiedziała na moje wezwanie bez większych oporów, a w obwodzie
czekają jeszcze zawodowcy myślę, że nie będę w stanie przegrać konfrontacji z
wrogiem znad Sekwany, gdy ten się pojawi.
Nicollo
6:48
Drrrrrrrrrrrrrrrrrrrrrrrrrrrrrrrrrrrrr!
-O kurwa!- krzyknąłem gdy komórka, którą zapomniałem
wyciszyć zadzwoniła mi obok ucha o tak wczesnej porze. Przez to, że wczoraj esemesowałem
Katią do późna, komórkę zostawiłem obok swojej głowy, kompletnie zapomniawszy
jak głośny mam budzik. Gdy ten zaczął dzwonić, powodując, że gwałtownie
podskoczyłem i uderzyłem głową w wiszącą na ścianie półkę. Po chwili, zdołałem
się ogarnąć i wziąłem do ręki wciąż dzwoniącą komórkę.
-Zamknij twarz.- wydukał z przeciwnej strony pokoju w
połowie przytomny i jak zwykle ogarnięty Mark, nie zorientowawszy się, że
źródłem hałasu był dzwonek a nie ja.
Po chwili rozmasowywania guza na potylicy, odebrałem wciąż
grającą komórkę. Jak się okazało to nie był budzik a dzwonek telefonu, który
oznajmiał mi, że Klemens chce się ze mną połączyć i przekazać mnie i Markowi wiadomość o tym,
że strażnik nas wzywa do obrony Cortexu.
-Idźcie beze mnie. Ja wracam spać.- opowiedziałem krótko Klemensowi,
po odebraniu komórki.
-Zgodziłeś się na warunki strażnika…!- Klemens wykrzyknął do
słuchawki by mnie zmobilizować, ale ja żeby móc dłużej pospać, wyjąłem z
komórki baterie, tak by Klemens przestał mi zawracać dupę i ponownie ległem na
łóżko. Jednakże po dziesięciu minutach od telefonu jakaś bliżej mi nieznana
siła ściągnęła mnie gwałtownie z łóżka wraz z kołdrą i prześcieradłem prosto na
ziemię. Po zorientowaniu się co się dzieje obok mnie, widzę jak w ten sam sposób Mark również ląduje na
podłodze. Nad nami stoją Jean wraz Klemensem, trzymając w rękach krańce
prześcieradeł dzięki którym zrzucili nas z łóżek.
-Wstawajcie! Idziemy do Cortexu ratować strażnika przed
potworkami z gry.- powiedział do nas Jean.
-Jakbyś nie kładł Dię spać o północy to by ci było łatwiej
wstać, a tak cie trzeba ściągać a łóżka siłą.- rzekł do mnie Klemens.
-Wiesz co? Ja w przeciwieństwie do ciebie mam z kim spędzić wieczór,
a nie tak jak ty siedzieć cały czas wolny przed komputerem.- odparłem mu.
-Nieważne- odpowiedział mi Klemens po czym dodał zarówno do
mnie jak i Marka:- Ubierać się, bo za minutę idziemy do Cortexu.
-No dobra ale wynocha mi na razie z pokoju! A tak w ogóle to
gdzie Franz i Nigel.- zapytałem się Nigela nie dostrzegłszy dwóch dość ważnych
członków naszej drużyny.
-Poszli pobiegać i oczywiście nie wzięli komórek.- odparł mi
Klemens wychodząc z pokoju.
W takim razie mój plan an poranek zmienia się z planowanego
przespania całego czasu przeznaczonego na śniadanie na szybkie przebranie się,
myknięcie do Cortexu by nabić staty w ilości zabić potworków i powrót prosto na
śniadanie. Po prostu lepszego poranka nie mogłem sobie wymarzyć. Co prawda
lubię wyprawy do Cortexu, ale wstawanie przed siódmą nie należy do moich
ulubionych doświadczeń i z pewnością nie zamierzam brać w tej szopce udziału,
jeśli Zordon będzie nas wzywał o takich porach. Mimo tego marudzenia dość
szybko uwinąłem się z nałażeniem dżinsów
i pierwszej lepszej koszulki i wybiegłem z pokoju, zostawiając jego zamknięcie Markowi,
który został w tyle. Nie zatrzymywałem się aż do momentu gdy wybiegłem z
internatu przez drzwi ewakuacyjne, do
których miałem klucze i zaczekałem na Marka by zamknąć drzwi gdy ten znajdzie
się już na zewnątrz budynku. Nie zamknięcie drzwi groziło wykryciem tego, że
ktoś poza personelem szkoły posiada klucze, które pasują do wszystkich dróg
ewakuacyjnych w szkole, a wtedy z
pewnością doszłoby do wymiany zamków, przez co straciłbym wraz z kumplami
możliwość swobodnego opuszczania budynku. Gdy już miałem zamykać drzwi, wyszli
przez nie na zewnątrz jeszcze Jean i Klemens.
-Co taki zdziwiony? Tylko ty i Franz macie klucze do tych
drzwi więc któregoś z was musieliśmy nakłonić by nam te drzwi otworzył.-
powiedział do mnie Jean, zauważywszy zdziwienie malujące się na mojej twarzy.
-Wcale nie jestem zdziwiony.- zaprzeczyłem.
-Mniejsza o to. Idziemy w końcu czy nie, bo od momentu gdy
strażnik nas wezwał, trochę czasu już minęło.- odparł mi Jean, jednocześnie
kończąc rozmowę pod budynkiem szkoły.
Pobiegliśmy więc wszyscy w stronę lasu, by jak najszybciej
dotrzeć do bunkra i całą sprawę z domniemanym zagrożeniem Cortexu, załatwić
jeszcze przed śniadaniem. Gdy dotarliśmy do bunkra dokonaliśmy dziwnego
odkrycia. Mianowicie nasza kanapa została przecie ta równiutko na pół, a
znajdujący się pod nią schowek, został z niej wyciągnięty i otworzony, ale nic
z niego nie zabrano[1]. Uznawszy, że i tak nic sensownego z tym nie zrobimy
udaliśmy się do Cortexu, po tym jak Klemens włączył opóźnioną wirtualizację.
Całą czwórką zwirtualizowaliśmy się na moście łączącym serce Cortexu z zewnętrznym
dyskiem.
-To którędy tera Cebulaku? -zwróciłem się do Klemensa.
-Skan wykrył intruzów na północ od naszej obecnej pozycji.
Tak więc wystarczy pobiec prosto przed siebie makaroniarzu. Chyba się nie
zgubisz jak jesteś z nami?- odparł mi Klemens.
Pobiegliśmy więc całą czwórką przed siebie i w kierunku
skraju Cortexu. Gdy dotarliśmy do areny gdzie w poniedziałek, Mark, Nigel i
Jean stoczyli pierwszą walkę z Xaną, spostrzegliśmy rzecz co najmniej dziwną.
Obok wieży lewitował ten sam dziwny statek jaki widzieliśmy we wtorek na chwilę
przed tym jak zostaliśmy zdewirtualizowani przez tajemniczych napastników. Gdy
do niego podeszliśmy, by sprawdzić czym jest i dlaczego pojawił się z nikąd w
Cortexie, usłyszeliśmy pisk opon. Pisk opon w wirtualnym świecie? Na samym
początku myślałem, że się przesłyszałem ale to co po chwili zobaczyłem
wyprowadziło mnie z błędu. Ponieważ po chwili na arenę na której się
znajdowaliśmy wjechał chyba najdziwniejszy pojazd jaki widziałem, no oczywiście
oprócz tego lewitującego stateczka. Jechał on prosto na nas więc, żeby nie
wypaść z gry już na starcie oddaliliśmy się zarówno od wieży jak statku, przy
którym stanął ten dziwny pojazd, zagradzając nam drogę do nich. Następnie
między pojazdem nami pojawiły się cztery rozbłyski błękitnego światła. Gdy
rozbłyski przygasły naszym oczom ukazały się cztery postacie w lamerskich
wdziankach. Pierwszy od naszej prawej stał blondasek, który do ustawienia
swojej fryzury, zużywał co najmniej dwa pudełka żelu do włosów. Był on odziany
w fioletowy strój kota, który uzupełniany był przez ogon oraz wystające z
włosów kocie uszy. Nie nosił on przy sobie żadnej broni co wydało mi się
dziwne, ponieważ oznaczało to, że albo jej nie potrzebuje do ewentualnego
starcie z nami albo liczy na to byśmy go zaatakowali, nie zauważywszy u niego
broni, czego zapewne byśmy potem gorzko pożałowali. Po jego lewej stoi
lalusiowaty brunet, mający na plecach plecaczek, w którym przechowywał on dwie
katany. Jakby zmienić kolorystykę jego stroju, byłby prawie nie do odróżnienia
od Dietricha, od którego różnił się jedynie kolorem oczu. Stał on spokojnie,
uważnie nas obserwując, jakby dokładnie analizował każdy nasz ruch, by kiedy
dojdzie do walki, móc nas bez problemu pozabijać. Obok niego stała Azjatka w bordowym
kombinezonie z dalekowschodnimi zdobieniami. Ona również nie posiadała broni,
jednak podobnie jak u blondyna nie zdawała się to jej przeszkadzać. Ostatnią
osobą pilnującą wieży wraz z przydokowanym do niej statkiem był nikt inny jak
stary znajomy Klemensa i Marka, czyli nikt inny jak William. Był on odziany w
ten sam co zawsze czarny kombinezon, z
tą różnicą, że tym razem miał on nie zielone a czerwone elementy. Również jego
twarz była trochę inna. Nie malowało się
już na niej szaleństwo i żądza mordu. Była teraz spokojna i pewnym sensie widać
było po niej rozczarowanie. Z jego czoła zniknął znak Xany a cera na twarzy
stała się mniej blada niż wcześniej .
-O wreszcie jakiś komitet powitalny! Już myślałem, że
profesorek nas zupełnie olewa- wykrzyknął na nasz widok człowiek-kot.
-Zamknij się Odd, prawdopodobnie zaraz skrzyżujemy z nimi
miecze a tobie tylko żarty w głowie.- wycedził do niego przez zęby brunet.
-Jejku jejku cały tydzień nie miałem żadnej rozrywki, a
teraz gdy jest szansa na lepszą nawalankę to się czepiasz, że się z tego
cieszę.- odparł samurajowi Odd.
-Możecie się chłopcy uspokoić? Mieliśmy się już zbierać a
przez to, że przez wasze kłótnie jesteśmy do tyłu z czasem, będziemy musieli
się skonfrontować ze szwajcarami.- powiedziała do nich japonka.
-Nie przeszkadzamy wam!?-wykrzyknął do nich Jean, będąc z
lekka zdezorientowany i zirytowany tym, że ci przybysze zupełnie nas ignorowali.
-Skądże znowu. Zresztą gdzie moje maniery. Ja jestem Odd, ten
przystojniak obok mnie to Urlich , po jego prawej stoi miłość jego życia Yumi a
na samym końcu William.-odparł mu Odd.
-Odd!?- powiedzieli do blondyna jednocześnie Yumi i Urlich.
-Oj no dobra. W takim razie obok mnie stoi Urlich i jego
przyjaciółka Yumi.- poprawił się Odd.
-Te ty z kominem na łbie! Co wy tu robicie!? Macie dziesięć
sekund na odpowiedź, bo potem was przerobię na cyfrowy proch.- wykrzyknął Mark do
blondyna przerywając im, jakże interesującą
mnie konwersację.
-Nie twój interes. Samemu się nie przedstawicie?- odparł mu
Urlich, przerywając Oddowi zanim ten zdołał mi odpowiedzieć.
-A co cię to obchodzi… - zawołał Mark, jednak nie zdążył
dokończyć zdania, ponieważ przerwał mu Jean.
-Uspokój się trochę ok? Chce jak najszybciej wracać na
śniadanie i lepiej będzie jak nie dojdzie do starcia- powiedział Jean do Marka,
wystąpiwszy do przodu, poczym zwrócił się do intruzów:- Co do naszych imion to
ja jestem Jean, ten narwaniec to Mark, blondyn to Klemens a ten z mieczem na
plecach to Nicollo
-Mniejsza oto. Co wy tutaj robicie, bo raczej nie
przyszliście na spotkanie towarzyskie?- zapytałem się intruzów, robiąc krok do
przodu i przesuwając prawą rękę na rękojeść miecza, by być w stanie jak
najszybciej dołączyć do walki gdy takowa się rozpocznie.
-To nie jest twoja sprawa co my tutaj robimy ale jeśli
pozwolicie nam to od razu odejdziemy.- odparła mi Azjatka.
- Pewnie zdążyli już zrobić co chcieli i dlatego są skłonni
wycofać się bez walki. Pociągnij jeszcze trochę tę rozmowę a ja odbezpieczę
swoje strzelby i jak tylko trafi się okazja to zaatakujemy ich znienacka-
szepnął do mnie Jean.
-Jakoś wam nie wierzę.- powiedziałem w stronę francuzów,
jakby Jean nic do mnie nie powiedział.
-Jeśli nas nie zaatakujecie to stąd odejdziemy i zabierzemy
ze sobą cały nasz sprzęt. - odpowiedział mi Urlich.
- Teraz!- wykrzyknął do wszystkich Jean i wyjął z kabur obydwie strzelby .
Gdy tylko Jean dał sygnał wyciągnąłem miecz i wyciągnąłem go
w stronę Williama, chcąc go sprowokować do szarży. O ile ja i Jean
przemyśleliśmy to jak rozegramy tą walkę to Mark, wyciągnąwszy swoje
energetyczne pazury, zaszarżował prawie od razu na Urlicha dając pokaz swojego
ADHD. Chciał on skorzystać z elementu
zaskoczenia i wyeliminować z gry Urlicha ale ten się w porę odwrócił i
zablokował cios Marka.
-W takim razie wojna.- rzekł z pełną powagą Urlich, skrzyżowawszy
z nim ostrza.
W tym samym momencie rozpętało się piekło. Jean
skorzystawszy z tego, że zawczasu odbezpieczył swoje obydwie strzelby, ostrzelał intruzów, rozpraszając ich na
wszystkie strony. Ze strony najeźdźców ostrzelał nas Odd, wysyłając w naszą
stronę strzały samą siłą woli, krzycząc przy tym „laserowa strzała!”. Swoją cegiełkę do budowy zamieszania dorzuciła
również Yumi, wyrzuciwszy prosto w
Klemensa dwa tesseny[2], które ten odbił za pomocą swoich bumerangów. Na mnie z
kolei zaszarżował William, wymierzając we mnie potężne cięcia swoim
mieczem. Wykorzystałem jego niską
możliwość, jaką dysponował on podczas zadawania ciosów i wymierzyłem mu
kopniaka w brzuch. Poza niewielkim odepchnięciem zapewne by on nic nie odczuł
gdyby to było kopnięcie, ale ja wzmocniłem kopniaka , aktywowałem hiperskok, co
spowodowała odrzucenie Williama na kilkanaście metrów do tyłu. Po odepchnięciu
od siebie rywala, wyciągnąłem miecz korzystając z tego, że mój przeciwnik
upuścił swój oręż kiedy, dostał w brzuch zaszarżowałem na niego. Chciałem
zakończyć to starcie jednym ciosem jednak William zmienił się w czarny dym i
podleciał do swojego miecza, uniknąwszy mojego ciosu.
-Nie pokonasz mnie takimi tanimi sztuczkami cieniasie.- zakpił sobie ze mnie William.
-Nie pokonasz mnie takimi tanimi sztuczkami cieniasie.- zakpił sobie ze mnie William.
-A wiesz, że każdy członek gwardii dysponuje czymś więcej
niż hiperskokiem i bronią?- odparłem szatynowi.
-Jeśli chodzi ci mądrość, to się niezbyt dzisiaj
popisaliście.- odpowiedział mi William.
-Nie chodziło mi o mądrość tylko o brutalną siłę.-
wyjaśniłem wyspiarzowi.
-To spróbuj mnie załatwić makaroniarzu.-zakpił sobie ze mnie
William, chcąc mnie sprowokować do ataku.
Aktywowałem więc mój specjalny atak i ruszyłem na Williama
by zadać ostateczny cios ale ten się jedynie uśmiechnął i powiedział:-
Obserwowaliśmy i analizowaliśmy wszystkie wasze zmagania w Korze i dokładnie
znamy wszystkie wasze sztuczki. Po aktywowaniu Percoso Della Energe spróbujesz zapewne
wytworzyć ścieżkę energii jak najbliżej mnie by zminimalizować moje szanse na
unik? Jeśli chcesz to zrobić to już teraz cię informuję, że to daremny wysiłek.
Usłyszawszy te słowa postanowiłem zmienić strategię i
zamiast wywołać ścieżkę energii, utrzymałem energię na mieczu. William
ujrzawszy to, zdziwił się i uniknąwszy mojego cięcia przeszedł do kontrataku.
Zadał mi on potężne cięcie wymierzone w głowę , ale je zablokowałem za pomocą
głowni miecza. W chwili gdy nasze miecze się zetknęły, obydwa ostrza pokryła
energia. A ja uśmiechnąwszy się z tego, że zadałem ostateczny cios powiedziałem
do zszokowanego tym co się dzieje Williama: Tej sztuczki użyłem po raz pierwszy
i dlatego miałem pewność, że wpadniesz w moje sidła. Percoso Dela Energe polega
na zmagazynowaniu energii na ostrzu mojego miecza, która po zetknięciu się podłożem przechodzi przez nie . W tym wypadku
wypełnione energią ostrze zetknęło się z twoim mieczem i cała energia na nie
przeszła. Zginiesz dlatego, że nie zrozumiałeś jak działa mój supercios.
W momencie gdy rozbłysk
purpurowej energii dotarł do jelca, William zmienił się w czarny dym ,
który następnie rozwiał się na wszystkie strony.
Skończywszy swój pojedynek przyjrzałem się starciom toczonym
prze moich przyjaciół. Pozostali byli w gorszej sytuacji niż ja, ponieważ każdy
z intruzów korzystał z pojazdu. Odd miał deskę, samuraj jednokołowy motor a
gejsza latające coś. Urlich dzięki swojemu motorowi oraz bardziej chłodnemu
podejściu do sprawy, zdobył przewagę w potyczce z Markiem, który podczas walki
szedł na żywioł przez co zazwyczaj emocje brały górę nad rozsądkiem. Samuraj przypuszczał szarżę za szarżą na
Marka, który w obronie niezdarnie ciął powietrze, próbując trafić intruza. W
końcu za którymś razem udało się ciąć motor przez pozbawił Urlicha środka transportu.
Jednak nawet bez motoru, samuraj się nie poddał gdy Mark przypuścił na niego
szarże. Unikał on kolejnych cięć Marka i wyprowadzał groźne kontry. Mark w
końcu stracił cierpliwość po kolejnych nieudanych próbach ataku i za pomocą
hiperskoku, wybił się w powietrze.
-TigerKrellen!- wykrzyknął Mark aktywując swój specjalny
atak.
TigerKrallen polega na tym, że w z pazurów Marka wylatuje
osiem pocisków w kształcie olbrzymich pazurów. Każdy z takich pocisków posiada
wręcz destrukcyjną siłę rażenia. Po wystrzeleniu Mark jest w stanie kontrolować
trasę ich lotu za pomocą siły woli.
Za pomocą swojej specjalnej umiejętności Mark posłał w
stronę Urlicha atak, którego ten nie był w stanie powstrzymać, przez po chwili
został zdewirualizowany. Dumny ze swojego wyczynu Mark wylądował na ziemi i
schowawszy pazury pobiegł wspomóc w walce swoich przyjaciół.
Jeanowi przyszło się z kolei zmierzyć z człowiekiem-kotem. W
początkowej fazie potyczki Odd zdobył przewagę dzięki temu, że latał na desce
na wysokości kilkunastu metrów i zasypywał Jeana laserowymi strzałami. Jednakże
szybkostrzelność marzanny była za niska by zrobić na Jeanie wrażenie.
Wykorzystał on chwilę nieuwagi Włocha i używszy hiperskoku, wskoczył mu na
deskę. Odd próbował się bronić jednak Jean nie dał mu szansy w krótkim starciu
w powietrzu i zrzucił go z jego własnej deski. Włoch złapał się w ostatniej
chwili deski za pomocą lewej ręki. Jean zobaczywszy to powiedział do niego
tylko jedno słowo:- Żegnaj-. Wystrzelił on w deskę rozpoczynając jej
dewirtualizację, po czym zeskoczył z deski, gdy ta rozpadając się poleciała
gdzieś dalej z Oddem ledwo trzymającym się jej rozpadających się krawędzi.
Na polu bitwy pozostała jedynie Azjatka. Jej walka z
Klemensem była chyba najbardziej anemiczną walką jaką w życiu widziałem.
Yumi rzucała tessenami w kierunku
Klemensa ze swojej latającej hulajnogi a on odbijał tesseny po czym ciskał w
nią swoimi bumerangami i cały schemat zaczynał się od nowa. Gdy wraz z Jeanem i
Markiem dołączyłem do tego starcia, stosunek sił wyniósł cztery na jedną, co
nie pozbawiało nas złudzeń, kto wygra tą walkę.
Jean ostrzelał wroga za pomocą swoich strzelb, pozbawiając ją pojazdu,
przez co upadła ona przed nami.
-I co teraz Chinko? Warto było z nami zadzierać? Nie było z
nami dwóch najsilniejszych członków gwardii a starliśmy twoich koleżków w
proch.- powiedziałem kpiącym tonem w kierunku Yumi.
-Jestem japonką a nie Chinką. –odparła Yumi.
-Mało to nas obchodzi. Co chcieliście osiągnąć atakując
Cortex?!- wykrzyknąłem w jej kierunku.
-Dlaczego miałabym odpowiadać na wasze pytania?-
odpowiedziała mi najwyraźniej lekko tępawa Azjatka. W końcu wywaliliśmy z gry
wszystkich jej przyjaciół a ona sama była następna.
-Przegraliście te walkę a wszyscy twoi przyjaciele wypadli z
gry. Nie wystarcza ci to jako powód by zacząć gadać?- wtrącił się w rozmowę
Jean.
-Głupcy. Nie pokonaliście nikogo a do tego każdy z was
pokazał już swoje najlepsze sztuczki. - odparła nam japonka po czym wstała i
dodała: - Czas na drugą rundę.
1.Założyłem , że Yumi podczas Ewolucji maiła 15 lat.
2. Bojowy wachlarz używany przez samuraji.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz