niedziela, 4 października 2015

Rozdział 3 „Zabawę czas zacząć”

Po olbrzymiej przerwie zapraszam na rozdział trzeci... :)



Rozdział 3

„Zabawę czas zacząć”

Sobota

Nicollo

-Nicollo jesteś pewny, że chcesz mieć dzisiaj w drużynie tę dwójkę?

Mark, nigdy nie potrafił dostrzec potencjału, jaki drzemał w młodszych rocznikach. Nie trzeba było się zbytnio wysilać by zdobyć ich zaufanie, wzbudzić respekt wobec samego siebie, co mogło się przydać w przyszłości czy wykorzystać ich talenty do własnych potrzeb a tego mi właśnie teraz było trzeba. Ta dwójka była dobrze wysportowana, zdolna i uczciwa, więc idealnie pasowała do mojej drużyny,

-Kiedyś zrozumiesz, że dobrze wiem, co robię. – Odparłem wciąż obserwując grających na szkolnym boisku młodzieńców, którzy pomimo tego, że słońce dopiero kilkanaście minut temu pojawiło się nad horyzontem.

-Dobrze wiesz, co robisz? Podrywając na raz cztery dziewczyny tez dobrze wiedziałeś, co robisz?- Zadrwił ze mnie Mark.

- Żadna nie była moją dziewczyną, więc czemu miałbym się wtedy ograniczać tylko do jednej? – Wyjaśniłem spokojnie koledze.

-W sumie i tak ostatecznie trzy z nich strzeliły cię za to po ryju. – Skwitował bezpośredni jak zawsze Marka. Jego brak taktu i bezpośredniość czasami mnie potrafił zdenerwować.

-Ale z tą jedną w końcu, jakość mi się wtedy ułożyło. No nie? – Odrzekłem przypomniawszy sobie wydarzenia z zeszłego roku. – Teraz bym bardziej wolał się dowiedzieć, co ci w nich nie pasuje.

-Są młodsi od nas, a poza tym im nie ufam. – Powiedział Mark.

-Ty prawie nikomu nie ufasz… - zadrwiłem z przyjaciela. – A młodsi nie znaczy gorsi. Posturą, co prawda tobie nie dorównują, ale i tak na swój wiek są dość wysocy. A poza tym musisz pamiętać, że jeden z nich wie o naszym odkryciu i jeśli go nie wtajemniczymy to zapewne na nas doniesie.

-Ja w zeszłym roku byłem znacznie wyższy od nich przecież. – Mark, jako prawie najwyższa osoba na roczniku uwielbiał uważać, że jego wzrost czyni go kimś wyjątkowym. Żeby zwiększyć efekt, jaki jego postura wywierała na niższe osoby, zaczesywał swoje blond włosy do góry w olbrzymiego irokeza, który idealnie komponował się z jego punkowym stylem ubioru. – A co do tego co wczoraj widział to nie lepiej będzie go po prostu złapać w jakimś zaułku i wystraszyć tak by nawet nie myśłał o donoszeniu?

-Ale jechałeś na sterydach… - skomentowałem jego słowa musząc się zastanowić na odpowiedzią na jego pytanie. – Myślę, że mój sposób będzie znacznie lepszy. Tobie po prostu brak wyczucia. Jesteś prostak i cham, a tu potrzeba odrobiny delikatności.

Mark zdawał się tego nie słyszeć. Zapatrzył się przez oddzielającą nas od upatrzonych przeze mnie rekrutów siatkę. Biorąc z niego przykład też ponownie spojrzałem się na tę dwójkę. To, co jeden z nich wyprawiał z piłką było wprost niewiarygodne. Przez cały czas jak i obserwowaliśmy dawał świetne popisy swoich piłkarskich umiejętności poprzez popisowe strzały lecące w kierunku bramki. Widać było, że to urodzony snajper. Szczupły, wysoki jak na swój wiek i przystojny był obiektem westchnień wielu dzieje go towarzysz nie był o wiele gorszy i bronił zaciekle wszystkie z nich.
-Może im teraz zaproponujesz żeby wieczorem dołączyli do twojej drużyny? – Zapytał punk.

-Teraz jest niewłaściwa pora. Przy śniadaniu im z tym wyjadę. – Odparłem.

-A, co im wtedy powiesz? A jak zapytają się ciebie, jaka jest ta twoja drużyna, że niby ich potrzebuje?

-Co im powiem? Powiem im, że moja drużyna jest jedyna w swoim rodzaju. A oni się o tym potem przekonają na własnej skórze.


Ferenc


Drzwi pokoju były niezamknięte jak się tego zresztą spodziewałem. Mogłem siew sumie tego spodziewać, gdy wychodząc z pokoju mój współlokator Lukas, którego poprosiłem o zamknięcie drzwi był skupiony jedynie na tym, by z powrotem runąć na łóżko i z powrotem zasnąć.

Rzuciwszy ręcznik, buty i przepoconą sportową koszulkę na swoje łóżka podszedłem do niego. Ten wciąż leżał pod kołderką spokojnie sobie chrapiąc. Wziąłem sobie z jego szafki butelkę jakiegoś ciemnego soku przechyliłem ją nad jego głową. Jego nagłą pobudkę zatamowało jednak odezwanie się we mnie głosu rozsądku. Będąc mu posłusznym odłożyłem sok i rozejrzałem się za wodą. Wziąwszy już butelkę właściwego płynu bez oporów wylałem ją na twarz swojego współlokatora.
Lukas Kleinritter poderwał się tak gwałtownie ze swojego posłania, że aż zrzucił wszystko, co znajdowało się na stojącej obok jego łózka szafce nocnej. Widok rozbudzonego Kleinrittera był zabawny jak zawsze. Zazwyczaj luźno opadające po bokach blond włosy miał teraz zbite w jedną masę opadającą na czoło i zasłaniające mu jego błękitne oczy. Na jego chudej twarzy widać było szok i lekkie zagubienie spowodowane moją pobudką.

- A to, za co było!? –Wykrzyknął po chwili.

- Za niezamykanie drzwi.

-Mogłeś je sam zamknąć. –Odparł – Tobie nie chodziło o to by drzwi były zamknięte tylko o to żebyś miał usprawiedliwienie dla oblania mnie.

Cholera, przejrzał mnie.

Nie chcąc mu patrzeć w oczy, co by niechybnie utwierdziło go w swych przekonaniach spuściłem wzrok na ziemię. I wtedy dostrzegłem połamane lusterko, które Lukas strącił budząc się ze snu. 

Podniosłem to, co z niego zostało i skorzystawszy z okazji przejrzałem się w nim. Zobaczyłem to samo, co zawsze widzę spoglądać w lustro, czyli zawsze te same krótkie czarne włosy, pociągłą szczękę i przynajmniej moim zdaniem pełne przenikliwości piwne oczy.

- Napatrzyłeś się już? – Zapytał, gdy przez dłuższą chwile nie odzywałem się zapatrzywszy w lusterko.

- A jakże. – Odparłem. – Wyrobisz się w piec minut na śniadanie czy mam iść sam?

-Powinienem. -  Pod jego kołdrą z komórki zaczęło grać niemieckie techno, które ten niemal 
natychmiast wyłączył. –Sorki, dopiero, co mi się budzik włączył.

- Nie wiem jak można czegoś takie w ogóle słuchać…

- Każdy ma swoje gusta. – Powiedział Lukas nie odebrawszy najpewniej zbytnio negatywnie mojej uwagi. –  Zupełnie nie wiem, co możesz mieć do mojego gustu muzycznego

- To, że jest dla mnie dziwny… - odparłem ostrożnie. Lukas jest niezwykle uparty w swoich poglądach i przekonanie go do czegokolwiek zazwyczaj jest wielkim osiągnieciem. Nie mam jednak zamiaru się z nim teraz kłócić. Teraz priorytetem jest śniadanie, które zjem z Lukasem bądź bez niego. Zostawiłem go samego w pokoju i poszedłem w stronę stołówki.

Lukas dogonił mnie już normalnie ubrany a nie w piżamie jeszcze zanim do niej doszedłem. AM chłopak tempo. Razem wsiedliśmy do stołówki, która była po prostu obszerna salą z wydzielonym bufetem, z którego można było sobie wziąć jeden z kilku zestawów śniadaniowych. Gdy obydwaj już wzięliśmy swoje zestawy i znaleźliśmy wolny stolik pomimo tego, że na śniadaniu było chyba z pół internatu. Zasiadłszy przy stole ujrzałem zmierzającego ku nam dobrze mi znanego grubaska, jakim był Adolf, przyjaciel Lukasa.

-Cześć, dobrze się wam spało?- Zaczął tak samo jak to robił każdego dnia, przez co zaczynało to już być irytujące.

-Owszem a tobie? –Odwzajemnił pytanie Lukas, który był jedyną osobą, która normalnie traktowała Adolfa pomimo jego wyglądu. I w sumie słusznie, bo Adolf swoim wyglądem w pełni zasługiwał na swoje imię. Był niski, krępy i miał przetłuszczone czarne włosy zaczesane w grzywkę niezwykle podobną do tej, jaką nosił jego słynny imiennik. No cóż tego imienia nie nosi się przypadkowo.

-Również dobrze. –Odrzekł podniecony– Słyszeliście o tym, że we wtorek będziemy mieć wycieczkę?

-O, to ci niespodzianka. – Powiedziałem ucieszony ta nowiną. Dzień będący wycieczką jest dniem bez nauki a więc tez i dniem dobrym.

- A gdzie mamy jechać? –Zapytał się go Lukas przełknąwszy jajecznice.

-Do stolicy kantonu zobaczysz jakieś zabytki z czasów wojen napoleońskich, gdy nasz kanton 
kilkakrotnie zmieniał właściciela.

-Czyli kolejna wycieczka do Neuchatel. –Podsumowałem- nie najgorzej, ale mogło być lepiej.

-NA twoim miejscu bym cieszył się z tego, co masz a nie marzył o niebieskich migdałach. – Usłyszałem za sobą. Odwróciłem się i ujrzałem o rok starszego od nas ucznia, który miał w szkole reputacje największego lowelasa i łamacza serc. Stał przede mną sam Nicollo Forzetti. Posłał on nam łobuzerski uśmiech, jaki zwykł często gościć na jego twarzy, dzięki czemu chyba połowa szkoły widziała już jego garniturek białych jak śnieg zębów. Jasno brązowe włosy opadały mu swobodnie na twarz zasłaniając jej połowę i ukrywając jedno z jego szarych oczu.

- Mogę się do was dosiąść? – Zapytał i zanim ktokolwiek z nas mu odpowiedział odchylił sobie jedno krzesło i dosiadł się do naszego stolika. Pierwszy raz w ogóle wyraził on chęć dosiąść się do nas. Było to, co najmniej podejrzane.

-Czego tu chcesz? –Burknął Adolf. Nicollo był jedna z osób szydzących z Adolfa w bardziej okrutny niekiedy sposób.

-Mam dla was pewna propozycje. –Odpowiedział mu Forzetti – rzecz jasna nie dotyczy ona ciebie wiec, jeśli mógłbyś na chwile odejść od tego stolika.

- Spokojnie Adolf, nic się nie stanie jak na chwile odejdziesz. Nicollo powie nam, co ma do powiedzenia i spokojnie do nas wrócisz. – Uspokoiłem go. – Podejrzewałem, czego mógł chcieć Włoch. Wczoraj przypadkiem podejrzałem jego oraz paczkę, do której należał w lesie, gdy ci dokonali pewnego niezwykłego odkrycia.

- Nie podoba mi się to… -powiedział ostrożnie Adolf-, ale waszej dwójce ufam. Zajdę do toalety i zaraz wracam.

Gdy tylko odszedł Nicollo rozsiadł się swobodnie zakładając nogi na stół i zaczął mówić.

-Lubicie gry terenowe? Paintball? ASG? Jeśli tak to mam dla waszej dwójki interesująca propozycje.

-Skończ te gierki i mów, co masz do powiedzenia. – Przerwałem mu jego monolog, który brzmiał jakby był żywcem wyjęty z taniej reklamy. I tak jego słowa były dla mnie dość dużym zaskoczeniem. 

Myślałem, że powie coś w stylu „Wiem, że mnie śledziłeś”. Tymczasem wydawał się on o tym nie wiedzieć.

-Już zapomniałem jakiś ty drażliwy Wańczak. – Odparł nieco wybity z rytmu Włoch. – Ale skoro chcesz bym od razu przeszedł do sedna to proszę bardzo. Dziś wieczór zbieram ekipę by móc się niezłe zabawić i chciałbym byście wy. –Wu wskazał palcami na mnie i Lukasa – byli jej częścią.

-A, czemu mielibyśmy się zgodzić? – Zapytałem. Propozycja mnie szczerze zainteresowała, ale lepiej będzie, jeśli Nicollo pomyśli, że się waham nad jej przyjęciem. Może wtedy dorzucie do niej coś ekstra?

-, Czemu? Mi się z reguły nie odmawia a poza tym myślę ze ta propozycja was zaciekawiła.
- Powiedz nam tylko, co mielibyśmy robić, jako twoja „ekipa”. Nie chce się pisać na cos, o czym nic 
nie wiem.- Wtrącił się Lukas.

Nicollo uśmiechnął się szeroko usłyszawszy te słowa. – Z tego c olsze to już przystałeś na moja propozycje. A co do twojego pytania to nie mogę ci na razie udzielić na niego odpowiedzi. Zrozum to zepsuje cala niespodziankę.

- A dlaczego chcesz akurat nasza dwójkę do tej swojej ekipy? – Zapytałem.

-Czemu? Bo uważam, że się do tego nadajecie. – Odparł krótko.
Nie podoba mi się ta cala propozycja…, ale trzeba mu przyznać ze nas zaciekawił.
Nicollo po wypowiedzeniu tych słów obejrzał się za siebie i najwyraźniej będąc zadowolony z tego, co zobaczył wyjął z kieszeni niewielka saszetkę, z której wysypał sobie na dłoń nieco białego proszku.

-, co ty chcesz zrobić? – Odezwał się Lukas.

- Zażyć lek na gardło? –Odparł mu drwiąco Nicollo. Następnie udał ze łyka cala wysypana na rękę substancje, w rzeczywistości zachowując ja w swojej ręce. Gdy po chwili do naszego stolika wrócił Adolf, Nicollo oznajmił, że musi się już zbierać i wstał od stołu robiąc przy tym niewielkie zamieszanie. Niewielkie, ale pozwalające mu ukryć fakt, że proszek jak miał być jego lekiem na gardło wylądował w jajecznicy Adolfa. Zapewne nikt poza mną tego nie zauważył, gdyż Lukas od razu by zaprotestował a Adolf najpewniej by poleciał do jakiegoś nauczyciela by naskarżyć na wybryk Włocha. No cóż… jak na razie zachowam te wiedze dla siebie i zobaczę, co wywoła ten proszek.

-Czego chciał od was Nicollo? –Zapytał się Adolf wróciwszy do jedzenia swojego posiłku.

- Szukał on chętnych do meczu w nogę po lekcjach. –Szybko skłamałem. Skoro Nicollo nie chciał go o czymś powiadomić nie wypada wyjawiać mu tej wiedzy przy pierwszej lepszej okazji.

-, Czyli może nawet dobrze, że odszedłem… - podsumował Adolf – …Niezbyt lubię takie ganianiny po boisku.

-Może i tak. – Powiedziałem. – Lukas skończyłeś już jeść? Jak się nie pospieszymy to się spóźnimy na lekcje. Nawet, jeśli mamy dzisiaj tylko te cztery symboliczne godziny to wypada się na nie spóźniać.

Lukas przełknąwszy ostatni kęs jajecznicy kiwnął porozumiewawczo głową i razem posiedliśmy na lekcje. Cztery luźne lekcje jak przystało na sobotę w szkole z internatem zleciało nam niezwykle szybko. I tak przez większość czasu zastanawialiśmy się nad tym, co tez Nicollo wymyślił na ten wieczór. Gdy po odbębnieniu wszystkich lekcji wróciliśmy do stołówki na obiad, zastaliśmy go przy naszym stoliku bawiącego się jakaś fiolka.

-Znowu będziesz z nami jadł?- Zapytałem zdziwiony.

- A czemu by nie? – Odparł nonszalancko.

-Pokłóciłeś się ze swoimi kumplami, że teraz z nami jadasz posiłki? – Odezwał się Lukas.

-Nie, każdy zbiera ludzi na dzisiejszy wieczór. – Wyjaśnił mu pokazując przy tym ręka na kilka różnych stolików, przy których siedzieli pojedynczo najbliższy znajomi Nicolla. Trudno ich było nazwać ich przyjaciółmi. Stanowili raczej grupkę najgroźniejszych i najbardziej zarozumiałych szkolnych oprychów, z, pośród, których tylko Nicollo i Franz mieli dość taktu by być lubianymi pomimo swoich wybryków. Ich wzajemne relacje ograniczały się jedynie do kontrolowania osób ze swojego rocznika oraz tych niższych. Jeśli każdy z nich był zamieszany w ta dzisiejsza konspiracje to szykowała się wprost wybuchowa mieszanka.

- Musi to być cos grubego skoro aż tyle osób ściągacie… -rzekłem

- A jakże! – Odparł Nicollo – Rozmach to podstawa. Z kilkanaście osób wybierze się dziś, do Co… - przerwał zorientowawszy się, ze za dużo powiedział

-, Do czego? – Zapytał od razu Lukas.

- Wieczorem zobaczysz. – Nicollo kopnął pod stołem dwa krzesła tak, że ten odjechały od stołu – Siadacie czy wolicie jeść na stojąco?

-Siadamy. – Rzekł zwięźle Lukas.

Nicollo przez następne kilka minut przyglądał się jak jedliśmy obiad okazując nam zainteresowanie mniej więcej takie, z jakim ogląda się rośniecie trawy. Gdy wreszcie skończyliśmy jeść odezwał się do nas potrząsając nad swoja głowa fiolka– Jak myślicie, co się stanie jak wleje zawartość tej probówki do cukierniczki?

-Zależy, co w niej jest.- Powiedział ktoś za nami. Odwróciłem się by zobaczyć, kto jest drugą osoba, która wcina mi się dzisiaj w rozmowy przy posiłku. Tym kimś okazała się Łucja Pfeiffer, klasowa kujonica, ale przy tym całkiem ładna dziewczyna. Nicollo zmierzył ją wzrokiem, ale nie zatrzymał na niej spojrzenia, co oznaczało, że nie będzie próbował jej podrywać. Trochę mnie to zdziwiło. Łucja nie była, co prawda pięknością, ale jej szczupła twarz, długi brązowy warkocz i zielone oczy potrafiły wzbudzić zainteresowanie.

-Jest w niej siarkowe coś. Tyle o niej się dowiedziałem, gdy zabierałem ja ze składziku. Chcesz się dosiąść? – Odpowiedział jej Nicollo odsuwając przedostatnie pozostałe przy stole krzesło.

- To niezbyt precyzyjne określenie, bo jest kilka kwasów siarkowych.

- A to jakaś różnica jest miedzy nimi?

- Można tak powiedzieć.

- W sumie to zaraz będę pewny, co jest w tej probówce. – Powiedział nachylając ją nad nasza cukiernica.

-Nie!- Krzyknęliśmy razem z Lukas, ale było już za późno. Nicollo wylał całą zawartość probówki do cukiernicy. Z początku nic się nie działo i już zaczynałem myśleć, że krzyczałem niepotrzebnie, ale po chwili rozpętało się piekło. Cukier zaczerniał i zaczął pęcznieć wylewając się dosłownie z cukiernicy. W powietrze z cukiernicy wydzielał się potężny odór skutecznie odstraszający innych przed zbliżeniem się do cukiernicy. Łucja odskoczyła od stołu, gdy zobaczyła, że zaczerniały cukier zaczął pryskać na wszystkie strony w tym na jej ubrania. Ja i Lukas po chwili zrobiliśmy tak samo. Zapach zaczął się rozwiewać powodując ogólną panikę, przez, którą uczniowie masowo uciekali ze stołówki. My sami też się do nich dołączyliśmy by zmieszać się z tłumem i nie zostać samemu w stołówce z całym tym syfem, jakiego narobił Nicollo.

-O dziewiętnastej pod moim pokojem. –Krzyknął on podczas przebijania się przez tłum i szybko zniknął nam z oczu.

Przez następne kilkadziesiąt minut przed stołówką zgromadziła się połowa nauczycieli z naszego liceum wraz z cieciem i sprzątaczkami. Usiłowali ustalić, co się stało, ale ostatecznie im się to nie udało. Poza mną, Lukasem i Łucją nikt nie wiedział o tym kwasie, który Nicollo wlał do cukierniczy a bez tego nie dało się wyjaśnić tego, co zaszło w naszej jadalni. Dlatego tez z czasem kadra wychowawcza dała sobie z tym spokój i po uprzątnięciu zwęglonej cukiernicy pozwolili uczniom wrócić do pokoi.

Ze względu na to, że dzisiejszego dnia nie mieliśmy już zajęć to posiedliśmy do pokoju i próbując zrobić, choć cześć zadanych na tygodniu prac domowych dotrwaliśmy jakoś do wieczora. Za pięć dziewiętnasta wybraliśmy się do szukać pokoju Nicolla gdyż mieliśmy jedynie mgliste pojęcie gdzie on się znajduję. Na szczęście w internacie, w którym mieszkaliśmy wszystkie pokoje były opatrzone nazwiskami lokatorów, więc odnalezienie właściwego pokoju było tylko kwestia czasu. I tak też się stało. Nim wybiła dziewiętnasta staliśmy już obaj pod pokojem Nicolla, który ten dzielił z jakimś Polakiem.

-Pukamy? – Zapytał Lukas.

- To Nicollo przecież – odparłem współlokatorowi. – AN pewno słucha muzyki i nie usłyszy pukania.

-Ale wypada, chociaż na próbę zapukać. –Zaprotestował blondyn.

-Pal licho te twoje zasady. Ale jak chcesz to pukaj. Nie bece cię zatrzymywał.

-Każdy powinien mieć w życiu jakieś zasady, których się trzyma inaczej niczym byśmy nie różnili się od zwierząt. – Sypnął kazaniem pan idealny.

- Gadasz teraz jak ksiądz… - odparłem. – Pukaj w końcu a nie pouczaj mnie.

Lukas zapukał delikatnie a gdy nie uzyskał odpowiedzi zapukał raz jeszcze i jeszcze raz potem wciąż nie otrzymując odpowiedzi. Skwitowałem jego wysiłki cwanym uśmiechem i naparłem na klamkę chcąc zdecydowanie wejść do pokoju. Drzwi okazały się jednak zamknięte.

- Nieładnie. Jak się z kimś umawia powinno się dotrzymać terminu… -westchnął zażenowany Lukas.

- Pewnie o nas zapomniał i tyle ten… - rzekłem z frustracją.

-… ten, kto? – Dokończył za mnie Nicollo.

Jeszcze przed chwila nie widziałem go na korytarzu a ten teraz stał obok mnie trzymając reket na moim ramieniu. Jak on tak szybko się tu znalazł?

- Nieważne, liczy się to, że już jesteś i możesz nas zgarnąć do tej swojej drużyny, do której nas zaprosiłeś. –Odparłem.

- Gdzie byłeś? Czekaliśmy na ciebie. – Powiedział Lukas.

-Na jabłkach w lesie. – Wyciągnął z kieszeni małe zielone i zapewne niedojrzałe jabłuszko – Póki nie dojrzeją są najlepsze. Chcecie spróbować?

-Nie. – Odpowiedzieliśmy razem. Po takich jabłkach można się tylko otruć.

- Jak nie chcecie to zawsze więcej dla mnie – nadgryzł jabłko – TO, co idziemy?

- Oczywiście. –Odparł Lukas. Ciekawe jestem czy chce nas zaprowadzić do tego całego bunkra, który wczoraj odkryli.

Zaprowadził on nas do magazynu szkolnego, w którym znajdowały się drzwi ewakuacyjne prowadzące do lasu.  Zaczekawszy trochę byśmy mogli go nadgonić przeszukał swoje kieszenie i wyciągnął niewielki kluczyk, który jak się okazało odpowiadał właśnie za drzwi ewakuacyjne.

-Mam cię. – Rzekł cicho gdy znalazł klucz.

-Chcesz wyjść poza teren szkoły? Przecież to niezgodne z regulaminem. –Oburzył się Lukas

- I co z tego? – Powiedział Nicollo otwierając drzwi.

-Możemy zostać za to ukarani.

-Bez ryzyka nie ma zabawy sztywniaczka. –Zadrwił z niego Nicollo przechodząc przez próg szkoły, co po chwili i ja uczyniłem. Lukas nie chcąc zostać samemu po chwili do nas też dołączył. Nicollo zamknął za nami drzwi a następnie poprowadził nas w las. Tak jak się spodziewałem celem naszej wędrówki był ów tajemniczy bunkier. Gdy Nicollo odkręcał właz poczułem na ciele nieprzyjemne ciarki. –Co jest strach cię obleciał? – Zapytał się mnie Nicollo.


-Nie. –Odparłem i zstąpiłem do bunkra wraz z Lukasem

Następny rozdział będzie na pewno w październiku ale dokładnej daty nie jestem w stanie podać. Następne rozdziały będą pisane przy współudziale Lyokoherosa i będą czescia jego działalności.


Komentujesz >>> Motywujesz >>> Masz kolejny rozdział.
Po tak długiej przerwie w publikacjach zależy mi zwłaszcza na komentarzach poświadczajacych, że tego bloga ktokolwiek będzie czytał

1 komentarz:

  1. Fajny rozdział, poprzednie też były fajne, czytałem trochę tej pierwotnej wersji, ta jest znacznie lepsza, Tylko gdzieś tam raz piszesz w czasie przeszłym, a później w teraźniejszym, ale za to wielki plus za postacie, fajnie wyszły. I jeszcze. Tam pojawia się jakiś ,,Bunkier". Kurcze, moje opowiadanie też dzieje się w Bunkrze... ale nie jest związane z Kodem Lyoko, chyba że z tematyką(Wirtualny Świat), w każdym razie ciekawy zbieg okoliczności może bunkry w jakiś sposób się z tym kojarzą... no ale bunkrów jest wiele, pewnie chodzi o zupełnie coś innego:).

    OdpowiedzUsuń