Rozdział 4
"Chrzest bojowy"
Ferenc
Powietrze we
wnętrzu bunkra było czyste. W ogóle nie dało się czuć stęchlizny, jaka wczoraj
wypełniała jego wnętrze. Wizualnie również zmienił się wygląd pomieszczeń. Poprzedniego dnia wszędzie
walały się uschnięte resztki roślin, korzenie i różnorakie śmieci, a teraz w
ich miejsce zawitał porządek. Dodatkowo
pojawił się niewielki koksownik od którego wydzielało się przyjemne ciepło, co
jednocześnie likwidowało zalegającą tu wilgoć. Czyżby wszystko posprzątali?
- Zanim uznałem z
kumplami, że warto tu zaprosić parę osób, posprzątaliśmy, by nie waliło pleśnią
i poprzednim wiekiem – utwierdził mnie w tym przekonaniu Nicollo, mówiąc te
słowa w takim momencie, że zdawałoby się, iż czyta w moich myślach.
Po przejściu z dość
dużego przedsionka do długiego tunelu, prowadzącego do głównej sali bunkra,
byłem już niemal pewien, że tak. Tutaj też zamieciono i pozbyto się wilgoci tak
jak w przedsionku. Gdy weszliśmy do głównej sali bunkra również zauważyłem
zmiany. Z komory straszącej ciemnością, gdzie jedynym źródłem światła był ekran
monitora, zrobiło się całkiem przytulne miejsce. Od komputera, który był chyba
jedynym źródłem prądu w tym pomieszczeniu, poprowadzono wiele kabli do
rozmaitych lamp, dających światło w tym pomieszczeniu.
Wszystko, co
Nicollo pokazywał mi i Lukasowi wywoływało falę wspomnień z poprzedniego dnia,
kiedy moja ciekawość nieomal nie wpakowała mnie w niezłe tarapaty. Wybierając
się na spacer po lesie z Sylwią nawet nie przeczuwałem, że trafie na tak dziwne
miejsce, jak się zdawało świetnie
poznanym, podczas trzech lat wymykania się z akademika internatu. Chciałem tego
wieczoru zrobić to, czego Lukas nie odważył się dokonać przez trzy lata znajomości
i wyrwać pannę, na którą skrycie leci. Niby to mój przyjaciel, ale pokazać
komuś, że jest się od niego lepszym nigdy nie zaszkodzi, zwłaszcza, że ten
nigdy się nie przyznał, że na nią leci wiec nie będzie miał nawet jak
protestować.
Jak się później
okazało, Sylwie nakrył woźny, gdy ta się wymykała się ze szkoły, więc z naszego
spaceru nic nie mogło wyjść. Cóż bywa. Tak czy inaczej ten wieczór i tak był
niezwykły, chociaż pod innym względem niż to planowałem. Gdy tak tu czekałem w
lesie usłyszałem cudze głosy. Odruchowo się ukryłem, a że w ciągu ostatnich
tygodni naoglądałem się za dużo filmów o Ninja, by to zrobić wszedłem na
drzewo.
Z konarów po chwili
dostrzegłem sylwetki osób, które odpowiadały ten hałas. Była to grupka sześciu
chłopaków, o rok, może dwa starszych ode mnie. Z ich rozmowy jedynie jeden głos
wydał mi się znajomy. Glos Nicolla.
-To gdzie te
przejście do Narni, Klemens? – zadręczał podobnymi pytaniami prowadzącego ich chłopaka.-
Czekam na spotkanie z Białą czarownicą.
-Przejścia do
Narnia ci nie pokaże, ale coś, od czego ci szczęka opadnie już tak- odparł mu z
przekąsem ich przewodnik, ściągając kaptur, dzięki czemu mogłem mu się lepiej
przyjrzeć.
Od razu pomyślałem,
że ten gość powinien zdecydowanie przyciąć włosy. Miał je, długie, bo niemalże do ramion, niemiłosiernie tłuste i splątane. Twarzy
przez panujący w lesie półmrok nie byłem w stanie dostrzec, niestety. A szkoda.
Zrobiłbym zdjęcie aparatem i zapewne miałbym z czego się pośmiać.
-Mam nadzieje, że
rzeczywiście tak będzie – dodał ktoś z grupki. – W przeciwnym razie zmarnuje
dzisiejszy wieczór, bo przez ten spacerek z wami nie mogę się przygotować na
jutrzejsze zawody.
-Nie marudź Jean,
jeśli Klemens jest tak podniecony, to musi być coś znaczącego – przytemperował
go najroślejszy z tej grupki chłopak.
-Oby…- skwitował Jean,
po czym się zamknął.
Przez resztę drogi
się nie odzywali. A przynajmniej przez ten fragment, przez który ich śledziłem,
gdyż nie zacząłem tego od razu. Najpierw poczekałem, aż się oddala na tyle, by
nie usłyszeć jak schodzę z drzewa. Gdy już się znalazłem na ziemi, bez problemu
ich odnalazłem, gdyż jeden z nich włączył latarkę, by lepiej widzieć po zmroku.
Przystanęli przed kępą gęstych uschniętych krzaków.
-I co? – zapytał
inny członek grupki, tonem zdradzającym irytacje. – Szliśmy tu taki kawał dla
zobaczenia paru uschniętych krzaków?
-Nie – odparł mu
Klemens. – Tego, co ukrywają. Pomóżcie mi je przenieść.
Jak się okazało, te
krzaki były atrapami, mającymi ukryć coś, co wyglądało mi na betonowy właz.
Nocni włóczykije wspólnymi siłami szybko się z nim uporali i zeszli do środka.
Gdzie zapewne znajdowało się jakieś większe pomieszczenie. Policzyłem spokojnie
do stu i wyszedłem z ukrycia.
Powoli zbliżyłem się do włazu i zerknąłem do
środka, dzięki temu, że nieopatrznie został on zostawiony otwarty. Zjechałem do
środka po drabince i poczułem się jak w grobowcu. Właz prowadził do okrągłego
pomieszczenie mającego może z pięć metrów średnicy, które mocno dawało znać o
tym, że dawno nie było wietrzone, wysoce odczuwalną stęchlizną i wilgocią. Rozejrzałem
się i zauważyłem, że te pomieszczenie łączy się z korytarzem, dość szerokim,
bym mógł nim iść z rozpostartymi rękoma, co też zrobiłem. Ostatecznie doszedłem
do chyba najdziwniejszej sali, w jakiejkolwiek byłem. Znajdował się w niej
olbrzymi, wyrastający ze ściany komputer oraz sześć potężnych tub, sięgających
sufitu. Po grupce Nicolla nie było widać śladu. Nad powierzchnią podłogi unosiły
się opary mgły, wydobywające się z tych wielkich tub. Po przejściu pierwszego
szoku zbliżyłem się do jednej z nich. Przemyślawszy wszystkie za i przeciw, zdecydowałem
się jej dotkać, co też natychmiast uczyniłem. Nagle z jej środka wydobyło się
światło, a sama tuba zaczęła wydawać dźwięki, świadczące o tym, że zaczyna
pracować. Tak samo było ze wszystkimi pozostałymi.
Przerażony uciekłem do
korytarza, gdzie się obejrzałem i zobaczyłem, że ta tuba się otworzyła i
wypadła z niej jakaś osoba tak samo z
innych. Gdy rozpoznałem Nicollo, który na domiar złego zaczął się podnosić zacząłem
uciekać. Miałem za dużo wrażeń jak na jeden dzień. W sercu wciąż miałem nadzieję,
że mnie nie zauważyli.
A teraz ten sam
Nicollo, za którym trafiłem tu wczorajszej nocy oprowadzał mnie po niej. Była
to istna ironia losu. Jednego dnia przed kimś uciekać, a następnego dnia być
przez te osobę oprowadzanym.
-Te tuby, co tu
widzicie to skanery – odezwał się, wskazując ręka przedmiot mojego wczorajszego
przerażenia. – Może mi nie uwierzycie, ale można się za ich pomocą przenieść do
innego świata.
-Bajka dla dzieci -
odparł mu Lukas. - Coś takiego nie ma prawa istnieć.
-Mogę wam udowodnić
prawdziwość moich słów – powiedział Nicollo, wszedłszy między skanery. –
Musicie tylko do mnie podejść.
- No dobra… - wybąknąłem,
po czym razem z Lukasem do niego podeszliśmy.
-A, więc jak nam to
udowodnisz? – zapytał się go Lukas.
-Mam pewien pomysł
by wam to udowodnić… - powiedział kładąc mi rękę na ramieniu przez co poczułem
się nieswojo.
-No słuchamy
–ponagliłem Włocha.
-Pomyślałem sobie…
- zaczął podejrzanym tonem- …, że was tam po prostu wepchnę
Nim zdążyliśmy w
jakikolwiek sposób zareagować Nicollo skorzystawszy z tego, że uprzednio mnie
chwycił za ramię jednym płynnym ruchem wrzucił do skanera dodatkowo
podstawiając mi nogę bym nie miał nawet jak stawiać oporu. Gdy uderzyłem
plecami o wewnętrzną stronę skanera zobaczyłem, że to samo Forztetti zrobił z
Lukasem
-Uwierzcie mi, że
jeszcze będziecie mi za to dziękować!- wykrzyknął z szerokim uśmiechem na
ustach momencie gdy skaner, w którym wyładował Lukas zamknął się.
- Co ty odwalasz!?
– krzyknąłem, próbując wyjść ze skanera, ale ten mi się zamknął przez nosem.
Nigdy nie zapomnę ostatniej rzeczy, jaka widziałem przed zamknięciem się
motelowej tuby. Uśmiechu Nicolla. Uśmiechu mówiącego, że, chociaż nie masz
pojęcia, co się dzieje, to wszystko robisz tak jak ten dupek ci zaplanował.
Nagle wewnątrz skanera zaczęło rosnąć ciśnienie. Poczułem, że się unoszę i
jestem wciągany do góry. A potem? Potem nie czułem już nic. Do czasu…
Lukas
Zdarzyło mi się
kiedyś czytać o paraliżu sennym. Niezwykłe zjawisko. Świadomość człowieka budzi
się przed jego ciałem, przez co ten pomimo tego, że jest świadomy tego, co się
dookoła niego dzieje nie potrafi się poruszyć. Jest to jedyne zjawisko, jakie zdaje się być
podobne do wirtualizacji względem odczuć. Powłoka mojego wcielenia pojawiła się
w tym świecie zanim dołączyła do niego moja jaźń. Przez chwilę lewitowałem w
powietrzu nie mogąc ruszyć chociażby palcem. Zmysł wzroku również był chwilowo ograniczony.
Wszystko widziałem rozmazane. Po chwili, trwającej może z sekundę, obraz się
nagle wyostrzył, poczułem wtedy również, że kontroluję już swoje ciało i
zacząłem spadać. Nie spodziewając się takiego obrotu spraw, nie byłem w stanie
przygotować się na lądowanie, przez co wylądowałem na twarzy.
Usłyszałem falę
śmiechu. Szybko wstałem z powierzchni, na którą upadłem i rozejrzałem się w
poszukiwaniu źródła śmiechu. Rozejrzałem się dookoła siebie i ujrzałem grupkę
identycznie odzianych chłopaków i dziewczyn w moim wieku. Dopiero po chwili
zorientowałem się, że to są osoby z mojej szkoły. Wszystkich znałem z widzenia.
No prawie wszystkich. Nicolla pomimo tego, że wyglądał teraz jakby był z
kreskówki, rozpoznałem od razu. Cała grupka była odziana w czarne, przylegające
do ciała kombinezony udekorowane przebiegającymi gdzieniegdzie purpurowymi
smugami. Zbiegały się one nad sercem w nieznany mi symbol, który składał się
kropki otoczonej pierścieniem połączonym z kropkąza pomocą jednej kreski. Do
tego zewnętrznego pierścienia wpadały linie purpury, u każdego mające nieco
inne rozmieszczenie na ciele. Jedynie Włoch miał inne ubranie. Do standardowego
czarnego kombinezonu dołączony miał ciemnoszary płaszcz z wysokim kołnierzem
oraz przymocowaną do lewego ramienia pochwą na nóż. Ponadto posiadał wysokie
buty z cholewami nabijane kolcami. W przeciwieństwie do reszty, u której
kombinezon gładko przechodził w eleganckie buciki.
- I jak Kleinritter
podoba ci się w Cortexie? Gdzie się podział Ferenc? Nie wszedł za tobą? –
Usłyszałem za sobą huk świadczący o czyimś upadku udekorowany krótkim
przekleństwem. – A mniejsza już o Wańczaka, skoro już się znalazł.
Popatrzyłem na
swoje ręce. Byłem ubrany tak samo jak reszta. Byłem tym wszystkim do tego
stopnia zachwycony i przerażony zarazem, że nie byłem w stanie wydusić ani
słowa. Wirtualny świat. To było po prostu za piękne, niczym z bajki. Cały świat
wygenerowany przez komputer, a ja w jego środku. Technologia przyszłości której
ja jestem świadkiem. Mógłbym się nią zachwycać cały dzień.
- Dobra, co to za
miejsce i czemu wszyscy wyglądamy jakbyśmy wyszli z gry komputerowej? Odezwał
się za mną Ferenc, zapewne nie mniej zdziwiony ode mnie.
Nicollo westchnął
zirytowany faktem, że będzie musiał się powtarzać.
– Bo może jesteśmy
w czymś w rodzaju gry komputerowej? A co do miejsca to jesteśmy w Cortexie,
wirtualnym świecie, który służy do wzajemnego podrzynania sobie gardeł oraz
miłych pogawędek.
- Wczoraj byliście
tu po raz pierwszy? – wypalił nagle Ferenc powodując, że Nicollo uśmiechnął się
z satysfakcją.
- Właśnie
potwierdziłeś, że mnie wczoraj śledziłeś… - odparł mierząc wzrokiem Węgra. –
Ale tak. Byłem tu po raz pierwszy.
- Będziecie tak
gawędzili czy przejdziemy do sedna? Miałeś nam Casanovo przedstawić założenia
dzisiejszej gry – odezwał się ktoś z pozostałych uczniów.
- A jakże,
przejdziemy do sedna - odpowiedział mu Nicollo, po czym wzbił się w powietrze
na kilkanaście metrów i wylądował na znajdującej się niedaleko nas platformie
tak, że teraz patrzył na nas z góry. – Od czego by tu zacząć? – zapytał sam siebie.
– A tak… Witamy w Cortexie wszystkich tu przybyłych! W imieniu moim oraz moich
przyjaciół, którzy to wydarzenie zorganizowali chciałbym wszystkim życzyć
dobrej zabawy oraz polecić się na przyszłość! A tak już przechodząc do sedna
sedna to jesteście jedną z dwóch rywalizujących dzisiaj drużyn. Na skutek pewnych
nieprzewidzianych okoliczności połowa z organizatorów nie mogła się dzisiaj
zjawić, więc w Cortexie jestem tylko ja i Jean, który jak zresztą można się
domyślić przewodzi naszymi rywalami. Celem naszej drużyny jest wyeliminowanie
drużyny przeciwnej do ostatniego członka. Trzy osoby z naszej drużyny, które
załatwią najwięcej przeciwników będą mogły utworzyć własne drużyny. Na razie
mnie nie pytajcie po co, bo sam nie wiem, a poza tym trzeba jeszcze organizacyjnie
ten cały syf ogarnąć. Nie będę wam teraz wszystkiego tłumaczył, bo wyjaśnienie
wam samej mechaniki liczenia obrażeń w tym świecie to temat na niemalże
półgodzinny wykład. To, co wszystko jasne czy macie jakieś pytania?
- Ja mam jedno, a
nawet dwa – odezwał się Ferenc. – Dlaczego ja i Lukas jako jedyni nie mamy
broni i co oznaczają te numerki, które mamy umieszczone na kombinezonach?
- Klemens ześlij no
tutaj broń dla dwóch osób! Byle nie za dobrą - krzyknął Nicollo do nieba, po
czym zwrócił się do wszystkich obecnych dookoła. – Jakbyście chcieli czegoś od
Kowalskiego to po prostu krzyknijcie. Ten Nerd usłyszy wszystko, co powiecie w
tym świecie.
- To jak mnie
obgadujesz również usłyszę.
- Sprawdzałem tylko
twoją czujność – odparł rozbawiony tą uwagą Włoch. – A o to broń – dodał, gdy
przed nami pojawiły się dwa miecze, tarcza i niewielki futurystyczny pistolet.
- Biorę pistolet-
od razu powiedziałem, rezerwując tym samym chyba najlepsza tu obecna broń.
-Kiepski wybór
zważywszy na to, że możesz nim oddać jeden strzał na dwanaście sekund a i tak
zada on obrażenia warte dziesięć punktów życia. No chyba, że trafisz w głowę to
wtedy trafienie liczy się, jako krytyczne i obrażenia można pomnożyć przez
dziesięć. Weź jeszcze miecz by nie straszyć nikogo tak żałosnym ekwipunkiem. –
powiedział Nicollo chwyciwszy pistolet i przyjrzawszy się mu. Następnie rzucił
mi go. - W takim razie Ferenc bierze tarczę wraz z drugim mieczem i kwestię
wyboru broni mamy za sobą. Jakbyście chcieli ją kiedyś zmienić do idźcie z tym
do Klemensa. - Odwrócił się do
wszystkich – Skoro już wszyscy kwestie wyboru broni mamy za sobą to możemy
przejść do ostatniej kwestii, którą musicie wiedzieć zanim zaczniemy zawody.
Chodzi mianowicie o cel dzisiejszej gry. Bedzie nim zdobycie mostu znajdującego
się idealnie pośrodku Cortexu i utrzymanie go przez sto sekund. Zwycięska
drużyna ma darmowy wstęp na kolejna grę w Cortexie.
-Darmowy? – odezwał
się ktoś w tłumie.
- No tak, dzisiaj,
ponieważ jest to pierwsza gra w Cortexie każdy wchodzi za darmo, a żeby brać
udział w kolejnych grach trzeba będzie wyłożyć trzy franki za osobę - wyjaśnił
mu Nicollo, po czym dodał, widząc wyraz zdziwienia u niektórych. – No, co?
Przecież to nie jest drogo, a z takim wieczornym wypadem wiążą się pewne koszty
organizacyjne. Dobra potem to się wyjaśni na razie skupmy się na dzisiejszej
rywalizacji. – Katia, Lukas i Pierre idą ze mną okrężną drogą, a reszta prosto
tym tunelem. – Tu wskazał na jedną z odnóg Cortexowego labiryntu – Pcha się
prosto do celu i wiąże walką rywali, kiedy my będziemy ich otaczali. Jasne?
- Tak – odparło mu
kilka osób.
-To lecimy po
zwycięstwo! - krzyknął Nicollo podnosząc do góry swój miecz. – Lukas, Katia i
Pierre za mną.
Pognaliśmy, więc za
nim w głąb Cortexu. Pokonywanie kolejnych wąskich alejek labiryntu trochę
trwało nim wreszcie Nicollo się zatrzymał i dał nam ręką znać byśmy uczynili to
samo.
-Co jest? – odezwał
się zdziwiony tym postojem Pierre. –Czemu się zatrzymujemy?
-Kilka kwestii
chciałbym wam wyjaśnić. – odparł mu Nicollo oparłszy swój miecz o ramię – Po
pierwsze broń zawsze trzymajcie w gotowości, bo nie wiadomo gdzie się Jean mógł
zaczaić z kilkoma osobami ze swojej drużyny.
-Coś jeszcze Nikoś?
– wtrąciła się Katia.
-Tak, paznokieć ci
się złamał. – zażartował sobie z niej Nicollo powodując kilkusekundowy okrzyk
rozpaczy, która wydała z siebie Katia zanim się zorientowała, że żaden
paznokieć się jej nie złamał.
-Jak mogłeś mnie
okłamać!? – zawyła – A ja ci ufałam i nawet tu przyszłam gdy mnie o to
prosiłeś!
-Spokojnie,
spokojnie! – uspokajał ją Nicollo – nie ma po co się denerwować.
-Właśnie jest o co…!
– wykrzyknęła ale nie zdołała dokończyć gdyż Nicollo podszedł do niej i
pocałunkiem sprawił, że przestała się wydzierać i momentalnie się rozluźniła odwzajemniając pocałunek.
-Ale z nich słodziaki
– skomentował Pierre- normalnie tylko… - nie dokończył gdyż w jego głowę trafił
pocisk energii błyskawicznie przebijając wirtualną powłokę jego ciała co
zaowocowało dla niego powrotem do skanera. Zaskoczony krzyknąłem i upadłem na
ziemię.
Odwróciliśmy się i
ujrzeliśmy stojącego na wysokiej platformie strzelca, który do nas mierzył z
dwóch długich futurystycznych strzelb. Szybko udało mi się rozpoznać twarz
Jeana de Champiette jednego z najlepszych piłkarzy w naszej szkole. Stojąc na platformie
znajdującej się znacznie powyżej nas sprawiał wrażenie wyższej osoby niż jest
rzeczywistości kiedy i tak góruje nad większością rówieśników o głowę.
Kasztanowe włosy, które zazwyczaj miał zaczesane do tyłu teraz opadały luźno na
wszystkie strony trzymane z dala od twarzy za pomocą czarnej przepaski ze
świecącym purpura paskiem pośrodku materiału. Tutaj wydawał się również znacznie
bardziej napakowany niż powinien być. Jego normalna sylwetka uzyskała nieco mięśni
gdzieniegdzie przez co wyglądał teraz jakby spędził nieco czasu na siłowni.
-Nie obraź się
Nicollo, ale dzisiaj przegrasz – oświadczył. – Zrewanżuje się za to, że mi
wczoraj przypadkiem zwinąłeś wyższy numerek. Karl, Otto chodźcie tu i zajmijcie
się jego towarzyszami! – przywołał swoich towarzyszy.
-A, czemu nie
miałbym wygrać? – odparł mu Nicollo z uśmiechem na ustach. – Kiedyś musi być
ten pierwszy raz kiedy to ciebie trzeba będzie zeskrobywać z powierzchni
Cortexu.
-Nie dzisiaj –
pokręcił głową Jean. – Nie dzisiaj.
-Bierzecie płotki -
krzyknął nagle do nas Nicollo. Samemu z kolei naprężył całe swoje cyfrowe ciało
i skoczył z niewiarygodną prędkością ku członkowi gwardii, odbijając się od
powierzchni z oślepiającym błyskiem. Jean z miejsca posłał kilka pocisków w
jego kierunku, ale nasz lider wszystkie sparował swoim mieczem, który nawet w
locie trzymał gotowy do zadania ciosu. Gdy doskoczył na platformę, na której
znajdował się Jean błyskawicznie się na niego zamierzył potężnym cięciem zza
głowy. Francuz jednak odskoczył i
zniknął mi z pola widzenia, czego po chwili dokonał także Nicollo.
-Nikoś, dlaczego
mnie zostawiłeś?! – krzyknęła za nim Katia, lecz nie doczekała się odpowiedzi
.
- No to czas
przetestować te cudeńka! – odezwał się jeden z przeciwników podrzucając w
dłoniach dwa jednoręczne oskardy. - Kto chce pierwszy? Rycerzyk czy lalka? – rzucił
w kierunku moim i Katii.
-Bierz rudą Otto,
ja się zajmę blondynem – powiedział za nim jego towarzysz. – Nie sądziłem, że
będzie aż tak świetna zabawa dzisiejszego wieczoru.
-Jak chcesz Karl– odparł
mu Otto, po czym zwrócił się do nas. – Niech wygra lepszy.
Gdy zaszarżował na
mnie wymachując nad głową swoimi oskardami po raz pierwszy się przeraziłem w
Cortexie. Niby nie powinienem się tu niczego bać, gdyż jest to jedynie zabawa,
symulacja niepociągająca żadnych konsekwencji, ale i tak, gdy usłyszałem okrzyk
bojowy wydobywający się z jego gardzieli poczułem, że coraz mniej pewnie
chwytam swój miecz. Innymi słowy wiedziałem teraz, co musiał czuć jakiś samotny
rzymski legionista, gdy szarżował na niego słoń bojowy lub inne kilkutonowe
cholerstwo.
- To się nie dzieje
naprawdę. To tylko gra – wyszeptałem po trzykroć pod nosem, by ta myśl
przedarła się w końcu do mojego mózgu. Podziałało.
Chwyciłem pewniej
swój miecz i gdy przeciwnik znalazł się tuż przy mnie dałem susa w prawo i
wyprowadziłem niskie cięcie wymierzone w kolana Karla. Najpewniej wyczuł on jednak, że czegoś takiego
spróbuje albo zauważył kątem oka mój ruch i w momencie, gdy moje ostrze
szykowało się do zagłębienia w jego kolanie ten wykonał niewielki podskok
chowając nogi. Wylądowawszy zaatakował mnie oburącz. Opuścił zupełnie gardę i z
całym swoim impetem ciął powietrze w miejscu gdzie jeszcze przed chwilą stałem.
Wykorzystałem to i wykorzystawszy lukę w jego obronie umieściłem czubek swego
miecz w miejscu gdzie powinna być jego nerka. Ten krzyknął pomimo tego, że i
tak nie poczuł bólu i odskoczył a ja wyciągnąłem z niego swoje ostrze.
-, Czemu ja jeszcze
tu jestem? Przecież mnie trafiłeś. Klemens! O co tu chodzi?!– krzyknął Karl.
- Ach… Nie będę wam
tego jeszcze dokładnie tłumaczył, ale niektórzy mają niewielką absorbcję na
niektórych ataków. Ty akurat masz akurat dziesięcioprocentowe zmniejszenie
obrażeń od ataków konwencjonalnych, czyli mieczy, toporów i innego cholerstwa.
- Czyli ile po tym
pchnięciu mu zostało punktów życia? – krzyknąłem w niebo wiedząc, że to jedyny
sposób na komunikację z Klemensem.
-Ech… Spójrzcie na
swoje lewe przedramię. Jak nie jesteście tępi to zobaczycie tam długą prostą
linię jaśniejszą od reszty kombinezonu podzieloną na dziesięć segmentów
poprzecznymi przedziałkami. Obrazuje ona to ile wam jeszcze punktów życia
pozostało. Kapewu? – wyjaśnił z wyraźną niechęcią w głosie nadzorca Cortexu.
-Czyli mam jakieś…
10 punktów– powiedział Karl, wyprostowawszy ramię. Linia, mająca oznaczać jego pozostałe
punkty życia żarzyła się jedynie jednym segmentem.
-Najwyraźniej – skwitowałem
i popatrzyłem na swoją linię życia. Jarzyła się w całości jaskrawą poświatą, co
niewątpliwie oznaczało komplet punktów.
- Takie jedno
pytanko mam do ciebie Lukas– wypalił nagle mój przeciwnik. – Czemu mnie nie
zaatakowałeś, jak miałeś ku temu okazję, gdy rozmawiałem z Klemensem?
- To by było
nieuczciwe. Taki haniebny atak na kogoś, kto się tego nie spodziewa, to
zwyczajne tchórzostwo. Walczyć powinno się z honorem, a to oznacza, że podstępy
nie wchodzą w grę.
- Nie spodziewałem
się po nikim takiej odpowiedzi czy zachowania, a raczej nie wykorzystania
sytuacji – podsumował wzruszając ramionami – No to wracajmy do walki!
Gdy ponownie na
mnie zaszarżował, przypomniałem sobie nagle o moim pistoleciku. Nicollo mnie
ostrzegał, że ten pistolecik zadaje tak małe obrażenia, że nikogo nim nie
zastrzelę, ale skoro przeciwnik ma tylko dziesięć punktów życia… Trzeba
sprawdzić, czy to zadziała.
Wyprostowałem rękę,
w której dzierżyłem dopiero, co dobyty pistolecik i przybrawszy elegancką
pozycję wystrzeliłem. Pocisk trafił Karla prosto w mostek. Nagle jakby jego
sylwetka się zatrzymała. Znikła z niej cała tekstura w postaci wybuchu pikseli
odsłaniając szkielet iatki trójwymiarowego modelu jego ciała. -Ekstra! – krzyknąłem
podniecony eliminacją swojego pierwszego przeciwnika nie tracąc nawet jednego
punktu.
-Aaaaaaaaaaaaaaaaaa…
- Usłyszałem za sobą. Odwróciwszy się ujrzałem wypadającą z gry Katię i
triumfującego Ottona.
- Nawet dobrze, że
Karl wypadł. Więcej zabawy dla mnie - rzekł potrząsając w rękach Morgensternem.
– Czy wiesz, że jakby to była walka na serio, to twój mózg rozprysłby się na
kilka metrów po jednym ciosie Morgensternem w głowę?
-Dlatego miecze są
lepsze. Czysta walka i technika a nie brutalna siła i prymitywizm. – powiedziałem,
zrobiwszy szeroki zamach swym orężem.
I przede wszystkim
lepiej można kontrolować broń. W tym pojedynku, jeśli uda mi się wyjrzeć ile ma
on punktów życia będę wiedział, czy mogę go zdjąć pistoletem, nie narażając się
tym samym. Tak więc zaszarżowałem na niego, chwyciwszy miecz oburącz i w biegu
przygotowawszy się do szerokiego cięcia wymierzonego w jego klatkę piersiową.
Ten także zaszarżował przez co skrzyżowaliśmy swój oręż pod wpływem olbrzymiego
pędu. Z racji tego, że mój miecz był znacznie lżejszy od Morgensterna, prędko
zostałem zmuszany do przerwania siłowania się na bron, które zapewne bym
przegrał. Udało mi się jednak podczas chwili, gdy nasze bronie skrzyżowały się
ze sobą zobaczyć poziom życia Ottona. Linia życia żarzyła się jedynie czterema
segmentami. Czterdzieści punktów. Najwyraźniej jakimś cudem Katia zdołała
odebrać mu aż sześćdziesiąt punktów życia Więc pistoletem nie dało się zakończyć
walki, ale wystarczyło do tego jedno celne uderzenie miecza. Musiałby mieć on
naprawdę wysoką absorbcję, by przetrwać moje uderzenie. Zamierzyłem się, by
zadać ostateczne uderzenie korzystając z tego, że mój rywal upuścił koniec
oręża na ziemię.
Trafiłbym go gdyby
nie to, że w momencie, gdy moje ostrze już prawie go dosięgnęło, ten trafił mnie
Morgensternem w kolano. Straciłem zupełnie równowagę i upadłem na plecy wypuszczając
tym samym miecz z rąk Na linii życia zgasło osiem segmentów.
Niemożliwe.
Osiem segmentów za
uderzenie w kolano, kiedy ja trafieniem Karla w tors byłem w stanie zadać
jedynie o ćwiartkę więcej? Muszę to jak najszybciej zakończyć, inaczej wrócę do
skanera. Nie wiem czy Ferenc jest jeszcze w Cortexie, a nie zamierzam mu dawać
tej satysfakcji, że wypadłem pierwszy. Gdy Otton zadał kolejny cios,
przeturlałem się na bok i uniknąłem pewnej dewirtualizacji. Podciąłem mu nogi i
korzystając z krótkiej chwili, gdy to mój rywal znajdował się na łopatkach
podniosłem swój miecz i wbiłem mu go w klatkę piersiową. Otton zdołał rzucić
już tylko kilka bluzg w moim kierunku zanim się rozpadł.
I co teraz?
Jean i Nicollo
gdzieś sobie hasają walcząc, reszta jest daleko stąd, a ja nie wiem gdzie
dokładnie iść.
-Klemens powiesz mi
którędy do centrum Cortexu?
-Nie, sam musisz
znaleźć drogę. Chwilowo jestem zbyt zajęty, by ci pomóc – wymigał się olewawczym
tonem.
-Ech…. – westchnąłem
zażenowany. - No cóż… Komu w drogę temu czas – powiedziałem sam do siebie i
ruszyłem przed siebie mając nadzieje, że idę w dobrym kierunku
Nicollo
- Kiedy
przestaniesz uciekać tchórzu!? – krzyczałem raz za razem przeskakując z
platformy na platformę za pomocą hiperskoku.
- Kiedy kopniesz w
kalendarz! – odpowiadał mi za każdym razem Jean, posyłając w moim kierunku
kilka strzał, które z łatwością parowałem mieczem.
- Nie spieszy mi się
do tego. – odparłem – Ale pewien tchórz bardzo szybko się zbliża do tej chwili.
Chyba wiesz kogo mam na myśli?
Skakaliśmy tak po
połowie Cortexu już od kilku minut, bawiąc się w kotka i myszkę. Ja nie mam
broni dystansowej i jestem zmuszony dążyć do walki w zwarciu, a na tą akurat Jean
nie ma najmniejszej ochoty, gdyż wie, że taką by niechybnie przegrał. No cóż,
nie pozostaje mi nic innego, jak gonienie go, tak długo aż ten zrobi jakiś
błąd. Takie już są uroki braku limitów na używaniu hiperskoku. Trzeba pogadać z
Zordonem, by nałożył na to jakiś limit. Nie może być tak, że ten tchórz może
sobie uciekać w nieskończoność, a ja nie mogę go złapać. Jakiś balans musi być.
- Co tak bzyczysz
Nicollo? – krzyknął nagle do mnie Jean.
-Ja? To chyba ty
sobie bzyczysz! - odparłem uciekinierowi, odbijając przy okazji kolejne jego
strzały.
- Chyba sam wiem,
czego nie robię, jesteśmy tu tylko we dwójkę, więc to na pewno jesteś ty! – odbił
oskarżenie z powrotem do mnie.
-Skoro ani ja, ani
ty nie bzyczysz to, co wydaję ten dźwięk!? – powiedziałem sam do siebie. Jeśli rzeczywiście Jean nie miał z tym nic wspólnego to kto lub też co odpowiadało za te bzyczenie. Odbiwszy się po raz kolejny od ziemi spróbowałem się obrócić i spróbować wyjrzeć źródło dzwięku ale wtedy nagle coś mnie
trafiło w nogę, zmieniając trajektorię mojego skoku i strącając na ziemię w
jakimś niżu. Nie zdołałem nawet zobaczyć, co to było. Jedyne, co wiem to to, że
to coś bzyczy. Wirtualny komar na sterydach? Dobra Klemens ma poryte pomysły,
ale raczej strażnik nie pozwoliłby mu na wprowadzanie własnych postaci do tego
świata. Zwłaszcza przerośniętych komarów. A może to była mucha? Niezbyt dobrze
rozróżniam bzyczenie tych owadów. Albo biedronka? To było tak dziwne, że aż
możliwe. Mniejsza o to, niezależnie, co to było ktoś się będzie musiał nieźle
tłumaczyć za wspomaganie Jeana.
-Ehee… Nicollo
wiesz może, co cię zaatakowało przed chwilą? – usłyszałem wszechobecny głos
Klemensa.
- No bez jaj, ty
też nie wiesz nic o tym bzykającym postrachu niebios?– powiedziałem zażenowany.
- To, kto za to odpowiada?
- No właśnie
myślałem, że to ty za to odpowiadasz panie żartownisiu - odparł oskarżycielskim
tonem Klemens
- Nie mam nic
wspólnego z tym czymś, co lata, bzyczy i wspomaga Jeana- odpowiedziałem, oburzony
oskarżeniem. – Oskarżenie mnie nie wydaje ci się ciut bezpodstawne?
-Mówisz tak, jakby
to Jean był temu winny - podsumował Klemens. – Masz na to jakieś dowody?
- Tak, dostałem w
nogę w momencie, kiedy go goniłem. Nie mów mi, że to przypadek.
- To BYŁ przypadek-
odparł przez zęby Klemens, po czym dodał już normalnym tonem. - Coś się do
ciebie zbliża i nie jest żaden dzieciak, którego zwirtualizowaliśmy.
-Czy to mój
bzykający postrach niebios?
- Nie, na pewno coś
większego, ale na ekranie nie jestem w stanie odczytać jego kształtu. Tak czy
inaczej radzę na siebie uważać, jeśli nie chcesz wracać do skanera.
Obejrzałem się
dookoła siebie i dojrzałem to coś, przed czym ostrzegał mnie Kowalski. Był to
kwadrat. A raczej sześcian na kurzej nóżce, czy czymś w ten deseń. Czyżby chatka
Baby Jagi do nas zawitała? Przez chwilę nawet miałem nadzieje na to, że z tego
czegoś wyjdzie pryszczata staruszka. Przynajmniej niezła beka by była. Ale nie.
To coś w swojej skorupie w kształcie sześcianu miało oko z każdej strony
składające się z białego okrągłego pola i jakiegoś zapewne sekciarskiegosymbolu
składającego się z tych znajdujących się w sobie okręgów, jednej odnogi z góry
i trzech z dołu.
Obróciło się nagle dookoła własnej osi upewniając mnie w
przekonaniu, że chatka Baby Jagi ma cztery takie oczy. Oko, które po
zakończeniu obrotu wpatrywało się we mnie, o ile można to było tak nazwać,
zaiskrzyło się większym okręgiem i wystrzeliło we mnie ognistymi pierścieniem.
Nawet nie zamierzałem tego blokować swoim mieczem, tylko od razu odskoczyłem w
bok, unikając ostrzału.
- Nie zabijaj tego
czegoś Nicollo. Chce to trochę poskanować - poinstruował mnie Klemens trochę
nie zdając sobie sprawy, że mogę przegrać z chatką Baby Jagi. – Może czegoś
pożytecznego się dowiem.
-Albo ja, albo to
coś –westchnąłem pod nosem i zignorowawszy polecenie Klemensa rzuciłem się na
potwora. Pierwsze ciecie mojego półtorarocznego miecza odbiło się od skorupy
stwora, więc kolejny cios wymierzyłem prosto w białko jego oka.
-Kij ci w oko! - krzyknąłem
do chatki Baby Jagi i zagłębiłem w nim ostrze swego miecza, aż po rękojeść. – I
co teraz zrobisz? Nic nie zrobisz! – zaśmiałem się.
Potwór wybuchał
odrzucając mnie kilka metrów do tyłu na plecy.
-Ty kretynie! Chciałem
zdobyć jakieś informacje o tym stworze! – zbeształ mnie wściekły Klemens.
-Ten stwór wybucha,
gdy się mu wsadzi ostrze w oko. Taka informacja ci wystarczy? – odparłem z
przekąsem.
-Niech cię szlag
trafi kretynie! Zresztą nawet jak załatwiłeś tego potwora to mogę zeskanować
inne, które właśnie cię otaczają.
-Cholera…
Jak na zawołanie za
mną pojawiły się trzy potwory, identyczne jak ten, którego przed chwilą
załatwiłem. Błyskawicznie zaczęły strzelać, ale tym razem zamiast ognistych
pierścieni ku mnie leciały zwykłe wiązki lasera. Wszystkie odbiłem swoim
mieczem i przeszedłem do kontrataku. Z pochwy na ramieniu wyciągnąłem sztylet
pomocniczy i cisnąłem nim w monstra. Chybiłem. Ale nie o to tu chodziło.
Potwory, zająwszy się zestrzeleniem sztyletu, przez chwilę dały mi spokój, więc
podbiegłem do nich i przeszyłem mieczem pierwszego wroga po lewej. Tym razem
natychmiastowo wyjąłem broń z wroga, więc gdy ten wybuchł nic mi się nie stało.
Gdy tylko sylwetka potwora zniknęła dałem susa do przodu i przeszyłem kolejnego
wroga. Tak samo pokonałem ostatni sześcian na łapkach.
- I tak kończą ci,
co ze mną zadzierają – krzyknąłem, pokazując środkowy palec miejscu gdzie
jeszcze przed chwilą stały potwory. Jak na ironię losu właśnie w tym momencie w
moją rękę trafił błękitny promień, który mi ją zamroził aż po obojczyk.
-Klemens, czemu
mnie nie ostrzegłeś, że jest ich więcej?!
-Zagapiłem się – próbował
się tłumaczyć. - To się każdemu może zdarzyć.
- Mniejsza o to jak
długo będę miał zamrożoną rękę? Dodam, że układ zamrożonych palców średnio mi
odpowiada…
-Należało ci się.
Zamrożenie z tego, co widzę trwa trzy minuty– odparł próbując powstrzymać
śmiech – Uciekaj! Na ekranie widzę coraz więcej potworów! Wszystkie zdążają do
centrum Cortexu. Do kuli.
- Trzy minuty?
Trudno. Dam sobie radę jedną ręką…- powiedziałem wyszczerzywszy się do potwora.
Kolejny lodowy promień, jaki on jednak wystrzelił, odbierając mi władzę nad
druga ręką skutecznie jednak zmniejszył mój zapał bojowy.
-Uciekaj kretynie!
– ponaglił mnie Klemens.
- Już się robi Duce[1]!–
odparłem i pognałem jak najdalej od przeciwnika, mając wciąż zamrożone ręce.
Mam nadzieje, że nikt mnie nie zauważy w takim stanie. Gnałem tak przez kilka
minut aż uznałem, że jestem bezpieczny. Wówczas oparłem się o jedną ze ścian
tego świata, by przemyśleć dalsze postępowanie.
-Klemens czy są w
okolicy mnie jakieś potwory? Jak odpowiesz, że są to sam się dźgnę, bo mam już
dość wrażeń na dzisiaj
- Potwory? Nie – odparł
rozbawiony.
- Co cię tak bawi
Nerdzie?
-Potworów nie ma,
ale jestem ja – Usłyszałem nad sobą. Spojrzałem w górę i zobaczyłem, że na wyższym
poziomie stoi Jean, z wymierzona we mnie strzelbą. – Już mi nie uciekniesz!
-Powiedział ktoś
kto potrafi tylko uciekać a potem kopać bezbronnego!- krzyknąłem oburzony
zachowaniem swojego kumpla.
- Barrage! – wykrzyknął
do mnie Francuz w odpowiedzi aktywując tym samym swoją specjalną umiejętność.
Jedynym, co
zobaczyłem był świetlisty deszcz setek pocisków, a potem było już tylko wnętrze
skanera.
1. Duce- po włosku wódz. Tytuł
Musolliniego.
***
Na rozdział 5 przed świętami nie ma co liczyć. Po prostu nie mam czasu na pisanie.
Przez przypadek usunąłem ten komentarz podczas edycji bloga wiec uznałem za stosowne go przywrócić
OdpowiedzUsuń***
Tessa R.2 dni temu - Udostępniony publicznie
Powinnam się teraz uczyć, ale... Nienawidzę matmy! Więc przeglądam internety i widzę, że jest tu nowy rozdział :D
Prawie od tygodnia, mam zapłon. Za bardzo nie wiem, co napisać, bo wszystko jest super. Dobre opisy, wszystko wyjaśnione. Język jest współczesny.
Nie ma wielkich słów, więc przyjemnie się czyta. Tylko... Gdzie się podział ten cudowny fioletowy szablon?
? O, przydałaby się zakładka bohaterowie, bo chociaż próbuję nie potrafię spamiętać wszystkich postaci,
jaką bronią walczą, jakie mają moce, itp. Taka propozycja :)
Wiem coś o tym braku czasu. Weny życzę i czekam na następny poprawiony... Może odświeżę sobie pierwotną wersję...
Zakładka niebawem powstanie, szablon tez niedługo wróci a właściwie w momencie pisania tego koma już jest.
UsuńOkej, powiem Ci, że teraz jestem nawet w pełni zadowolony tym rozdziałem i nadal czuję niedosyt, bo się skończyło na takim momencie.
OdpowiedzUsuńNo, teraz Nicollo i reszta była taka jak sobie wyobrażałem zarówno w poprzednim rozdziale jak i w tym. W poprzedniej wersji tego rozdziału mi tego brakowało. A jego dziewczyna, to bym powiedział, że to jakaś histeryczka - rozpaczać nad złamanym paznokciem, jakby to była zdrada jej chłopaka? Trochę przy tym przesadziłeś.
A poza tym walki całkiem dobrze wyszły. Tylko przydałoby się jeszcze gdybyś dodał, co to jest zarówno oskard jak i Morgenstern, bo przy tym drugim ciężko mi było wyobrazić sobie jego rozmiary i wygląd. A poza tym raz jest to tak opisane jakby to była broń palna, a potem, że to chyba jest miecz. Reakcja Lukasa się w takim razie nie zgadza, skoro on też ma miecz.
Lukas jak dla mnie jest ciut ograniczony i strasznie zasadniczy.
Co do pościgu Nicolla za Jeanem, to nie mam co komentować, bo wszystko dobrze wyszło. I to i walka z potworami Xany. Ale nadal uważam, że musisz jeszcze poprawić to, że Nicollo ściga Jeana, nie Nigela, bo "rozmowa" między skokami, to jest jakby ucięta, bo Nicollo dwa razy mu odpowiada, a poza tym nadal jest odbijanie strzał, a później oskarżanie "postrachu niebios" o wspomaganie Nigela, zamiast Jeana.
Jak już wcześniej mówiłem, nadal czuję niedosyt, i chętnie przeczytam kolejny rozdział.