sobota, 28 listopada 2015

Rozdział 4 "Chrzest bojowy"

Rozdział 4

"Chrzest bojowy"

Ferenc

Powietrze we wnętrzu bunkra było czyste. W ogóle nie dało się czuć stęchlizny, jaka wczoraj wypełniała jego wnętrze. Wizualnie również zmienił się  wygląd pomieszczeń. Poprzedniego dnia wszędzie walały się uschnięte resztki roślin, korzenie i różnorakie śmieci, a teraz w ich miejsce zawitał porządek.  Dodatkowo pojawił się niewielki koksownik od którego wydzielało się przyjemne ciepło, co jednocześnie likwidowało zalegającą tu wilgoć. Czyżby wszystko posprzątali?

- Zanim uznałem z kumplami, że warto tu zaprosić parę osób, posprzątaliśmy, by nie waliło pleśnią i poprzednim wiekiem – utwierdził mnie w tym przekonaniu Nicollo, mówiąc te słowa w takim momencie, że zdawałoby się, iż czyta w moich myślach.

Po przejściu z dość dużego przedsionka do długiego tunelu, prowadzącego do głównej sali bunkra, byłem już niemal pewien, że tak. Tutaj też zamieciono i pozbyto się wilgoci tak jak w przedsionku. Gdy weszliśmy do głównej sali bunkra również zauważyłem zmiany. Z komory straszącej ciemnością, gdzie jedynym źródłem światła był ekran monitora, zrobiło się całkiem przytulne miejsce. Od komputera, który był chyba jedynym źródłem prądu w tym pomieszczeniu, poprowadzono wiele kabli do rozmaitych lamp, dających światło w tym pomieszczeniu.

Wszystko, co Nicollo pokazywał mi i Lukasowi wywoływało falę wspomnień z poprzedniego dnia, kiedy moja ciekawość nieomal nie wpakowała mnie w niezłe tarapaty. Wybierając się na spacer po lesie z Sylwią nawet nie przeczuwałem, że trafie na tak dziwne miejsce,  jak się zdawało świetnie poznanym, podczas trzech lat wymykania się z akademika internatu. Chciałem tego wieczoru zrobić to, czego Lukas nie odważył się dokonać przez trzy lata znajomości i wyrwać pannę, na którą skrycie leci. Niby to mój przyjaciel, ale pokazać komuś, że jest się od niego lepszym nigdy nie zaszkodzi, zwłaszcza, że ten nigdy się nie przyznał, że na nią leci wiec nie będzie miał nawet jak protestować.
Jak się później okazało, Sylwie nakrył woźny, gdy ta się wymykała się ze szkoły, więc z naszego spaceru nic nie mogło wyjść. Cóż bywa. Tak czy inaczej ten wieczór i tak był niezwykły, chociaż pod innym względem niż to planowałem. Gdy tak tu czekałem w lesie usłyszałem cudze głosy. Odruchowo się ukryłem, a że w ciągu ostatnich tygodni naoglądałem się za dużo filmów o Ninja, by to zrobić wszedłem na drzewo.

Z konarów po chwili dostrzegłem sylwetki osób, które odpowiadały ten hałas. Była to grupka sześciu chłopaków, o rok, może dwa starszych ode mnie. Z ich rozmowy jedynie jeden głos wydał mi się znajomy. Glos Nicolla.

-To gdzie te przejście do Narni, Klemens? – zadręczał podobnymi pytaniami prowadzącego ich chłopaka.- Czekam na spotkanie z Białą czarownicą.

-Przejścia do Narnia ci nie pokaże, ale coś, od czego ci szczęka opadnie już tak- odparł mu z przekąsem ich przewodnik, ściągając kaptur, dzięki czemu mogłem mu się lepiej przyjrzeć.

Od razu pomyślałem, że ten gość powinien zdecydowanie przyciąć włosy. Miał je,  długie, bo niemalże  do ramion, niemiłosiernie tłuste i splątane. Twarzy przez panujący w lesie półmrok nie byłem w stanie dostrzec, niestety. A szkoda. Zrobiłbym zdjęcie aparatem i zapewne miałbym z czego się pośmiać.

-Mam nadzieje, że rzeczywiście tak będzie – dodał ktoś z grupki. – W przeciwnym razie zmarnuje dzisiejszy wieczór, bo przez ten spacerek z wami nie mogę się przygotować na jutrzejsze zawody.

-Nie marudź Jean, jeśli Klemens jest tak podniecony, to musi być coś znaczącego – przytemperował go najroślejszy z tej grupki chłopak.

-Oby…- skwitował Jean, po czym się zamknął.

Przez resztę drogi się nie odzywali. A przynajmniej przez ten fragment, przez który ich śledziłem, gdyż nie zacząłem tego od razu. Najpierw poczekałem, aż się oddala na tyle, by nie usłyszeć jak schodzę z drzewa. Gdy już się znalazłem na ziemi, bez problemu ich odnalazłem, gdyż jeden z nich włączył latarkę, by lepiej widzieć po zmroku. Przystanęli przed kępą gęstych uschniętych krzaków.

-I co? – zapytał inny członek grupki, tonem zdradzającym irytacje. – Szliśmy tu taki kawał dla zobaczenia paru uschniętych krzaków?

-Nie – odparł mu Klemens. – Tego, co ukrywają. Pomóżcie mi je przenieść.

Jak się okazało, te krzaki były atrapami, mającymi ukryć coś, co wyglądało mi na betonowy właz. Nocni włóczykije wspólnymi siłami szybko się z nim uporali i zeszli do środka. Gdzie zapewne znajdowało się jakieś większe pomieszczenie. Policzyłem spokojnie do stu i wyszedłem z ukrycia. 

Powoli zbliżyłem się do włazu i zerknąłem do środka, dzięki temu, że nieopatrznie został on zostawiony otwarty. Zjechałem do środka po drabince i poczułem się jak w grobowcu. Właz prowadził do okrągłego pomieszczenie mającego może z pięć metrów średnicy, które mocno dawało znać o tym, że dawno nie było wietrzone, wysoce odczuwalną stęchlizną i wilgocią. Rozejrzałem się i zauważyłem, że te pomieszczenie łączy się z korytarzem, dość szerokim, bym mógł nim iść z rozpostartymi rękoma, co też zrobiłem. Ostatecznie doszedłem do chyba najdziwniejszej sali, w jakiejkolwiek byłem. Znajdował się w niej olbrzymi, wyrastający ze ściany komputer oraz sześć potężnych tub, sięgających sufitu. Po grupce Nicolla nie było widać śladu. Nad powierzchnią podłogi unosiły się opary mgły, wydobywające się z tych wielkich tub. Po przejściu pierwszego szoku zbliżyłem się do jednej z nich. Przemyślawszy wszystkie za i przeciw, zdecydowałem się jej dotkać, co też natychmiast uczyniłem. Nagle z jej środka wydobyło się światło, a sama tuba zaczęła wydawać dźwięki, świadczące o tym, że zaczyna pracować. Tak samo było ze wszystkimi pozostałymi. 

Przerażony uciekłem do korytarza, gdzie się obejrzałem i zobaczyłem, że ta tuba się otworzyła i wypadła z niej jakaś osoba tak samo  z innych. Gdy rozpoznałem Nicollo, który na domiar złego zaczął się podnosić zacząłem uciekać. Miałem za dużo wrażeń jak na jeden dzień. W sercu wciąż miałem nadzieję, że mnie nie zauważyli.

A teraz ten sam Nicollo, za którym trafiłem tu wczorajszej nocy oprowadzał mnie po niej. Była to istna ironia losu. Jednego dnia przed kimś uciekać, a następnego dnia być przez te osobę oprowadzanym.

-Te tuby, co tu widzicie to skanery – odezwał się, wskazując ręka przedmiot mojego wczorajszego przerażenia. – Może mi nie uwierzycie, ale można się za ich pomocą przenieść do innego świata.

-Bajka dla dzieci - odparł mu Lukas. - Coś takiego nie ma prawa istnieć.

-Mogę wam udowodnić prawdziwość moich słów – powiedział Nicollo, wszedłszy między skanery. – Musicie tylko do mnie podejść.

- No dobra… - wybąknąłem, po czym razem z Lukasem do niego podeszliśmy.
-A, więc jak nam to udowodnisz? – zapytał się go Lukas.
-Mam pewien pomysł by wam to udowodnić… - powiedział kładąc mi rękę na ramieniu przez co poczułem się nieswojo.

-No słuchamy –ponagliłem Włocha.

-Pomyślałem sobie… - zaczął podejrzanym tonem- …, że was tam po prostu wepchnę

Nim zdążyliśmy w jakikolwiek sposób zareagować Nicollo skorzystawszy z tego, że uprzednio mnie chwycił za ramię jednym płynnym ruchem wrzucił do skanera dodatkowo podstawiając mi nogę bym nie miał nawet jak stawiać oporu. Gdy uderzyłem plecami o wewnętrzną stronę skanera zobaczyłem, że to samo Forztetti zrobił z Lukasem

-Uwierzcie mi, że jeszcze będziecie mi za to dziękować!- wykrzyknął z szerokim uśmiechem na ustach momencie gdy skaner, w którym wyładował Lukas zamknął się.

- Co ty odwalasz!? – krzyknąłem, próbując wyjść ze skanera, ale ten mi się zamknął przez nosem. 

Nigdy nie zapomnę ostatniej rzeczy, jaka widziałem przed zamknięciem się motelowej tuby. Uśmiechu Nicolla. Uśmiechu mówiącego, że, chociaż nie masz pojęcia, co się dzieje, to wszystko robisz tak jak ten dupek ci zaplanował. Nagle wewnątrz skanera zaczęło rosnąć ciśnienie. Poczułem, że się unoszę i jestem wciągany do góry. A potem? Potem nie czułem już nic. Do czasu…

Lukas
Zdarzyło mi się kiedyś czytać o paraliżu sennym. Niezwykłe zjawisko. Świadomość człowieka budzi się przed jego ciałem, przez co ten pomimo tego, że jest świadomy tego, co się dookoła niego dzieje nie potrafi się poruszyć.  Jest to jedyne zjawisko, jakie zdaje się być podobne do wirtualizacji względem odczuć. Powłoka mojego wcielenia pojawiła się w tym świecie zanim dołączyła do niego moja jaźń. Przez chwilę lewitowałem w powietrzu nie mogąc ruszyć chociażby palcem. Zmysł wzroku również był chwilowo ograniczony. Wszystko widziałem rozmazane. Po chwili, trwającej może z sekundę, obraz się nagle wyostrzył, poczułem wtedy również, że kontroluję już swoje ciało i zacząłem spadać. Nie spodziewając się takiego obrotu spraw, nie byłem w stanie przygotować się na lądowanie, przez co wylądowałem na twarzy.

Usłyszałem falę śmiechu. Szybko wstałem z powierzchni, na którą upadłem i rozejrzałem się w poszukiwaniu źródła śmiechu. Rozejrzałem się dookoła siebie i ujrzałem grupkę identycznie odzianych chłopaków i dziewczyn w moim wieku. Dopiero po chwili zorientowałem się, że to są osoby z mojej szkoły. Wszystkich znałem z widzenia. No prawie wszystkich. Nicolla pomimo tego, że wyglądał teraz jakby był z kreskówki, rozpoznałem od razu. Cała grupka była odziana w czarne, przylegające do ciała kombinezony udekorowane przebiegającymi gdzieniegdzie purpurowymi smugami. Zbiegały się one nad sercem w nieznany mi symbol, który składał się kropki otoczonej pierścieniem połączonym z kropkąza pomocą jednej kreski. Do tego zewnętrznego pierścienia wpadały linie purpury, u każdego mające nieco inne rozmieszczenie na ciele. Jedynie Włoch miał inne ubranie. Do standardowego czarnego kombinezonu dołączony miał ciemnoszary płaszcz z wysokim kołnierzem oraz przymocowaną do lewego ramienia pochwą na nóż. Ponadto posiadał wysokie buty z cholewami nabijane kolcami. W przeciwieństwie do reszty, u której kombinezon gładko przechodził w eleganckie buciki.

- I jak Kleinritter podoba ci się w Cortexie? Gdzie się podział Ferenc? Nie wszedł za tobą? – Usłyszałem za sobą huk świadczący o czyimś upadku udekorowany krótkim przekleństwem. – A mniejsza już o Wańczaka, skoro już się znalazł.

Popatrzyłem na swoje ręce. Byłem ubrany tak samo jak reszta. Byłem tym wszystkim do tego stopnia zachwycony i przerażony zarazem, że nie byłem w stanie wydusić ani słowa. Wirtualny świat. To było po prostu za piękne, niczym z bajki. Cały świat wygenerowany przez komputer, a ja w jego środku. Technologia przyszłości której ja jestem świadkiem. Mógłbym się nią zachwycać cały dzień.
- Dobra, co to za miejsce i czemu wszyscy wyglądamy jakbyśmy wyszli z gry komputerowej? Odezwał się za mną Ferenc, zapewne nie mniej zdziwiony ode mnie.

Nicollo westchnął zirytowany faktem, że będzie musiał się powtarzać.

– Bo może jesteśmy w czymś w rodzaju gry komputerowej? A co do miejsca to jesteśmy w Cortexie, wirtualnym świecie, który służy do wzajemnego podrzynania sobie gardeł oraz miłych pogawędek.

- Wczoraj byliście tu po raz pierwszy? – wypalił nagle Ferenc powodując, że Nicollo uśmiechnął się z satysfakcją.

- Właśnie potwierdziłeś, że mnie wczoraj śledziłeś… - odparł mierząc wzrokiem Węgra. – Ale tak. Byłem tu po raz pierwszy.

- Będziecie tak gawędzili czy przejdziemy do sedna? Miałeś nam Casanovo przedstawić założenia dzisiejszej gry – odezwał się ktoś z pozostałych uczniów.

- A jakże, przejdziemy do sedna - odpowiedział mu Nicollo, po czym wzbił się w powietrze na kilkanaście metrów i wylądował na znajdującej się niedaleko nas platformie tak, że teraz patrzył na nas z góry. – Od czego by tu zacząć? – zapytał sam siebie. – A tak… Witamy w Cortexie wszystkich tu przybyłych! W imieniu moim oraz moich przyjaciół, którzy to wydarzenie zorganizowali chciałbym wszystkim życzyć dobrej zabawy oraz polecić się na przyszłość! A tak już przechodząc do sedna sedna to jesteście jedną z dwóch rywalizujących dzisiaj drużyn. Na skutek pewnych nieprzewidzianych okoliczności połowa z organizatorów nie mogła się dzisiaj zjawić, więc w Cortexie jestem tylko ja i Jean, który jak zresztą można się domyślić przewodzi naszymi rywalami. Celem naszej drużyny jest wyeliminowanie drużyny przeciwnej do ostatniego członka. Trzy osoby z naszej drużyny, które załatwią najwięcej przeciwników będą mogły utworzyć własne drużyny. Na razie mnie nie pytajcie po co, bo sam nie wiem, a poza tym trzeba jeszcze organizacyjnie ten cały syf ogarnąć. Nie będę wam teraz wszystkiego tłumaczył, bo wyjaśnienie wam samej mechaniki liczenia obrażeń w tym świecie to temat na niemalże półgodzinny wykład. To, co wszystko jasne czy macie jakieś pytania?

- Ja mam jedno, a nawet dwa – odezwał się Ferenc. – Dlaczego ja i Lukas jako jedyni nie mamy broni i co oznaczają te numerki, które mamy umieszczone na kombinezonach?

- Klemens ześlij no tutaj broń dla dwóch osób! Byle nie za dobrą - krzyknął Nicollo do nieba, po czym zwrócił się do wszystkich obecnych dookoła. – Jakbyście chcieli czegoś od Kowalskiego to po prostu krzyknijcie. Ten Nerd usłyszy wszystko, co powiecie w tym świecie.

- To jak mnie obgadujesz również usłyszę.

- Sprawdzałem tylko twoją czujność – odparł rozbawiony tą uwagą Włoch. – A o to broń – dodał, gdy przed nami pojawiły się dwa miecze, tarcza i niewielki futurystyczny pistolet.

- Biorę pistolet- od razu powiedziałem, rezerwując tym samym chyba najlepsza tu obecna broń.

-Kiepski wybór zważywszy na to, że możesz nim oddać jeden strzał na dwanaście sekund a i tak zada on obrażenia warte dziesięć punktów życia. No chyba, że trafisz w głowę to wtedy trafienie liczy się, jako krytyczne i obrażenia można pomnożyć przez dziesięć. Weź jeszcze miecz by nie straszyć nikogo tak żałosnym ekwipunkiem. – powiedział Nicollo chwyciwszy pistolet i przyjrzawszy się mu. Następnie rzucił mi go. - W takim razie Ferenc bierze tarczę wraz z drugim mieczem i kwestię wyboru broni mamy za sobą. Jakbyście chcieli ją kiedyś zmienić do idźcie z tym do Klemensa. -  Odwrócił się do wszystkich – Skoro już wszyscy kwestie wyboru broni mamy za sobą to możemy przejść do ostatniej kwestii, którą musicie wiedzieć zanim zaczniemy zawody. Chodzi mianowicie o cel dzisiejszej gry. Bedzie nim zdobycie mostu znajdującego się idealnie pośrodku Cortexu i utrzymanie go przez sto sekund. Zwycięska drużyna ma darmowy wstęp na kolejna grę w Cortexie.

-Darmowy? – odezwał się ktoś w tłumie.

- No tak, dzisiaj, ponieważ jest to pierwsza gra w Cortexie każdy wchodzi za darmo, a żeby brać udział w kolejnych grach trzeba będzie wyłożyć trzy franki za osobę - wyjaśnił mu Nicollo, po czym dodał, widząc wyraz zdziwienia u niektórych. – No, co? Przecież to nie jest drogo, a z takim wieczornym wypadem wiążą się pewne koszty organizacyjne. Dobra potem to się wyjaśni na razie skupmy się na dzisiejszej rywalizacji. – Katia, Lukas i Pierre idą ze mną okrężną drogą, a reszta prosto tym tunelem. – Tu wskazał na jedną z odnóg Cortexowego labiryntu – Pcha się prosto do celu i wiąże walką rywali, kiedy my będziemy ich otaczali. Jasne?

- Tak – odparło mu kilka osób.

-To lecimy po zwycięstwo! - krzyknął Nicollo podnosząc do góry swój miecz. – Lukas, Katia i Pierre za mną.

Pognaliśmy, więc za nim w głąb Cortexu. Pokonywanie kolejnych wąskich alejek labiryntu trochę trwało nim wreszcie Nicollo się zatrzymał i dał nam ręką znać byśmy uczynili to samo.

-Co jest? – odezwał się zdziwiony tym postojem Pierre. –Czemu się zatrzymujemy?

-Kilka kwestii chciałbym wam wyjaśnić. – odparł mu Nicollo oparłszy swój miecz o ramię – Po pierwsze broń zawsze trzymajcie w gotowości, bo nie wiadomo gdzie się Jean mógł zaczaić z kilkoma osobami ze swojej drużyny.

-Coś jeszcze Nikoś? – wtrąciła się Katia.

-Tak, paznokieć ci się złamał. – zażartował sobie z niej Nicollo powodując kilkusekundowy okrzyk rozpaczy, która wydała z siebie Katia zanim się zorientowała, że żaden paznokieć się jej nie złamał.

-Jak mogłeś mnie okłamać!? – zawyła – A ja ci ufałam i nawet tu przyszłam gdy mnie o to prosiłeś!

-Spokojnie, spokojnie! – uspokajał ją Nicollo – nie ma po co się denerwować.


-Właśnie jest o co…! – wykrzyknęła ale nie zdołała dokończyć gdyż Nicollo podszedł do niej i pocałunkiem sprawił, że przestała się wydzierać i momentalnie się rozluźniła odwzajemniając pocałunek.

-Ale z nich słodziaki – skomentował Pierre- normalnie tylko… - nie dokończył gdyż w jego głowę trafił pocisk energii błyskawicznie przebijając wirtualną powłokę jego ciała co zaowocowało dla niego powrotem do skanera. Zaskoczony krzyknąłem i upadłem na ziemię.

Odwróciliśmy się i ujrzeliśmy stojącego na wysokiej platformie strzelca, który do nas mierzył z dwóch długich futurystycznych strzelb. Szybko udało mi się rozpoznać twarz Jeana de Champiette jednego z najlepszych piłkarzy w naszej szkole. Stojąc na platformie znajdującej się znacznie powyżej nas sprawiał wrażenie wyższej osoby niż jest rzeczywistości kiedy i tak góruje nad większością rówieśników o głowę. Kasztanowe włosy, które zazwyczaj miał zaczesane do tyłu teraz opadały luźno na wszystkie strony trzymane z dala od twarzy za pomocą czarnej przepaski ze świecącym purpura paskiem pośrodku materiału. Tutaj wydawał się również znacznie bardziej napakowany niż powinien być. Jego normalna sylwetka uzyskała nieco mięśni gdzieniegdzie przez co wyglądał teraz jakby spędził nieco czasu na siłowni.

-Nie obraź się Nicollo, ale dzisiaj przegrasz – oświadczył. – Zrewanżuje się za to, że mi wczoraj przypadkiem zwinąłeś wyższy numerek. Karl, Otto chodźcie tu i zajmijcie się jego towarzyszami! – przywołał swoich towarzyszy.

-A, czemu nie miałbym wygrać? – odparł mu Nicollo z uśmiechem na ustach. – Kiedyś musi być ten pierwszy raz kiedy to ciebie trzeba będzie zeskrobywać z powierzchni Cortexu.

-Nie dzisiaj – pokręcił głową Jean. – Nie dzisiaj.

-Bierzecie płotki - krzyknął nagle do nas Nicollo. Samemu z kolei naprężył całe swoje cyfrowe ciało i skoczył z niewiarygodną prędkością ku członkowi gwardii, odbijając się od powierzchni z oślepiającym błyskiem. Jean z miejsca posłał kilka pocisków w jego kierunku, ale nasz lider wszystkie sparował swoim mieczem, który nawet w locie trzymał gotowy do zadania ciosu. Gdy doskoczył na platformę, na której znajdował się Jean błyskawicznie się na niego zamierzył potężnym cięciem zza głowy. Francuz  jednak odskoczył i zniknął mi z pola widzenia, czego po chwili dokonał także Nicollo.

-Nikoś, dlaczego mnie zostawiłeś?! – krzyknęła za nim Katia, lecz nie doczekała się odpowiedzi
.
- No to czas przetestować te cudeńka! – odezwał się jeden z przeciwników podrzucając w dłoniach dwa jednoręczne oskardy. - Kto chce pierwszy? Rycerzyk czy lalka? – rzucił w kierunku moim i Katii.

-Bierz rudą Otto, ja się zajmę blondynem – powiedział za nim jego towarzysz. – Nie sądziłem, że będzie aż tak świetna zabawa dzisiejszego wieczoru.

-Jak chcesz Karl– odparł mu Otto, po czym zwrócił się do nas. – Niech wygra lepszy.

Gdy zaszarżował na mnie wymachując nad głową swoimi oskardami po raz pierwszy się przeraziłem w Cortexie. Niby nie powinienem się tu niczego bać, gdyż jest to jedynie zabawa, symulacja niepociągająca żadnych konsekwencji, ale i tak, gdy usłyszałem okrzyk bojowy wydobywający się z jego gardzieli poczułem, że coraz mniej pewnie chwytam swój miecz. Innymi słowy wiedziałem teraz, co musiał czuć jakiś samotny rzymski legionista, gdy szarżował na niego słoń bojowy lub inne kilkutonowe cholerstwo.

- To się nie dzieje naprawdę. To tylko gra – wyszeptałem po trzykroć pod nosem, by ta myśl przedarła się w końcu do mojego mózgu. Podziałało.

Chwyciłem pewniej swój miecz i gdy przeciwnik znalazł się tuż przy mnie dałem susa w prawo i wyprowadziłem niskie cięcie wymierzone w kolana Karla.  Najpewniej wyczuł on jednak, że czegoś takiego spróbuje albo zauważył kątem oka mój ruch i w momencie, gdy moje ostrze szykowało się do zagłębienia w jego kolanie ten wykonał niewielki podskok chowając nogi. Wylądowawszy zaatakował mnie oburącz. Opuścił zupełnie gardę i z całym swoim impetem ciął powietrze w miejscu gdzie jeszcze przed chwilą stałem. Wykorzystałem to i wykorzystawszy lukę w jego obronie umieściłem czubek swego miecz w miejscu gdzie powinna być jego nerka. Ten krzyknął pomimo tego, że i tak nie poczuł bólu i odskoczył a ja wyciągnąłem z niego swoje ostrze.

-, Czemu ja jeszcze tu jestem? Przecież mnie trafiłeś. Klemens! O co tu chodzi?!– krzyknął Karl.

- Ach… Nie będę wam tego jeszcze dokładnie tłumaczył, ale niektórzy mają niewielką absorbcję na niektórych ataków. Ty akurat masz akurat dziesięcioprocentowe zmniejszenie obrażeń od ataków konwencjonalnych, czyli mieczy, toporów i innego cholerstwa.

- Czyli ile po tym pchnięciu mu zostało punktów życia? – krzyknąłem w niebo wiedząc, że to jedyny sposób na komunikację z Klemensem.

-Ech… Spójrzcie na swoje lewe przedramię. Jak nie jesteście tępi to zobaczycie tam długą prostą linię jaśniejszą od reszty kombinezonu podzieloną na dziesięć segmentów poprzecznymi przedziałkami. Obrazuje ona to ile wam jeszcze punktów życia pozostało. Kapewu? – wyjaśnił z wyraźną niechęcią w głosie nadzorca Cortexu.

-Czyli mam jakieś… 10 punktów– powiedział Karl, wyprostowawszy ramię. Linia, mająca oznaczać jego pozostałe punkty życia żarzyła się jedynie jednym segmentem.

-Najwyraźniej – skwitowałem i popatrzyłem na swoją linię życia. Jarzyła się w całości jaskrawą poświatą, co niewątpliwie oznaczało komplet punktów.

- Takie jedno pytanko mam do ciebie Lukas– wypalił nagle mój przeciwnik. – Czemu mnie nie zaatakowałeś, jak miałeś ku temu okazję, gdy rozmawiałem z Klemensem?

- To by było nieuczciwe. Taki haniebny atak na kogoś, kto się tego nie spodziewa, to zwyczajne tchórzostwo. Walczyć powinno się z honorem, a to oznacza, że podstępy nie wchodzą w grę.

- Nie spodziewałem się po nikim takiej odpowiedzi czy zachowania, a raczej nie wykorzystania sytuacji – podsumował wzruszając ramionami – No to wracajmy do walki!

Gdy ponownie na mnie zaszarżował, przypomniałem sobie nagle o moim pistoleciku. Nicollo mnie ostrzegał, że ten pistolecik zadaje tak małe obrażenia, że nikogo nim nie zastrzelę, ale skoro przeciwnik ma tylko dziesięć punktów życia… Trzeba sprawdzić, czy to zadziała.

Wyprostowałem rękę, w której dzierżyłem dopiero, co dobyty pistolecik i przybrawszy elegancką pozycję wystrzeliłem. Pocisk trafił Karla prosto w mostek. Nagle jakby jego sylwetka się zatrzymała. Znikła z niej cała tekstura w postaci wybuchu pikseli odsłaniając szkielet iatki trójwymiarowego modelu jego ciała. -Ekstra! – krzyknąłem podniecony eliminacją swojego pierwszego przeciwnika nie tracąc nawet jednego punktu.

-Aaaaaaaaaaaaaaaaaa… - Usłyszałem za sobą. Odwróciwszy się ujrzałem wypadającą z gry Katię i triumfującego Ottona.

- Nawet dobrze, że Karl wypadł. Więcej zabawy dla mnie - rzekł potrząsając w rękach Morgensternem. – Czy wiesz, że jakby to była walka na serio, to twój mózg rozprysłby się na kilka metrów po jednym ciosie Morgensternem w głowę?

-Dlatego miecze są lepsze. Czysta walka i technika a nie brutalna siła i prymitywizm. – powiedziałem, zrobiwszy szeroki zamach swym orężem.

I przede wszystkim lepiej można kontrolować broń. W tym pojedynku, jeśli uda mi się wyjrzeć ile ma on punktów życia będę wiedział, czy mogę go zdjąć pistoletem, nie narażając się tym samym. Tak więc zaszarżowałem na niego, chwyciwszy miecz oburącz i w biegu przygotowawszy się do szerokiego cięcia wymierzonego w jego klatkę piersiową. Ten także zaszarżował przez co skrzyżowaliśmy swój oręż pod wpływem olbrzymiego pędu. Z racji tego, że mój miecz był znacznie lżejszy od Morgensterna, prędko zostałem zmuszany do przerwania siłowania się na bron, które zapewne bym przegrał. Udało mi się jednak podczas chwili, gdy nasze bronie skrzyżowały się ze sobą zobaczyć poziom życia Ottona. Linia życia żarzyła się jedynie czterema segmentami. Czterdzieści punktów. Najwyraźniej jakimś cudem Katia zdołała odebrać mu aż sześćdziesiąt punktów życia Więc pistoletem nie dało się zakończyć walki, ale wystarczyło do tego jedno celne uderzenie miecza. Musiałby mieć on naprawdę wysoką absorbcję, by przetrwać moje uderzenie. Zamierzyłem się, by zadać ostateczne uderzenie korzystając z tego, że mój rywal upuścił koniec oręża na ziemię.

Trafiłbym go gdyby nie to, że w momencie, gdy moje ostrze już prawie go dosięgnęło, ten trafił mnie Morgensternem w kolano. Straciłem zupełnie równowagę i upadłem na plecy wypuszczając tym samym miecz z rąk Na linii życia zgasło osiem segmentów.

Niemożliwe.

Osiem segmentów za uderzenie w kolano, kiedy ja trafieniem Karla w tors byłem w stanie zadać jedynie o ćwiartkę więcej? Muszę to jak najszybciej zakończyć, inaczej wrócę do skanera. Nie wiem czy Ferenc jest jeszcze w Cortexie, a nie zamierzam mu dawać tej satysfakcji, że wypadłem pierwszy. Gdy Otton zadał kolejny cios, przeturlałem się na bok i uniknąłem pewnej dewirtualizacji. Podciąłem mu nogi i korzystając z krótkiej chwili, gdy to mój rywal znajdował się na łopatkach podniosłem swój miecz i wbiłem mu go w klatkę piersiową. Otton zdołał rzucić już tylko kilka bluzg w moim kierunku zanim się rozpadł.

I co teraz?

Jean i Nicollo gdzieś sobie hasają walcząc, reszta jest daleko stąd, a ja nie wiem gdzie dokładnie iść.
-Klemens powiesz mi którędy do centrum Cortexu?

-Nie, sam musisz znaleźć drogę. Chwilowo jestem zbyt zajęty, by ci pomóc – wymigał się olewawczym tonem.

-Ech…. – westchnąłem zażenowany. - No cóż… Komu w drogę temu czas – powiedziałem sam do siebie i ruszyłem przed siebie mając nadzieje, że idę w dobrym kierunku

Nicollo

- Kiedy przestaniesz uciekać tchórzu!? – krzyczałem raz za razem przeskakując z platformy na platformę za pomocą hiperskoku.


- Kiedy kopniesz w kalendarz! – odpowiadał mi za każdym razem Jean, posyłając w moim kierunku kilka strzał, które z łatwością parowałem mieczem.



- Nie spieszy mi się do tego. – odparłem – Ale pewien tchórz bardzo szybko się zbliża do tej chwili. Chyba wiesz kogo mam na myśli?

Skakaliśmy tak po połowie Cortexu już od kilku minut, bawiąc się w kotka i myszkę. Ja nie mam broni dystansowej i jestem zmuszony dążyć do walki w zwarciu, a na tą akurat Jean nie ma najmniejszej ochoty, gdyż wie, że taką by niechybnie przegrał. No cóż, nie pozostaje mi nic innego, jak gonienie go, tak długo aż ten zrobi jakiś błąd. Takie już są uroki braku limitów na używaniu hiperskoku. Trzeba pogadać z Zordonem, by nałożył na to jakiś limit. Nie może być tak, że ten tchórz może sobie uciekać w nieskończoność, a ja nie mogę go złapać. Jakiś balans musi być.

- Co tak bzyczysz Nicollo? – krzyknął nagle do mnie Jean.

-Ja? To chyba ty sobie bzyczysz! - odparłem uciekinierowi, odbijając przy okazji kolejne jego strzały.

- Chyba sam wiem, czego nie robię, jesteśmy tu tylko we dwójkę, więc to na pewno jesteś ty! – odbił oskarżenie z powrotem do mnie.

-Skoro ani ja, ani ty nie bzyczysz to, co wydaję ten dźwięk!? – powiedziałem sam do siebie. Jeśli rzeczywiście Jean nie miał z tym nic wspólnego to kto lub też co odpowiadało za te bzyczenie. Odbiwszy się po raz kolejny od ziemi spróbowałem się obrócić i spróbować wyjrzeć źródło dzwięku ale wtedy nagle coś mnie trafiło w nogę, zmieniając trajektorię mojego skoku i strącając na ziemię w jakimś niżu. Nie zdołałem nawet zobaczyć, co to było. Jedyne, co wiem to to, że to coś bzyczy. Wirtualny komar na sterydach? Dobra Klemens ma poryte pomysły, ale raczej strażnik nie pozwoliłby mu na wprowadzanie własnych postaci do tego świata. Zwłaszcza przerośniętych komarów. A może to była mucha? Niezbyt dobrze rozróżniam bzyczenie tych owadów. Albo biedronka? To było tak dziwne, że aż możliwe. Mniejsza o to, niezależnie, co to było ktoś się będzie musiał nieźle tłumaczyć za wspomaganie Jeana.

-Ehee… Nicollo wiesz może, co cię zaatakowało przed chwilą? – usłyszałem wszechobecny głos Klemensa.

- No bez jaj, ty też nie wiesz nic o tym bzykającym postrachu niebios?– powiedziałem zażenowany. - To, kto za to odpowiada?

- No właśnie myślałem, że to ty za to odpowiadasz panie żartownisiu - odparł oskarżycielskim tonem Klemens

- Nie mam nic wspólnego z tym czymś, co lata, bzyczy i wspomaga Jeana- odpowiedziałem, oburzony oskarżeniem. – Oskarżenie mnie nie wydaje ci się ciut bezpodstawne?

-Mówisz tak, jakby to Jean był temu winny - podsumował Klemens. – Masz na to jakieś dowody?
- Tak, dostałem w nogę w momencie, kiedy go goniłem. Nie mów mi, że to przypadek.

- To BYŁ przypadek- odparł przez zęby Klemens, po czym dodał już normalnym tonem. - Coś się do ciebie zbliża i nie jest żaden dzieciak, którego zwirtualizowaliśmy.

-Czy to mój bzykający postrach niebios?

- Nie, na pewno coś większego, ale na ekranie nie jestem w stanie odczytać jego kształtu. Tak czy inaczej radzę na siebie uważać, jeśli nie chcesz wracać do skanera.

Obejrzałem się dookoła siebie i dojrzałem to coś, przed czym ostrzegał mnie Kowalski. Był to kwadrat. A raczej sześcian na kurzej nóżce, czy czymś w ten deseń. Czyżby chatka Baby Jagi do nas zawitała? Przez chwilę nawet miałem nadzieje na to, że z tego czegoś wyjdzie pryszczata staruszka. Przynajmniej niezła beka by była. Ale nie. To coś w swojej skorupie w kształcie sześcianu miało oko z każdej strony składające się z białego okrągłego pola i jakiegoś zapewne sekciarskiegosymbolu składającego się z tych znajdujących się w sobie okręgów, jednej odnogi z góry i trzech z dołu. 

Obróciło się nagle dookoła własnej osi upewniając mnie w przekonaniu, że chatka Baby Jagi ma cztery takie oczy. Oko, które po zakończeniu obrotu wpatrywało się we mnie, o ile można to było tak nazwać, zaiskrzyło się większym okręgiem i wystrzeliło we mnie ognistymi pierścieniem. Nawet nie zamierzałem tego blokować swoim mieczem, tylko od razu odskoczyłem w bok, unikając ostrzału.

- Nie zabijaj tego czegoś Nicollo. Chce to trochę poskanować - poinstruował mnie Klemens trochę nie zdając sobie sprawy, że mogę przegrać z chatką Baby Jagi. – Może czegoś pożytecznego się dowiem.

-Albo ja, albo to coś –westchnąłem pod nosem i zignorowawszy polecenie Klemensa rzuciłem się na potwora. Pierwsze ciecie mojego półtorarocznego miecza odbiło się od skorupy stwora, więc kolejny cios wymierzyłem prosto w białko jego oka.

-Kij ci w oko! - krzyknąłem do chatki Baby Jagi i zagłębiłem w nim ostrze swego miecza, aż po rękojeść. – I co teraz zrobisz? Nic nie zrobisz! – zaśmiałem się.

Potwór wybuchał odrzucając mnie kilka metrów do tyłu na plecy.

-Ty kretynie! Chciałem zdobyć jakieś informacje o tym stworze! – zbeształ mnie wściekły Klemens.

-Ten stwór wybucha, gdy się mu wsadzi ostrze w oko. Taka informacja ci wystarczy? – odparłem z przekąsem.

-Niech cię szlag trafi kretynie! Zresztą nawet jak załatwiłeś tego potwora to mogę zeskanować inne, które właśnie cię otaczają.

-Cholera…

Jak na zawołanie za mną pojawiły się trzy potwory, identyczne jak ten, którego przed chwilą załatwiłem. Błyskawicznie zaczęły strzelać, ale tym razem zamiast ognistych pierścieni ku mnie leciały zwykłe wiązki lasera. Wszystkie odbiłem swoim mieczem i przeszedłem do kontrataku. Z pochwy na ramieniu wyciągnąłem sztylet pomocniczy i cisnąłem nim w monstra. Chybiłem. Ale nie o to tu chodziło. Potwory, zająwszy się zestrzeleniem sztyletu, przez chwilę dały mi spokój, więc podbiegłem do nich i przeszyłem mieczem pierwszego wroga po lewej. Tym razem natychmiastowo wyjąłem broń z wroga, więc gdy ten wybuchł nic mi się nie stało. Gdy tylko sylwetka potwora zniknęła dałem susa do przodu i przeszyłem kolejnego wroga. Tak samo pokonałem ostatni sześcian na łapkach.

- I tak kończą ci, co ze mną zadzierają – krzyknąłem, pokazując środkowy palec miejscu gdzie jeszcze przed chwilą stały potwory. Jak na ironię losu właśnie w tym momencie w moją rękę trafił błękitny promień, który mi ją zamroził aż po obojczyk.

-Klemens, czemu mnie nie ostrzegłeś, że jest ich więcej?!

-Zagapiłem się – próbował się tłumaczyć. - To się każdemu może zdarzyć.

- Mniejsza o to jak długo będę miał zamrożoną rękę? Dodam, że układ zamrożonych palców średnio mi odpowiada…

-Należało ci się. Zamrożenie z tego, co widzę trwa trzy minuty– odparł próbując powstrzymać śmiech – Uciekaj! Na ekranie widzę coraz więcej potworów! Wszystkie zdążają do centrum Cortexu. Do kuli.

- Trzy minuty? Trudno. Dam sobie radę jedną ręką…- powiedziałem wyszczerzywszy się do potwora. Kolejny lodowy promień, jaki on jednak wystrzelił, odbierając mi władzę nad druga ręką skutecznie jednak zmniejszył mój zapał bojowy.

-Uciekaj kretynie! – ponaglił mnie Klemens.

- Już się robi Duce[1]!– odparłem i pognałem jak najdalej od przeciwnika, mając wciąż zamrożone ręce. Mam nadzieje, że nikt mnie nie zauważy w takim stanie. Gnałem tak przez kilka minut aż uznałem, że jestem bezpieczny. Wówczas oparłem się o jedną ze ścian tego świata, by przemyśleć dalsze postępowanie.

-Klemens czy są w okolicy mnie jakieś potwory? Jak odpowiesz, że są to sam się dźgnę, bo mam już dość wrażeń na dzisiaj

- Potwory? Nie – odparł rozbawiony.

- Co cię tak bawi Nerdzie?

-Potworów nie ma, ale jestem ja – Usłyszałem nad sobą. Spojrzałem w górę i zobaczyłem, że na wyższym poziomie stoi Jean, z wymierzona we mnie strzelbą. – Już  mi nie uciekniesz!

-Powiedział ktoś kto potrafi tylko uciekać a potem kopać bezbronnego!- krzyknąłem oburzony zachowaniem swojego kumpla.

- Barrage! – wykrzyknął do mnie Francuz w odpowiedzi aktywując tym samym swoją specjalną umiejętność.

Jedynym, co zobaczyłem był świetlisty deszcz setek pocisków, a potem było już tylko wnętrze skanera.




1. Duce- po włosku wódz. Tytuł Musolliniego.


***
Na rozdział 5 przed świętami nie ma co liczyć. Po prostu nie mam czasu na pisanie. 

3 komentarze:

  1. Przez przypadek usunąłem ten komentarz podczas edycji bloga wiec uznałem za stosowne go przywrócić

    ***

    Tessa R.2 dni temu - Udostępniony publicznie

    Powinnam się teraz uczyć, ale... Nienawidzę matmy! Więc przeglądam internety i widzę, że jest tu nowy rozdział :D
    Prawie od tygodnia, mam zapłon. Za bardzo nie wiem, co napisać, bo wszystko jest super. Dobre opisy, wszystko wyjaśnione. Język jest współczesny.
    Nie ma wielkich słów, więc przyjemnie się czyta. Tylko... Gdzie się podział ten cudowny fioletowy szablon?
    ? O, przydałaby się zakładka bohaterowie, bo chociaż próbuję nie potrafię spamiętać wszystkich postaci,
    jaką bronią walczą, jakie mają moce, itp. Taka propozycja :)
    Wiem coś o tym braku czasu. Weny życzę i czekam na następny poprawiony... Może odświeżę sobie pierwotną wersję...

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Zakładka niebawem powstanie, szablon tez niedługo wróci a właściwie w momencie pisania tego koma już jest.

      Usuń
  2. Okej, powiem Ci, że teraz jestem nawet w pełni zadowolony tym rozdziałem i nadal czuję niedosyt, bo się skończyło na takim momencie.
    No, teraz Nicollo i reszta była taka jak sobie wyobrażałem zarówno w poprzednim rozdziale jak i w tym. W poprzedniej wersji tego rozdziału mi tego brakowało. A jego dziewczyna, to bym powiedział, że to jakaś histeryczka - rozpaczać nad złamanym paznokciem, jakby to była zdrada jej chłopaka? Trochę przy tym przesadziłeś.
    A poza tym walki całkiem dobrze wyszły. Tylko przydałoby się jeszcze gdybyś dodał, co to jest zarówno oskard jak i Morgenstern, bo przy tym drugim ciężko mi było wyobrazić sobie jego rozmiary i wygląd. A poza tym raz jest to tak opisane jakby to była broń palna, a potem, że to chyba jest miecz. Reakcja Lukasa się w takim razie nie zgadza, skoro on też ma miecz.
    Lukas jak dla mnie jest ciut ograniczony i strasznie zasadniczy.
    Co do pościgu Nicolla za Jeanem, to nie mam co komentować, bo wszystko dobrze wyszło. I to i walka z potworami Xany. Ale nadal uważam, że musisz jeszcze poprawić to, że Nicollo ściga Jeana, nie Nigela, bo "rozmowa" między skokami, to jest jakby ucięta, bo Nicollo dwa razy mu odpowiada, a poza tym nadal jest odbijanie strzał, a później oskarżanie "postrachu niebios" o wspomaganie Nigela, zamiast Jeana.
    Jak już wcześniej mówiłem, nadal czuję niedosyt, i chętnie przeczytam kolejny rozdział.

    OdpowiedzUsuń