Rozdział 5
„Xana ujawnia swoją obecność”
Ferenc
Sobota
Ciekaw jestem czy Nicollo mówiąc, że reszta drużyny ma atakować od frontu miał pojęcie, że ową „resztę” drużyny stanowią zaledwie dwie osoby. Teraz, gdy podglądam zza ściany labiryntu sytuację na moście nie mam wątpliwości, co do nietrafności decyzji Nicolla. Na moście stało sobie trzech członków przeciwnej drużyny i gawędziło w najlepsze, sprawiając, że atak z zaskoczenia mógłby być niezwykle skuteczny, gdyby nie fakt, że ani ja ani mój towarzysz nie posiadamy broni dystansowej, a po przebiegnięciu kilkunastu metrów, jakie nas dzieliły z efektu zaskoczenia nic by nie zostało.
- To na nic… To się później przyda… To byłoby dobre w obronie – mamrotał pod nosem mój towarzysz przeglądając zawartość torby, jaką miał zamiast broni.
Z początku byłem zdziwiony, czemu dostał on torbę, kiedy wszyscy inni dostali porządną broń, ale patrząc na to, co on w niej skrywa zaczynam powoli przekonywać się, co do tego, że zawartość torby może być równie skuteczna w walce jak inne bronie. Konrad, bo tak miał imię, mój jedyny obecny towarzysz, co jakiś czas tłumaczył mi, do czego służą niektóre przedmioty z torby. Dowiedziałem się od niego, że mamy do dyspozycji różnorakie miny, które robią się niewidzialne po aktywacji i mają różnorodne rozwiązania od pokrycia nogi przeciwnika kryształem, co go unieruchamiania, po standardowy wybuch, potrafiący zadać ogromne obrażenia. Innymi zabawkami z torby Konrada było niewielkie działko, które można było zamontować na każdej, nawet pionowej powierzchni, czy granaty, które zostały oznaczone, jako błyskowe, odłamkowe i paraliżujące, które przylepiały się do ciała ofiary.
- Wiesz, co Ferenc… - odezwał się Konrad, ważąc w ręce granat. - Myślę, że te cudeńka mogą pozwolić nam wygrać. Jeśli tylko rzucimy granat błyskowy między tych gawędziarzy, ci nie zauważą nas na wystarczająco długo, byśmy mogli wyrzucić z gry jednego bądź dwóch.
Pomysł był dobry. Nawet bardzo. Wśród osób pilnujących mostu nie było żadnego członka paczki, do której należał Nicollo, więc wszyscy byli nowicjuszami. Nie mogli być przygotowani na atak zawartości torby Konrada.
-W takim razie bierzemy granat, ciskamy nim w nich i ruszamy ich rozwalić?- Zapytałem wyobrażając sobie szybką akcję
.
-Nie – odparł Konrad. – Po pierwsze niczym nie będziemy rzucać, tylko po ziemi będziemy nimi szurać, by łatwiej dosięgły celu. Po drugie użyjemy więcej niż jednego rodzaju granatu, by polepszyć efekt. Po trzecie ja tu zostaję i robię za wsparcie, a ruszasz tylko ty. Trybisz bazę?
-Coś tam trybie. - Powiedziałem nic nie ogarnąwszy z tego wykładziku.
- Spójrz mi w oczy i powiedz, że zrozumiałeś – powiedział Konrad, chwyciwszy mnie łagodnie za bark.
-Zrozumiałem. – Powiedziałem, patrząc mu w jego czerwone oczy możliwie jak najkrócej.
Wyglądały one na tyle nienaturalnie, że czułem wstręt koncentrując na nich wzrok. Czerwień jego tęczówek nie była efektem noszenia soczewek jak można byłoby pomyśleć z początku, ale jednym z wielu unikalnych elementów wyglądu Konrada, który był albinosem. Wiele osób zapewne będąc albinosami chciałoby się w wtopić w tłum, poprzez farbowanie włosów czy noszenie soczewek, ale nie Konrad. On poszedł w zupełnie innym kierunku. Uznał, że skoro i tak straszy wyglądem to mu się nic nie stanie, jeśli postraszy nieco mocniej. Postawił sobie włosy na żel pionowo do góry, przez co pomimo tego, że nie są one zbyt długie wyglądał niemalże przerażająco.
-Dobra, jak powiem żebyś ruszał, to biegnij przed siebie i zamknij oczy. Nie mam pojęcia, jaki dokładnie będzie efekt tych granatów, więc nie ryzykuj utraty wzroku, bo nic nie wyjdzie z naszego planu. Tak długo, jak nie będą wiedzieć, co się dzieje, nie przejmuj się w ogóle obroną, tylko tnij i siekaj ich jak tylko …
-Skończyłeś wykład?- Przerwałem mu.
-A tak tak, sorki za to całe rozgadanie. Zazwyczaj jak gram w nogę to, jako kapitan szczegółowo tłumacze całą strategię drużynie i przez to przyzwyczaiłem się do dawania rozkazów każdemu, z kim mi przychodzi…
-Przystopuj trochę, bo znowu zaczynasz. - Powiedziałem rozbawiony sytuacją.
-Racja, racja- odparł biorąc do ręki granaty. – Rysunek żarówki na granacie zapewne znaczy błyskowy, a więc… Ruszaj! – Krzyknął wychylając się zza ściany i ciskając po ziemi granat w stronę rywali.
Zamknąłem oczy i zacząłem biec w ich stronę. Po chwili usłyszałem wrzask, świadczący o wybuchu granatu oślepiającego. Gdy znów je otworzyłem ujrzałem swoich rywali zataczających się i trącających się wzajemnie. Korzystając z sytuacji z miejsca ciąłem najbliższego z nich w korpus. Ku mojemu zdziwieniu musiałem go trafić w korpus aż trzy razy, by go odesłać do skanera. Drugiego przeciwnika, a właściwie przeciwniczkę, trafiłem w głowę załatwiając ją tym razem za pierwszym ciosem. Ostatniego rywala nie zdążyłem zaatakować, gdyż ten rzucił się mnie wpół na oślep i wytracił mi tym samym miecz z ręki. Po kilku sekundach szamotaniny z wciąż niewiele widzącym przeciwnikiem udało mi się wyswobodzić i uderzyć go tarczą. Potem jednak sprawy przybrały nieciekawy obrót. Mój przeciwnik odzyskał wzrok i sięgnął po swój oręż leżący koło niego, jakim była mierząca jakieś dwa metry kosa.
-Oślepiać ci się mnie zachciało, co? – Warknął, po czym machnął kosą krzycząc przy tym. – Chodź tu gnoju!
Uniknąłem z trudem pierwszego cięcia, padając na ziemię, przy drugim przeturlałem się w bok. Momentalnie z osoby rozdającej karty w tej potyczce stałem się kimś zdanym na łaskę bądź raczej niełaskę przeciwnika. Kolejny cios rywala przyszedł niespodziewanie. Przygwoździł mi on rękę do ziemi swoją stopą i zamachnął się celując w mój tors. Jednakże, gdy kosa zaczęła opadać, przez jego ciało przeszło kilka niewielkich fioletowych błysków, a on sam znieruchomiał wypuszczając tym samym kose z rąk. Niewiele myśląc od razu mu wbiłem miecz w głowę, by jak najszybciej go zdewirtualizować.
- Zajebiste te granaciki, co nie? – Usłyszałem Konrada.
-Nawet nie wiesz, jak ci zazdroszczę tych cudeniek- odparłem.
-Wiem i dlatego jestem zadowolony ze swojej broni, chociaż na początku, jak zobaczyłem torbę zamiast miecza czy włóczni, to byłem niezłe rozczarowany.
-Sam bym był, ale mam chyba najprostszy i najpraktyczniejszy zestaw – powiedziałem, gładząc ręką ostrze miecza. – Nawet czymś takim jednak trzeba się umieć posługiwać nie mówiąc o twoim uzbrojeniu.
-Jakoś sobie poradzę. – Odparł, chowając do torby trzymany dotychczas w ręku granat.- Wychodząc z założenia, że im lepsza bron tym trudniej się nią posługiwać to mogę mieć tu najlepszy sprzęt.
-Miecz i tak najlepszy. – Odparłem prześmiewczym tonem.
-Jak ci granacik rąbnie pod nogami to zdanie zmienisz. - Odparł wesoło, po czym nagle spoważniał i dodał po cichu, nie zmieniając jednocześnie wyrazu twarzy, przez co bekowo wyglądał. - Za tobą.
Wyciągnąłem przed siebie ostrze i uważnie mu się przyjrzałem. Z daleka ktoś zapewne by wywnioskował, że przyglądam się broni, ale tak naprawdę próbowałem zlokalizować przeciwnika po odbiciu w ostrzu.
-Przestań się gapić w ten miecz. I tak nic w nim nie zobaczysz.
-To jak mam go zlokalizować.
-Kryje się on za ścianą, na twojej siódmej – powiedział zażenowany. - Wystarczyło mnie zapytać, zamiast robić cyrk.
-Zacznijmy od tego, że nie mam pojęcia, o co chodzi z tą twoją siódmą…
-Ech...- Westchnął z lekka znudzony Konrad, po czym mi to wytłumaczył.
Chodziło o to bym sobie wyobraził, że stoję pośrodku tarczy zegara, zwrócony ku jego górze, czyli dwunastce. W tym układzie dziewiątka oznaczała lewą stroną, trójka prawą, szóstka tył, a pozostałe cyfry odpowiadały za pośrednie kierunki.
-Już ogarniam, w takim razie, co robimy? – Powiedziałem, zajarzywszy, o co chodzi.
-Wnoszę o kolejne użycie granatu błyskowego.
-Popieram wniosek, liczę do trzech i zaczynamy akcje.
-Dobra, To na trzy rzucam i obydwaj lecimy go dobijać.
-Nie musisz powtarzać. – Odparłem mentalnie już gotowy na szybką akcję. To zadziwiające jak szybko udało mi się stworzyć z Konradem zgrany duet.
-O, czym tak myślisz? Nie miałeś czasem liczyć? - Wytrącił mnie z rozmyślań Konrad.
-A tak. – Bąknąłem i zacząłem liczyć. – Raz… Dwa….
-Trzy!- Wykrzyknął Konrad, cisnąwszy granatem za mnie, po czym pobiegliśmy zadźgać rywala.
Nicollo
Nie musiałem się znać na komputerach, by wiedzieć, że coś jest nie tak. Czerwone okienka z rozmaitymi alarmami, które wyskakiwały niemalże bez przerwy na ekranie komputera, wyglądały, jakby Klemens zupełnie stracił nad nim kontrolę.
-To niemożliwe!- Wykrzyknął nagle waląc pięściami w klawiaturę z taką siłą, że przycisk Enter z niej wyleciał i upadł mi między nogami. Spocony, zdyszany i wściekły Kowalski zupełnie przestał panować nad sytuacją. Już kilka minut temu zaczęły się problemy z komunikacją między nim, a osobami w Cortexie, co rzecz jasna ukrył pod płaszczykiem arogancji, a teraz stracił ten kontakt całkowicie. - To się nie może dziać naprawdę. - Zdyszany odgarnął z czoła pęk przepoconych włosów.
Już dawno nie widziałem go w takim stanie, chociaż to głownie, dlatego, że Klemens od pół roku nie był na rządnej lekcji wychowania fizycznego, przez co nieźle sflaczał… i spasł się jak świnia.
-Może pomogę jakoś? –Zaproponowałem sztucznie miłym głosem podnosząc „Entera” i podając go Klemensowi.
-Tylko byś coś zepsuł. - Odwarknął w odpowiedzi, jakby to wcale nie on przed chwilą zepsuł klawiaturę, po czym wpakował głowę w tenże sprzęt. - Nie wiem, kto prędzej mnie za to zabije. Strażnik czy Franz.
-Wyluzuj chłopie i puść sobie Bluesa czy co tam asfalt słucha, by się wyluzować. - Próbowałem pocieszyć kolegę, położywszy mu rękę na bark. - Przecież Strażnik to tylko program, a Franz to tylko uczeń.
-Uczeń, który był zamieszany w kilka zgonów w szkole jeszcze w pierwszej klasie, a nikt nie wie, co się wtedy dokładnie wydarzyło. - Powiedział niemal załamany.– Jestem zgubiony
Ferenc
Wraz z Konradem zupełnie
zaskoczyliśmy przybłędę, którą wzięliśmy za kogoś z innej drużyny, a która
okazała się Lukasem. Oślepiliśmy go i pozbawiliśmy pewnie z połowy punktów życia
swoją bronią, ale poza tym nic się nie stało. Trochę to zabawnie wyglądało jak
oślepiony Lukas wymachiwał dookoła mieczem nic nie widząc i nie wiedząc, że
osoby, które go oślepiły są w tej samej drużynie.
-Dorwę was! Dorwę was!- Wykrzykiwał.
Niemal nie wybuchłem ze śmiechu,
co jednak zrobił Konrad, śmiejąc się głośno acz mile dla ucha.
-Co jest?- Powiedział wyraźnie
zbitym z tropu tonem w stronę, z której słyszał śmiech. – Kto tu jest!?
-Ja i pan wampir, czyli albinos. –
Odparłem. – Sorki za oślepienie, ale wzięliśmy cię za wroga.
-Na stałe jestem ślepy?- Zapytał
chwytając się mojego barku.
-Konrad?- Zagadałem nie potrafiąc
samemu udzielić odpowiedzi przyjacielowi.
-A, bo ja wiem?- Wzruszył
ramionami.- Jak dotąd nie miałem okazji tego sprawdzić, przecież jesteśmy tu po
raz pierwszy.
-Ech… Miejmy nadzieje, że szybko
odzyskam wzrok. - Powiedział nieco przygnębiony tą wiadomością Lukas. – Nawet
nie zamierzam brać pod uwagę opcji, że go już nigdy nie odzyskam.
- Skoro twoje oczy są niesprawne z naszej winy
to my będziemy twoimi oczami.– Pocieszyłem kolegę, chwytając go pod ramię, co
też zresztą uczynił Konrad. – Poprowadzimy cię na most, a tam spokojnie
zaczekasz.
-Dzięki. - Odparł z ulgą. - A już
sądziłem, że mnie zostawicie, bądź odeślecie na Ziemię - po czym dodał nagle
stanąwszy i otworzywszy usta w geście przerażenia dodał. Zaraz, zaraz… ślepy
jestem tylko w tym świecie, czy na Ziemi również?
Zarówno ja i Konrad popatrzyliśmy
na siebie przerażonym wzrokiem. Czy możliwe by było, że pozbawiliśmy dzisiaj
wzroku cztery osoby wliczając w to Lukasa. Po chwili przypomniałem sobie
jednak, że ten gostek z kosą pod koniec walki odzyskał już wzrok i
uświadomiwszy Konrada o nieszkodliwości jego broni powiedziałem to samo
Lukasowi.
Ten rozpromienił się nieco, gdyż oznaczało
to, że lada chwila efekt granatu przeminie i wzrok zacznie mu wracać. Pomimo
świadomości, że Lukas będzie za chwile zupełnie samodzielny i tak go
odwlekliśmy do mostu, po czym go zabezpieczyliśmy. Most posiadał niewielkie,
półmetrowe oblankowanie balustrady, wyglądające jakby na krawędzi ktoś ułożył
murek z prostych klocków. Za tymi właśnie blankami usadowiliśmy się mając dobre
pozycje do ostrzału, przy czym, żeby móc razić kogoś na dystans wziąłem
pistolet Lukasa, którego ten i tak nie mógł na razie użyć. Nasz pozycja była
bardzo dobra. Skryci za blankami byliśmy niemal niewidoczni dla kogoś, kto
wyszedłby na wewnętrzną grań, a gdyby ktoś taki spróbował się do nas zbliżyć to
zostałby wyeliminowane przez liczne miny, jakie rozmieściliśmy dookoła swojej
pozycji, opróżniając przy tym niemalże torbę Konrada.
Atak jednak nie nadszedł.
Czekaliśmy na niego kilkanaście minut, ale nic się nie wydarzyło, no może poza
tym, że Lukas odzyskał wzrok.
-Wreszcie. - Westchnął, gdy to się
stało.
-Próba mikrofonu raz… próba
mikrofonu dwa… słyszy mnie na tam ktoś?- Usłyszeliśmy głos Nicolla.
-Nicollo? Co ty robisz przed
komputerem!? – Wykrzyknął Konrad. – Gdzie Klemens?
-Odlać się poszedł i poprosiłbym
was popilnował. Jakby, co dzisiejsze zawody zostały odwołane, bo za dużo spraw
związanych z organizacją się porypało. - Odparł – Zaraz postaram się was ściągnąć
powrotem do bunkra.
-A, co takiego poszło niby nie
tak, że zawody odwołane? – Zapytał się go Lukas.
Jak na zawołanie, w tym momencie
wrota serca Cortexu, znajdujące się na jednym z końców mostu, otworzyły się
nagle i wypluły z siebie strumień błękitnego światła, które jakby mu się
dokładniej przyjrzeć było zlepkiem wielu lecących holograficznych tablic z danymi.
Ten strumień poleciał gdzieś wgłąb korytarzy Cortexu, a na powierzchni, nad
którą przelatywał zaczęły wyrastać jakby kable, przypominające korzenie, choć równie
dobrze mogło być na odwrót.
-Wiesz, co Lukas… chyba właśnie to
poszło nie tak… - odparł beztrosko Nicollo.
-Co się dzieje?! - Wykrzyknąłem padłszy
na ziemię.
-Mnie się pytasz? Ja tu tylko
fotel grzeję. – Odpowiedział jak gdyby nigdy nic. - Jak chcecie ogarnąć, co tu
się dzieje to idźcie za tym strumieniem danych, bo z tego, co widzę na mapie,
to coś się tworzy na jego końcu.
- Konrad, Lukas idziemy? – Zapytałem
się ich, a ci jednocześnie kiwnęli głową na znak zgody.
-Ferenc padnij! – Krzyknął do mnie
nagle Lukas i, nim się zorientowałem, ten powalił mnie na ziemię.
Gdy padłem usłyszałem w uszach
głośne bzyczenie i nad nami przeleciało stado owado-podobnych stworków, opryskując
sporą cześć mostu zieloną mazią, będącą zapewne kwasem. Dzięki temu, że Kleinritter
powalił mnie na ziemię, udało mi się uniknąć styczności z ta mazią, co niestety
nie udało się Lukasowi, który oberwał w nogę. Wskutek tego linia życia na
przedramieniu Lukasa zaczęła się sukcesywnie kurczyć. Jeszcze mniej szczęścia
miał jednak Konrad. Nie posiadając żadnego oręża, który mógłby coś wskórać
przeciwko latającemu przeciwnikowi, próbował on użyć swoich granatów, co jednak
nie dało skutków. Na domiar złego jeden z tych owadów uderzył w niego ciałem i
strącił do kałuży kwasu, z której Konrad, co prawda szybko wyskoczył, ale jego
linia życia zmalała do jednej czwartej.
- Zalecam strategiczny odwrót na
upatrzone wcześniej pozycje. – Pouczył nas Nicollo.
O żadnym odwrocie nie było mowy. Bzykacze
nawróciły i wznowiły ostrzał zmuszając nas do coraz bardziej desperackich
uników. Lukas, co prawda strzelał do nich ze swojego pistoleciku, ale nie
trafił żadnego potwora z ich pięcioosobowej grupy. One natomiast strzelały
znacznie celniej. Osobiście dostałem kilka razy tracąc sześćdziesiąt punktów
życia. Konrad i Lukas dostali za to po razie.
Sytuacja wyglądała fatalnie, ale
gdy wydawało się, że wszyscy zaraz wrócimy do skanerów coś, a raczej ktoś
zniszczył w tym samym momencie dwa bzykacze. Odruchowo spojrzałem w stronę, z
której nadleciały pociski i ujrzałem biegnącego ku nam Jeana, który wypuszczał
ze swoich strzelb niewiarygodne ilości pocisków. Potwory ponownie zniżyły lot i
zapikowały na nas lejąc przed sobą kwas. Jean w odpowiedzi przyklęknął na jedno
kolano i wykrzyknąwszy głośną komendę „Padnij!”, Posłał w naszym kierunku salwę
kilkudziesięciu pocisków. Ja i Lukas zdążyliśmy paść na ziemię, ale Konrad nie
spodziewając się zapewne takiego obrotu spraw nie zdążył tego zrobić i został
zdewirtualizowany wraz z potworami.
-A mógł zejść z linii ognia… - Jean
wzruszył ramionami.
-O mały włos. – Westchnął Lukas podniósłszy
się z podłogi. - Nicollo?! Dasz radę ściągnąć nas na Ziemię?
-Może tak, może nie. Muszę
przyznać, że nie ogarniam jak ten złom działa, więc raczej ta druga opcja.
-Serio, nie masz pojęcia jak
obsługiwać ten komputer? Klemens nie dał ci żadnych wskazówek?- Zapytałem
rozeźlony.
-Wspominałem już, że wyszedł z
bunkra za bardzo nagłą potrzebą? – Odparł Nicollo z naciskiem na słowo
„bardzo”.
-Coś czuję, że nie możemy na tobie
teraz polegać w najmniejszym stopniu. Co nie? – Zapytał się go Jean.
-Nie, nie możecie. – Odpowiedział.
– Chyba, że jakimś cudem opanuję tę maszynę.
Usłyszawszy te słowa Jean zwrócił
się do nas:
- Wybierajcie. Albo idziecie ze
mną i próbujecie odkryć, co się tu działo albo wracacie. Jak wybierzecie drugą
opcję to jeden mój strzał odeśle was do skanera.
-Oczywiście, że z tobą idę. – Odparłem,
a po chwili niemalże identycznie odpowiedział mu Lukas.
-To w drogę, panowie! – Krzyknął
do nas, po czym pobiegł wzdłuż strumienia danych, a my tuż za nim.
Po drodze, co jakiś czas atakowały
nas różnorakie samotne potwory - od niewielkich bulw na szczypcach po
olbrzymiego chodzącego kraba. Dzięki przewadze liczebnej oraz sile ognia
strzelb Jeana udało się nam je jednak bezproblemowo pokonać. Dopiero, gdy
wybiegliśmy na dużą otwartą przestrzeń na środku, w której strumień danych przekształcał
się w coś w rodzaju trąby powietrznej, oplatanej od dołu korzeniami,
spotkaliśmy bardziej wymagającego przeciwnika.
Był nim wysoki chłopak o
nienaturalnie bladej cerze, odziany w czarny kombinezon z zielonymi elementami
i nabijanymi kolcami butami jak i naramiennikami. Na piersi nosił on ten sam
symbol, który posiadały wszystkie napotkane dotąd potwory. Składał się on z
kropki otoczonej trzema okręgami, przy czym z zewnętrznego okręgu odchodziły
cztery kreski, jedna o góry i trzy u dołu. Ten sam symbol widniał rozwieź na
jego czole tyle, że tam wyglądał jakby został wypalony. Całości dopełniały czarne
włosy opadające do ramion i oczy, w których zamiast tęczówek widniał ten sam symbol,
a reszta oka była krystalicznie czarna.
Klęczał on na kolanach przed wieżą
podpierając się przy tym na olbrzymim mieczu wielkim niemalże jak on sam. Przy
jego orężu nasze miecze wyglądały jak wykałaczki. Miecz ten był przy tym równie
demoniczny jak jego właściciel. Jego rękojeść oplatały korzenie, które w
niektórych miejscach wiły się dalej po ostrzu.
-Nikt nie ma prawa tu przebywać. –
Powiedział metalicznym tonem nie odwracając się.- Zostaniecie zlikwidowani.
-A mogę wiedzieć, chociaż, z kim
mam przyjemność? –Zapytał się go Jean. – Chociażby mógłbyś podać nam swoje
imię.
-Ja nie mam imienia. - Odparł
położywszy miecz na swoim barku. – Jestem jedynie tym, który wykonuje
polecenia.
-Czy ty jesteś… człowiekiem?- Zapytał
się go Lukas drżącym głosem.
-Nie wiem. - Usłyszał w odpowiedzi
od przeciwnika. - Jestem jedynie tym, który spełnia wolę swego pana.
-Jesteś naszym wrogiem? – Dodałem
po chwili.
-Jestem jedynie tym, który
egzekwuje rozkazy. – Odpowiedział.
-Czyje? - Krzyknął Lukas.
-Informacja niedostępna. - Odparł
mu nasz przeciwnik, po czym przybrał formę dymu i, nim zdążyliśmy zareagować,
pojawił się za plecami Lukasa i przebił go na wylot swym mieczem, wbijając go
aż po rękojeść.
-Lukas?! - Krzyknąłem po czym jak najszybciej rzuciłem się na niego,
chcąc pomścić przyjaciela, ale ten był szybszy. Ponownie przybrawszy formę dymu
przemknął pomiędzy moimi nogami, by zaatakować Jeana, którego zdewirtualizował jednym szybkim cięciem nie zatrzymując przy tym ostrza w ciele,
nim zdołałem się odwrócić. Gdy wreszcie to zrobiłem ujrzałem lecący ku mnie
miecz wroga, który wbił się w mój brzuch. Bezimienny podszedł do mnie i z
sadystycznym uśmiechem na twarzy przekręcił znajdujący się we mnie miecz
powodując moją dewirtualizację. Na koniec jeszcze dodał:
- Ten świat należy teraz do mojego
pana!- Wykrzyknął na koniec.
Po chwili wypadłem ze skanera do niemal już
pustej sali, gdyż był w niej tylko Nicollo i Jean.
-Gdzie reszta? – Zapytałem
momentalnie.
-Lukas czeka na ciebie na polanie
koło wejścia do bunkra, a reszta wróciła do internatu, gdy tylko została
zdewirtualizowana. - Odparł mi Jean. - Poza tym radziłbym ci jak najszybciej
się zbierać, bo my mamy tu jeszcze trochę spraw do załatwienia na osobności. – Dodał
wskazując kciukiem na Nicolla.
-Dobra już się wynoszę. – Odpowiedziałem
czując, że coś się święci, po czym skierowałem się ku wyjściu. To, co się
działo dzisiaj w Cortexie musiało być czymś więcej niż tylko błędem przy
organizacji potyczki.
Lukas czekał na mnie koło włazu do
bunkra. Gdy tylko wyszedłem zagadał:
- Co się działo po tym jak zginąłem
w Cyfro-Świecie? Odkryłeś coś nowego?
-Cyfro Świat? Ten świat ma już nazwę, o ile się nie mylę – zaśmiałem
się. – Cortex zdecydowanie lepiej brzmi od Cyfro Świata.
-Jak wolisz Ferenc. - Odparł. - To jak? Opowiesz mi, co się
tam działo?
-Oczywiście. – Odpowiedziałem, po czym opowiedziałem mu
wszystko podczas drogi powrotnej do internatu.
Nicollo
Dzisiejsza wpadka w Cortexie uświadomiła nam, że musimy bardziej współpracować ze strażnikiem, a nie zlewać go jak tylko możemy. Zapewne gdybyśmy uzgodnili z nim dzisiejsze zawody, to ten pomógłby nam je jakoś zabezpieczyć przed podobnymi incydentami. Albo zakazać, w końcu to jego świat. Nawet nie wiemy, kto odpowiada za przysłanie do Cortexu potworów oraz ich wampirkowatego czempiona. Ale strażnik może to wiedzieć. Chcąc nie chcąc musimy skorzystać z jego wiedzy i umiejętności, by opanować sytuacje w tym świecie. Gdy tylko wszyscy poza mną i Jeanem wyszli zadzwoniłem po resztę chłopaków i powiadomiłem im o dzisiejszym zajściu. Wcześniej się umówiliśmy, że ze strażnikiem będziemy się kontaktować jedynie w pełnym składzie, chyba, że ktoś naprawdę nie będzie mógł przyjść tak jak dzisiaj Franz, który odsiadywał karę w kozie za wbicie młodszej klasie na lekcje wychowania fizycznego i zorganizowania mini-meczu w zbijaka za pomocą piłek lekarskich. Na szczęście jedynie on nie mógł przyjść, gdyż Nigel i Mark szybko potwierdzili mi swoja obecność tego wieczoru w bunkrze.
-Za ile będą? – Zapytał się mnie Jean, gdy skończyłem z nimi gadać przez telefon.
-Pewnie za jakieś dziesięć minut. To zależy czy coś ich nie zatrzyma. Jeśli nie będzie ich tu za dwadzieścia minut to złamiemy nasza regule i skontaktujemy się z strażnikiem bez nich. –Odpowiedziałem.
-To zostaje jeszcze sprawa Klemensa… - powiedział Jean, spojrzawszy ukosem na naszą kanapę w kwiatki, gdzie upchałem nieprzytomnego kolegę
-Jak myślisz? Szybko zapomni o tym, co zaszło? – Zapytałem się Jeana, otwierając kanapę.
-O ile nie będzie guza, to pewnie tak. – Odpowiedział Jean. – Na serio musiałeś go ogłuszać?
-Sam się o to prosił. – Wyjaśniłem, otworzywszy kanapę, dzięki czemu Jean mógł zobaczyć ogłuszonego Klemensa, którego wepchnąłem do schowka pod kanapą. – To jak? Cucimy?
-A jakże. - Odparłem i wziąwszy do ręki butelkę wody, wylałem jej zawartość na Klemensa, uważając przy tym, by nie zamoczyć kanapy. Na twarzy mojej i Jeana momentalnie zagościł uśmiech, gdy ocucony w ten sposób Klemens wygramolił się ze schowka pod kanapą, klnąc przy tym siarczyście.
-Zabije cię Nicollo…. Obiecuje… - mamrotał.
-Zawsze tak mówisz każdemu, gdy cos ci się stanie - odparłem wesoło i podałem mu rękę. Ten jednak, gdy tylko wstał to sieknął mnie z główki w pierś tak, że tym razem to ja musiałem się gramolić z podłogi.
-Teraz jesteśmy kwita. - Podsumował.
-Skoro tak uważasz. - Zgodziłem się. I tak mnie to prawie nie zabolało, a unormowanie chwilowo stosunków z Klemensem było kluczowe. Co zresztą po chwili ten udowodnił poprzez doprowadzenie do względnej funkcjonalności superkomputera, którego ja niezbyt potrafiłem obsługiwać. Dzięki temu, gdy tylko zjawili się w bunkrze Nigel i Mark, kontakt ze strażnikiem mógł zostać nawiązany.
Klemens wstukał kody jakichś znanych tylko sobie procedur, a na ekranie wyświetliło się okienko rozmowy, w którym mogliśmy ujrzeć maskę strażnika.
-Dobry wieczór strażniku. – Zaczął Nigel.
-Witam, czyżbyście mieli mi coś do powiedzenia, młodzi panowie?- Odparł mu Strażnik, zapewne już wiedzący o całym zajściu.
-No… Mieliśmy dziś małą wpadkę w Cortexie… - powiedziałem.
-Małą?- Zakwestionował moje słowo.
-Chodziło mu o to, że podjęliśmy decyzje o tym, że będziemy regularnie organizowali w Cortexie potyczki, czy tam bitwy jak zwał tak zwał, dla naszych przyjaciół ze szkoły. Dzisiaj jednak przebieg starcia miedzy dwoma drużynami został zakłócony przez tajemnicze potwory, które zaczęły nas atakować. Potem na dodatek w Cortexie pojawiły się te dziwne wieże oraz ich wesoły strażnik. – Wtrącił się Nigel.
-W takim razie to musiał być Xana. – Odparł nam strażnik powodując niemałą konsternacje wśród nas.
-Kto? – Zapytało kilku z nas.
-Nie, kto lecz co. - Poprawił nas strażnik. – Xana to inteligentny program wieloczynnikowy, stworzony przez niebezpiecznego szaleńca imieniem Waldo Schaeffer, by pomógł on mu podbić świat. Schaeffer najwyraźniej potrzebuje Cortexu do swoich niecnych celów, więc wysłał on tu swojego pupilka, by ten przejął nad nim kontrole. Dzisiaj na szczęście udało mi się zablokować ten program przed uczynieniem tego w całości, ale nie udało mi się przeszkodzić mu w stworzeniu wież, z których potrafi on czerpać niewyobrażalną wręcz moc. Pamiętacie nasza umowę? Wy bronicie Cortexu, a ja pozwalam wam na zabawy w nim. Tak długo jak będziecie zwalczali Xanę i inne zagrożenia możecie sprowadzać tu inne dzieciaki, nic mi do tego. Żegnam.
-Zor… to znaczy strażniku czekaj! –Krzyknąłem chcąc go powstrzymać przed rozłączeniem, ale było za późno. Gbur się rozłączył. – Zordon mógłby być bardziej rozmowny, nie uważacie? – Dodałem potem, ale nie doczekałem się odpowiedzi.
-No to panowie wychodzi na to, że od dzisiaj będziemy bronić świat przez tych Schaefferem. – Podsumował to Nigel.
-Zmiażdżymy go! – Wykrzyknął Mark. – Pożałuje, że z nami zadarł. A kiedy już go pokonamy to urządzimy tu taką imprezę, że strażnikowi pójdą wszystkie nerwy!
Samemu jakoś nie byłem tego pewien. Coś mi tu nie pasowało, ale ostatecznie przyklasnąłem kolegom i resztę wieczora spędziliśmy na wznoszeniu coraz śmielszych okrzyków.
Tyron
Idioci. Zupełni idioci. Ale i pożyteczni zarazem. Aż trudno mi uwierzyć jak ich głupota może mi się przydać. Więcej osób w Cortexie to jego łatwiejsza obrona, ale i większe ryzyko, że jakiś dzieciak się wygada. No cóż czasami trzeba zaryzykować, chociaż i tak niewiele ryzykuje, bo każdy dzieciak pójdzie, jeśli już do dyrektora a wtedy Graffen skutecznie go uciszy. Na razie pozostaje mi tylko pojęcie, co Xana zamierzał tworząc w Cortexie aż cztery portale przesyłów danych, które dzieciaki nazwały wieżami. Już teraz wiem, że służą do znacznego zoptymalizowania pracy systemu, do czego i ja już potrafię je wykorzystać. Zostało mi tylko zrozumienie, w jaki dokładnie sposób zachodzi proces ich tworzenia. Gdyby udałoby mi się tego dokonać mógłbym zyskać znaczna przewagę w potyczkach z Xana i Schaefferem.
Dzisiaj jednak nie miałem już czasu na prace nad swoim światem. Dobiegała dziesiąta a mam jeszcze swoje obowiązki w domu, których nie mogę zaniedbać. Zapuściłem wiec na noc skan Cortexu nastawiony na wydarzenia, jakie się w nim wydarzyły dzisiejszego wieczoru i wyszedłem z laboratorium. Korzystając z tuneli wybudowanych tu podczas dwudziestolecia międzywojennego sprawnie opuściłem swój kompleks badawczy, który znajdował się pod boiskami rozdzielającymi kompleks licealny z kompleksem uniwersyteckim gdzie pracowałem, jako wykładowca fizyki.
Osobiście wolałem jednak opuszczać tunele poprzez wyjście w liceum gdyż wtedy mogłem się spotkać z Graffenem i omówić pewne sprawy. Dzisiaj jednak z racji tego, ze jest weekend mój przyjaciel szybko wcześniej opuścił szkole gdyż i tak nie miał tu nic do roboty. A szkoda, bo chciałbym z nim omówić dzisiejsze wydarzenia.
Z tuneli dostałem się do piwnicy liceum tuż pod internatem dla chłopców. Było to idealne mieście na zrobienie takowego przejścia. Za każdy wywołany przeze mnie hałas oberwie się dzieciarni na górze. Bo kto im uwierzy ze profesor z uniwersytetu rozbija się po korytarzach piwnicy skoro każda osoba, która coś usłyszy będzie na ich poziomie budynku. W końcu jednak wyszedłem z piwnicy wyjściem ewakuacyjnym i poszedłem na parking by pojechać do domu. Odpaliłem silnik swojego Renaulta 19 i odsłuchałem wiadomości w radiu, które dobiegły moich uszu zanim przełączyłem na zwykły kanał muzyczny.
-Z więzienia w Neuchatel uciekł dzisiaj ponad trzy metrowy wąż Boa. Świadkowie twierdzą, że wąż po prostu wyłamał pancerną szybę i wypełza z boksu. Policja bada ślady ewentualnej ludzkiej interwencji gdyż jak twierdzą eksperci pancernej szyby te zwierzę nie mogło samemu zniszczyć. – Usłyszałem w radiu.
-Taaa… na pewno mnie to interesuję. – Powiedziałem, po czym wcisnąłem pedał gazu i pojechałem do domu.
***
Następny rozdział pojawi się zapewne na przełomie lutego i marca ale nie jest to termin zobowiązujący.
Jako, że pewna osoba na pewnej stronie internetowej o Kod Lyoko zmusza/błaga/szantażuje innych użytkowników aby skomentować blog innej pewnej osoby z tamtej strony, czynię to. Koniec komentarza, żegnam.
OdpowiedzUsuńNo dobra, coś napiszę. Hmmm... Klemens to idiota (w porównaniu do Jeremiego), Xana wbija na imprę więc jest grubo, brakuje tylko WL, ale pewnie za niedługo się pojawią, Gwardia musi jeszcze poćwiczyć zanim będą mogli walczyć z Xaną na równi z równym, na razie to ich sieka, hehe ogólnie super, fajnie, daję like'a (znaczy dałbym, gdybym mógł).