piątek, 10 czerwca 2016

Rozdział 6 „Zwiastun zmian”

Po bardzo długiej przerwie zapraszam do lektury szóstego rozdziału "Code Cortex".
***



Rozdział 6

„Zwiastun zmian”

Sobota

Tyron

Wiedziałem, że jej coś zrobiono. Wiedziałem, że jej wyczyszczono pamięć. Ale nawet nie przypuszczałem, że jej przyjaciele byli w stanie posunąć się do czegoś takiego! Nie wyczyszczono jej konkretnych wspomnień jak obstawiałem w najgorszym wypadku, a wyzuto jej umysł dosłownie ze wszystkiego. Z początku uznałem to za dar losu, gdyż mogłem dzięki temu z żoną na nowo ją ukształtować, ale z czasem zaczęło mnie to nużyć. W końcu mam własne dzieci, i wolałbym z nimi spędzić czas niż z córką człowieka, którego nienawidziłem całym sobą. Na szczęście szybko się uczyła. Przedwczoraj, kiedy ją przywiozłem, była mentalnie na poziomie małego dziecka, wczoraj była na poziomie siedmiolatka, a dzisiaj to już chyba była późna podstawówka. Jeśli utrzymam tempo kształtowania się jej psychiki na dotychczasowym poziomie to już jutro poślę ją do szkoły i zapiszę do internatu, by ułatwić jej integrację z innymi uczniami, najlepiej wiedzących o istnieniu Cortexu. Gdy już zaaklimatyzuje się w szkole będę musiał ją jakoś zaprząść do obrony Cortexu. W końcu ma w tych sprawach niemałe doświadczenie, które co prawda zapomniała, ale powinno jej to zostać w postaci odruchów.

- Nadal nie jestem w stanie uwierzyć, że coś takiego zrobili jej ci, których uważała za przyjaciół. A wyglądali na takich miłych – powiedziała Anthea, siedząca na fotelu obok.

-Skarbie, ja też byłem zdziwiony tym, co jej zrobili – odparłem jej wyuczonym tonem tak, by zabrzmiało to nadzwyczaj miło. – Ale wyszło jak wyszło, a te dzieciaki, z którymi się zadawała okazały się zimnymi draniami. Żadna osoba niebędąca draniem nie dopuściłaby się manipulacji cudzymi wspomnieniami, nieprawdaż? – zapytałem ironicznie.

-Prawda kochanie, prawda – przytaknęła. –Ty byś nigdy nie był w stanie komukolwiek czegoś takiego zrobić, co nie?

-Skądże – odpowiedziałam z przekąsem. Oczywiście, że bym był w stanie coś takiego zrobić. Ba! Nawet zrobiłem i to własnej żonie, która teraz wygaduje mi takie rzeczy, nie mając pojęcia, co leży u podstaw naszego małżeństwa. Coś sadze, że gdyby nie manipulacja, to nawet by nie pomyślała o tym, że możemy być małżeństwem. Ale to nie jest teraz ważne. Ważne jest to, co ma w głowie Aelita.

-Jak się nazywasz? – zapytałem różowowłosa.

Popatrzyła się na mnie zezowato i po chwili zastanowienia odpowiedziała:

- Agnes… Agnes Tyron.

-Bardzo dobrze– pochwaliłem ją, pomimo kosego spojrzenia, jakie posłała mi żona.

-Kim dla ciebie jesteśmy? – zapytała po chwili Anthea. - Pamiętasz, kim ja jestem?

-Jesteś moją mamą… - wyjąkała, po czym popatrzyła się na mnie podejrzliwie i rzekła: - A pan… Pan…

- Jestem twoim ojcem Agnes - dokończyłem za nią.

Popatrzyła na mnie podejrzliwym wzrokiem i przekręciła głowę pod dziwnym kątem, nie spuszczając przy tym ze mnie wzroku. Zerkała tak nam mnie jeszcze przez kilka sekund, po czym mi przytaknęła. Najtrudniejsze było już za mną.

-Niedawno zdarzył ci się pewien wypadek… Twoja pamięć uległa uszkodzeniu w jego wyniku… - zacząłem powoli, obserwując przy tym Aelitę, by móc się zorientować czy czegoś sobie nie przypomina. Jej twarz jednak nie zdradzała żadnych objawów nagłego powrotu pamięci, więc kontynuowałem. – Wcześniej chodziłaś do prywatnej szkoły w Dijon, w Burgundii[1]. Teraz jednak ze względu na twoją amnezję postanowiliśmy wraz z matką przenieść cię do placówki położonej w miasteczku, w którym mieszkamy. Nie jest to tak dobra szkoła jak ta, do której wcześniej chodziłaś, ale będziemy mogli w niej pilnować, by nic ci się nie stało.

-Tak… - wyjąkała. – Miałam wypadek. Pamiętam tylko światło. Dużo światła. Potem przede mną otworzyła się ściana, a ja przez nią wypadłam i następne, co pamiętam to to jak mnie odwoziłeś z Dijon do domu.

Wraz z Anthea popatrzyliśmy po sobie. Wcześniej wychodziliśmy z założenia, że pamiętała jedynie to, co nastąpiło po jej przyjeździe do tego domu. Teraz jednak się okazało, że pamiętała pierwsze chwile po tym jak Wojownicy Lyoko wyzuli ją ze wspomnień. W sumie, jeśli dopiero teraz to sobie przypomniała istniała szansa, że proces czyszczenia wspomnień jest odwracalny, co niosło ze sobą wiele szans dla mnie. Jak i zagrożeń w sumie. Nigdy nie wiadomo czy jakby sobie wszystko przypomniała, to czy nie stanęłaby przeciwko mnie lub co gorsza przeciągnęła na swoją stronę moją żonę.

-Jutro jak już zresztą wiesz, pójdziesz do nowej szkoły córeczko – rzekła do niej Anthea. – Poznasz w niej wielu nowych kolegów i koleżanek.

-Naprawdę mamo? Naprawdę poznam jakiś przyjaciół? – zapytała Aelita wyraźnie się rozpromieniwszy.

-Oczywiście córeczko – potwierdziła jej Anthea. - Poznasz wielu wspaniałych przyjaciół.
Ta scena była tak urocza, że niemal się nie roześmiałem. Po prostu nie mogłem patrzeć na tę scenę. Poczułem się jakbym skradł miejsce Waldowi na tym świecie, ale tak nie jest. Nigdy nie chciałem być taki jak on. Chciałem być lepszy! I to mi się udało. Na piętrze śpi teraz mój trzyletni jak dotąd syn i o rok młodsza córeczka. Cortex jest przeze mnie sukcesywnie rozwijany, kiedy świat i słudzy Schaeffera stoją w martwym punkcie. W każdej kategorii osiągnąłem więcej niż Waldo. A teraz naszła mnie ochota na filiżankę kawy…

Niedziela

Lukas

Ranek

-Skąd wiesz o tym, że będziemy mieli nowego ucznia w klasie? – Tak wyglądała moja reakcja, gdy dowiedziałem się od Dietricha, że do naszej klasy dołączy nowa osoba.

-Od tego zacznijmy, że to nie nowego ucznia będziemy mieli w klasie, a uczennicę – odparł mi Dietrich, robiąc krótka przerwę w jedzeniu śniadania. – Resztę ci powiem jak skończę jeść, bo jak będziemy się ociągać to deseru dla nas zabraknie.

Przytaknąłem głową i sam zabrałem się do kończenia swojego śniadania. W końcu nie po to wraz z Dietrichem wcześniej wybraliśmy się na śniadanie, by przez rozmowę stracić pysznego pączka, jaki był na deser. Chociaż jakby dokładniej to przemyśleć to szansa na to, że zabraknie dla nas pączków była bliska zeru. Obaj przyszliśmy na stołówkę zaledwie kwadrans po standardowej pobudce, kiedy większość uczniów jest jeszcze w łazienkach bądź próbuje pospać jeszcze te przysłowiowe pięć minut. Zanim reszta osób siedzących zazwyczaj z nami przy stoliku się tu przywlecze minie zapewne jeszcze kilka minut. Ani Ferenc ani Adolf, czy tym bardziej Sylwia nie należą do rannych ptaszków.
- Dobra, ja już skończyłem – powiedział po chwili Dietrich. – Zaczekać aż skończysz jeść, czy od razu ci wyjaśnić, co wiem o tej nowej uczennicy?

-Mów już teraz tylko zgarnij po pączku. Dla mnie i dla siebie. – Odparłem z pełnymi ustami. – Jak przyjdzie reszta, to, co najwyżej im powtórzysz.

-No zacznijmy od tego, że jest to córka naszej informatyczki i tego profesorka z uniwerka, co go niektórzy klaunem przezywają. – Zaczął Dietrich. – Trochę to podejrzane, bo ta dwójka żeniła się, jak byliśmy w pierwszej liceum[2], a ta rzekoma córka jest w naszym wieku.

- Pewnie z poprzedniego małżeństwa jednego z nich jest – odparłem dopijając herbatę. – Zdarza się przecież, że ktoś się rozwiedzie lub owdowieje.

- I tu jest właśnie dość interesująca rzecz – powiedział Dietrich z błyskiem w oku. – Klaun jasno się wyraził, że to ich córka, a nie jego czy jej, więc teorię o dziecku z poprzedniego małżeństwa można wsadzić między bajki.

-Skoro tak… To pewnie jakaś śliska sprawa Klauna i informatyczki, więc lepiej nie drążyć. Wiesz dobrze, że Klaun i dyro to bliscy przyjaciele, więc jakby się profesorek dowiedział, że drążymy temat to by podkablował do dyra i on nużby zadbał o to byśmy mieli kłopoty.

-Ja zamierzam jedynie słuchać coraz to bardziej interesujących nowinek na ten temat – stwierdził. - Kto wie, może się znajdzie jakiegoś haka na informatyczkę?

- Jak chcesz, ale mnie w to nie mieszaj. To nie są moje sprawy – odparłem – Tak poza tym to wciąż nie wyjaśniłeś mi, skąd o tym wiesz.

-Wczoraj jak wracałem wieczorem z pralni to przechodziłem koło gabinetu dyra a, że drzwi były przypadkiem otwarte to chcąc nie chcąc podsłuchałem, co nieco jak dyro gadał z Klaunem.

- I przypadkiem to się pewnie jeszcze zatrzymałeś i zacząłeś nasłuchiwać? – zapytałem wyczuwszy, że nie powiedział całej prawdy. – Jakoś trudno mi uwierzyć, że to wszystko usłyszałeś jedynie przechodząc.

-No tak, przystanąłem na chwilkę, ale nie będę ci już reszty opowiadał – odparł z takim wyrazem twarzy jakby zaraz miał mnie czymś zaskoczyć. – Wolę żebyś to ty mi opowiedział jak się wczoraj bawiłeś w Cortexie.

Zatkało mnie.

Skąd Dietrich o tym wiedział? Ktoś mu powiedział, czy podsłuchał czyjąś rozmowę o tym, tak jak podsłuchał dyrektora? A jeśli to drugie to skąd informacja, że brałem w tym udział?.

-Co taki zaskoczony jesteś? – dodał po chwili. – W naszym i rok starszym roczniku nie ma klasy, by przynajmniej jedna osoba nie byłaby wtajemniczona w to, że Franz i spółka zaczęli sobie dorabiać na organizacji turnieju w wirtualnym świecie. A ty rzekomo już tam byłeś, więc albo potwierdzisz istnienie tego całego cyfrowego szajsu albo upewnisz mnie w przekonaniu, że słusznie postąpiłem nie dając się nabrać wczoraj na wymaglowany turniej.

-To wszystko prawda, ale…To ciebie też wczoraj zaprosili? Kto jeszcze o tym wie? – W mojej głowie kłębiło się za dużo pytań, by je naraz wyrzucić.

-Tak, byłem wczoraj zaproszony, tak samo jak dwadzieścia troje innych osób, a przynajmniej tak tuszę, bo z tego, co mówił Jean, planowo miały być dwie drużyny po, dwanaście, ale podobno sporo osób olało zaproszenie, więc nawet jak zaprosili kilka osób, których początkowo miało nie być to nie udało im się osiągnąć pierwotnie zakładanej liczby – zaczął wyjaśniać, po czym zobaczywszy Sylwię Eisenhaare, która dopiero, co pojawiła się na stołówce przestał mówić i się z nią przywitał. – Cześć Sylwia, jak tam ci się spało?

Sylwia najwyraźniej nie spała dobrze, bo zamiast mu odpowiedzieć jedynie sennie na niego spojrzała i usiadła mówiąc jedynie bezosobowo „cześć”, po czym zabrała się za pałaszowanie śniadania. Wyglądała na niemal wykończoną, pomimo wczesnej pory dnia. Zazwyczaj radosna i pełna życia teraz bardziej przypominała zombie niż zwykłą siebie. Jej sięgające ramion włosy koloru słomy, które zazwyczaj spinała w koński ogon, teraz zmiętolone opadały na wszystkie strony. Nie wiem, czemu ale skojarzyła mi się w tym momencie z jakąś dziewczynką z horroru.

-Co jest? – zapytałem po chwili zaniepokojony stanem koleżanki - Wyglądasz jakbyś w ogóle dzisiaj nie spała.

-Bo nie spałam – westchnęła z jednym okiem zamkniętym. – Teraz jestem niewyspana, bo ta sterydówa, z którą dzielę pokój całą noc chrapała, i na dodatek wściekła. Rano zachodzi do mnie woźny i mówi bym zaszła do dyra, bo rzekomo jakaś sprawa dotycząca mnie jest. Zgadnij, o co chodziło?

-Nie wiem – odparłem szczerze.

-A ty Dietrich? – zapytała się go.

-Również– odpowiedział krótko.

-Pamiętacie jak w sekretariacie udało mi się wywalczyć przeniesienie do innego pokoju, bo było jeszcze jedno wolne miejsce?

-No tak – przytaknąłem. – I o ile pamiętam to w tym albo w następnym tygodniu miałaś się przenosić bodajże.

-Dokładnie to dziś wieczorem. A tymczasem jakieś dziesięć minut temu dowiedziałam się, że moje przeniesienie jest odwołane, bo moje miejsce zajmie jakaś nowa! – powiedziała rozeźlona. – Rozumiecie to? Jest środek kwietnia, a do naszej klasy przychodzi jakaś nowa i jeszcze zajmuje pokój, w którym ja chciałam mieszkać, jakby nie mogła wziąć mojego starego!

-O, jaki pokój jest ta cała drama? – zapytał się jej Dietrich.

-O pokój, w którym mieszka Łucja – odparła. – No wiecie ta kujonica.

-Mówi się trudno – dodałem. – Decyzji dyra czy kogokolwiek z sekretariatu nie zmienisz.

-To mam się ot tak poddać i zaprzestać walki o pokój Łucji? – Sylwia popatrzyła się na mnie srogo.

-To aż tak się napaliłaś na bycie ze mną w jednym pokoju? – usłyszałem za sobą głos Łucji, przy czym odniosłem wrażenie, że chyba polubiła wcinanie się w rozmowy przy naszym stoliku, gdy obok niego przechodzi.

-Już zbyt długo męczę się z obecnym towarzystwem w pokoju, by tam zostać – odparła jej Sylwia, po czym dodała – Dosiądziesz się do nas? Mamy i tak dwa miejsca wolne.

-Dobrze  - zgodziła się, co cicho przekląłem w duchu. Lubię Łucję, choć ją ledwo znam, bo nie miałem jak na razie okazji nawiązać z nią jakiejś bliższej relacji, ale jeśli Ferenc i Adolf przyszliby jednocześnie nie zamierzam mówić jednemu z nich, że zabraknie dla niego miejsca przy naszym stoliku.

-Skoro i wy mówicie poniekąd o tej nowej… - zaczął Dietrich. – Jak sądzicie, jaka ta córeczka informatyczki będzie?

-Nie obchodzi mnie, jaka będzie –fuknęła Sylwia. – Przez nią nadal muszę się męczyć w obecnym pokoju, więc niech będzie taka, którą łatwo jest znienawidzić.

-Nie skreślaj kogoś, kogo nie znasz– pouczyłem ją. – Może się równie dobrze okazać fajną osobą.

-Myśl jak chcesz – odparła blondynka. – A ty Łucja jak obstawiasz? Jaka ona będzie?

-Dla mnie to nie ma znaczenia, jeżeli uda mi się z nią znaleźć wspólny język. W końcu będę z nią mieszkać w jednym pokoju, więc przynajmniej poprawne relacje muszę z nią mieć.

-Nieładnie jest obgadywać Sylwię, gdy się koło niej siedzi – usłyszeliśmy głos Ferenca, który dopiero, co zaszedł na stołówkę.

-To, co mówiła Łucja to nie było o mnie – oznajmiła mu Eisenhaare, wyprowadzając go tym samym z błędu.

-To o kim? – odparł zdziwiony Ferenc.

-O takiej jednej nowej… - zaczął Dietrich.

-…Która zabrała mi pokój… – dodała Sylwia.

-…Co dołączy od jutra do naszej szkoły – dokończyła Łucja.

-To wypada na to, że o wszystkim dowiaduje się ostatni – westchnął Ferenc. – Jest jeszcze może deser?

Dietrich zerknął przez ramię w stronę kosza, z którego wcześniej zgarnął po pączku dla mnie i dla siebie, ale niestety był on już teraz pusty. No cóż, ci którzy przychodzą jako ostatni na śniadanie, na deser nie mogą liczyć. Ferenc nie był tym jednak jakoś szczególnie poruszony, gdyż, gdy Dietrich powiedział mu, co zobaczył, ten jedynie wzruszył ramionami.

-Lukas idziesz na piłkarzami? – Zapytał się mnie Dietrich. -  Stół pewnie jest pusty, a przed lekcjami zdążymy zagrać z dwie partyjki.

-No mogę… - odpowiedziałem, po czym zobaczywszy rozczarowanie na twarzy Ferenca, że pewnie będzie musiał kończyć śniadanie w samotności dodałem: - Ferenc zajdziesz potem do nas? Znajdziemy jeszcze kogoś i zagramy na dwie osoby po jednej stronie.

-Jasne – odpowiedział. – Zobaczycie mistrza w akcji.


Ferenc

Wieczór

Mistrza w akcji ostatecznie nie zobaczyli. Przegrałem losowanie pozycji i zamiast ciągnąc grę na ataku przyszło mi kierować jedynie bramkarzem i linią obrony. Pomimo tego, że nie udało mi się popisać tak jak planowałem to i tak na moim koncie oraz Lukasa, z którym grałem w duecie wpadły dwa zwycięstwa. Dietrich oraz Adolf nie byli po prostu wystarczająco dobrzy by nas pokonać, a jedyne, co mogli zrobić, to nas opóźnić, co udało im się na tyle sprawnie, że wszyscy pospóźnialiśmy się na lekcje.

Siedem godzin lekcyjnych, jakie nam dzisiaj przyszło mieć przeleciały nie zostawiając zbyt wiele w mojej głowie, no może poza lekcją niemieckiego z panią Wurst, kiedy przejęzyczyłem się i zamiast „Uroczyste zakończenie roku szkolnego” powiedziałem „Uroczyste rozstrzelanie roku szkolnego”[3] Babka od Niemca oczywiście zamiast obrócić to w żart zatrzymała mnie na całą przerwę w klasie, bym napisał na tablicy te słowo prawidłowo przynajmniej piętnaście razy. Skupiałem się głównie na dotrwaniu do wieczora, kiedy będę mógł wrócić na świetlice i ponownie zagrać z Lukasem bądź bez wiedzy gwardii przemknąć do Cortexu. Co prawda nie mam na razie pomysłu jak włączyć skanera ale do wieczora coś pewnie wymyślę.

Ostatecznie wyszedł pierwszy scenariusz. Po kolacji całą paczką zebraliśmy się na świetlicy zaklepując zarówno piłkarzami jak i kanapę, którą przestawiliśmy koło nich tak by ci, którzy aktualnie by nie grali mogli usiąść. W praktyce cały czas siedziała tam Sylwia i Łucja. Pomimo tego, że przeniesienie Sylwii do pokoju Łucji na razie nie wypaliło ta nie przestała walczyć. Wraz z Łucją postanowiły, że albo nakłonią jej nową współlokatorkę do wymiany pokojami z Sylwią albo uproszą Dyra o dzielenie pokoju w trójkę. Jak w końcu będzie z tymi pokojami jeszcze dzisiaj powinno się okazać. Nasza nauczycielka informatyki Anthea Tyron osobiście przyjdzie po Łucję, gdy jej córka przyjedzie do akademika, by przypilnować, by ta została szybko poinformowano o wszystkim w szkole.

Przez dłuższy czas jednak nie przychodziła, a Łucja zaczynała się z lekka niecierpliwić. Trudno jej się w sumie dziwić. Była niejako uziemiona w świetlicy tak długo aż nie zjawi się informatyczka. Co prawda gdyby poszła do siebie na chwilę nie byłoby to wielkim wykroczeniem, ale mąż informatyczki uznałby to zniewagę swojej żony i załatwił u dyra jakąś karę dla Łucji.
Informatyczka zjawiła się dopiero koło ósmej i nie wdając się w rozmowę wzięła ze sobą Łucję. Wraz z resztą paczki czekaliśmy na nią dobre kilkanaście minut nim ta wróciła z informacjami o swojej nowej współlokatorce.

-No i jak? Jaka ona jest? – zaczął Lukas.

-Strasznie małomówna to na pewno – odparła mu Łucja. – Poza przytakiwaniem nic nie robiła. Nawet się nie przedstawiła jeszcze.

-To rzeczywiście dziwne – stwierdziłem - Nie miałaś jej czasem dzisiaj oprowadzać po szkole?
-Miałam, ale informatyczka uznała, że lepiej będzie, jeśli to zrobię jutro na przerwach. –odpowiedziała. – Ponadto dość mocno zasugerowała bymprzynajmniej udawała jej przyjaciółkę przez kilka pierwszych dni. Mam nadzieje, że nie będę musiała jej udawać zbyt długo. Nie wygląda na taką, którą dałoby się łatwo znienawidzić.

-Oby – dodała Sylwia. – Bo mi nie będzie trzeba wiele żeby jej nie polubić.

-Tylko, dlatego, że ci zablokowała przeprowadzkę, która jeszcze może się odbyć? – wtrącił się Lukas – Nie bądź dziecinna.

Sylwia w odpowiedzi posłała mu takie spojrzenie, że się od razu zamknął.
-Dobra wracając do sedna… - sprowadziłem rozmowę na właściwe tory. - … my mamy coś do roboty w związku z tą nową? Nikt z klasy poza toba nie będzie zaangażowany w pokazywanie jej szkoły?

-Ty nic podobnie jak Lukas i Dietrich. Co najwyżej was sobie przedstawię no chyba, że któremuś z was wpadnie w oko – powiedziała zerkając na mnie i Dietricha, co było dla mnie trochę bez sensu. Żaden z nas nie był playboyem pokroju Nicolla, czy osobą bojącą się do kogokolwiek zagadać. Pewnie walnęła ten tekst dla podbicia własnej samooceny. – Tylko ty Sylwia powinnaś z nią pogadać, jeżeli nadal ci zależy na byciu ze mną w jednym pokoju.

-Oczywiście, że mi zależy – odparła niemal bez zastanowienia. – Do tej pory, jako jedyna miałaś wolne miejsce w pokoju a mi zależy przede wszystkim na ucieczce od dotychczasowej współlokatorki. Tak chrapie, że oka się nie da zmrużyć. A co dopiero zasnąć!

-Ale wy macie problem… - stwierdził Dietrich – Nie możecie teraz pójść do dyra i poprosić o dzielenie pokoju w trójkę?

-Musimy mieć do tego zgodę tej nowej bystrzachu – odpowiedziała Sylwia. – Bez niej nic nie zdziałamy.

-Dzisiaj jeszcze postaram się ją do tego przekonać, więc jutro, jeśli się uda będziemy musieli jedynie utwierdzić ją w przekonaniu, że mieszkanie w trójkę jest dobrym pomysłem – powiedziała Łucja. – Właściwie to będę już się zbierała do pokoju, bo późno się robi, a wypada się w względnie zapoznać.

-Skoro ty idziesz to i ja się zbieram – palnęła blondynka.

-Zostawiacie nas? – zapytał Lukas z zawiedzioną miną.

-Tak – odpowiedziały mu równocześnie, po czym Sylwia dodała jeszcze wyjaśnienie: - W przeciwieństwie do was my trochę powtarzamy do lekcji. Narka!

Troszkę mnie tym uraziła. Może nie mam tak jak ona średniej jeden przecinek zero[4], ale do najsłabszych uczniów też nie należę.

-To, co chłopaki? My też się będziemy zbierać? –zaczął Lukas.

-Ja chyba tak – powiedział nijako Dietrich.

-Ja bym jeszcze zagrał partyjkę w piłkarzyki – zaproponowałem.– Co wy na to? Ja jeden kontra was dwóch, a po tym jak wygram idziemy do pokoi?

Obydwaj się zaśmiali.

-Twojej wygranej? – odparł Dietrich prowokacyjnym tonem. – Chyba naszej!

-To zaczynajmy! – powiedziałem podbiegając do piłkarzyków i zajmując miejsce po stronie z lepiej naoliwionymi piłkarzykami.

-Niech wygra lepszy, czyli my – odparł mi Lukas, zajmując wraz z Dietrichem miejsca po drugiej stole stołu.

Teraz wreszcie mam szansę pokazać, kto wymiata w tą grę.

Nicollo

Niedziela

Wieczór

W Cortexie rozległo się ciche echo, gdy mój miecz oraz strzelby Jeana upadły na powierzchnię. Po chwili kolejny dźwięk wydały upadające sztylety. Obydwaj wyzbyliśmy się broni. Wczoraj w naszej potyczce przeszkodził ten cały Xana, więc wypadało dokończyć tamto starcie. Umówiliśmy się, więc na małe, wzajemne mordobicie w Cortexie bez broni, by potyczka trwała dłużej. Żeby dodać emocji postanowiliśmy pojedynkować się niedaleko mostu prowadzącego do kuli. Zawsze lepiej jest się tłuc, gdy istnieje ryzyko, że ktoś spadnie z urwiska. Początkowo chcieliśmy to zrobić rano, ale okazało się, że system wciąż jest w znacznej mierze sparaliżowany.

Przywrócenie kontroli nad Cortexem zajęło Klemensowi niemal cały dzisiejszy dzień, a gdyby nie pomoc strażnika zapewne w tydzień by tego nie naprawił. Właściwie to nic by nie zrobił, bo cała inicjatywa przy naprawie systemów kontroli była po stronie strażnika. A kogo obwiniono o cały problem? Oczywiście mnie. Co prawda trochę namieszałem, ale i tak wina za ten chaos leży tylko po stronie Klemensa. Na szczęście wszystkie naprawy skończyły się na tyle szybko, bym mógł wyrównać rachunki z Jeanem za wczorajszy mecz w Cortexie. Wczesnym wieczorem udaliśmy się obydwaj do bunkra z przy pomocy Klemensa przenieśliśmy się do Cortexu, gdzie mogliśmy spokojnie rozpocząć rewanż.

-Nicollo, pamiętasz by nigdy już nie ruszać superkomputera? – zapytał się mnie po raz enty Klemens, gdy szykowałem się do starcia. – Już raz pokazałeś, że się na tym kompletnie nie znasz.

-Spoko Klemens – odparłem, zaczynając recytację obcykanej już formułki. –Więcej nie będę cię zdejmował, gdy zaczniesz się szykować do zlania w majtki.

-Jak zaczną wystawiać oceny, to sam się zesrasz jak zobaczysz swoje proponowane – odparł mi z przekąsem Klemens, co było trochę dziwne, bo w tym roku zadbałem o to, by nie mieć żadnych zagrożeń i nie zmarnować wakacji na naukę do poprawki. – Będziesz wtedy latał wokół mnie o notatki czy douczkę.

- Nie wydaje mi się… - westchnąłem zadowolony. Jeszcze zobaczy, że wszystko pójdzie po mojej myśli. Z zadumy wyrwał mnie dźwięk broni upadającej na powierzchnię Cortexu.

-Ja już swoich zabawek się pozbyłem – powiedział. – Wyrzucaj swoje i zaczynamy.

-Gotów? – Zapytał się mnie Jean.

-Gotów – potwierdziłem i szybko zamarkowałem cios na głowę, zmuszając Jeana do podniesienia gardy

Gdy ten zasłonił swoją twarz przed uderzeniem nie był w stanie dostrzec ciosu, który wyprowadziłem w jego brzuch. Uderzyłem go dość mocno w miejsce gdzie powinien mieć pępek, ale ten nawet się nie skrzywił. Właściwie to nie było widać po nim, by ten cios w jakikolwiek sposób na niego wpłynął. Wykorzystując moje chwilowe zagapienie Jean sięgnął mnie prawą pięścią w żebro. Moja nieudolna próba bloku tego ciosu pozwoliła mu na kolejny cios, który wyprowadził nogą uderzając mnie w mostek. Gdy jego podeszwa dotknęła mojej klatki piersiowej Jean dodatkowo aktywował hiperskok, przez co wyrzuciło mnie do tyłu na kilka metrów. Zdezorientowany nie zdążyłem nawet ponownie przyjąć pozycji do walki, nim Jean do mnie podbiegł i z półobrotu uderzył mnie w plecy.

Nawet wtedy nie poczułem bólu. Właściwie to w ogóle nie czułem tych ciosów. Mógłbym tak walczyć cały dzień i nawet bym się nie zmęczył. Ciosy Jeana były dla mnie jak nieszkodliwe popchnięcia, a sądząc po pełnej linii życia nawet nie kosztowały mnie punktów życia. Jedyną wadą tego był fakt, że przez próbę zrozumienia, dlaczego Jean nawet się nie skrzywił po otrzymaniu mojego ciosu, straciłem wszelką inicjatywę w tym sparingu. Ale to nie jest coś, czego się nie da odzyskać.

Od razu przeszedłem do kontrataku. Podciąłem Jeanowi nogi, przez co ten upadł na plecy zupełnie się odsłaniając. Wykorzystałem to i błyskawicznie wymierzyłem mu kopniaka prosto w twarz z taką siłą, że upadł na plecy podczas nieporadnej próby podniesieniea się. Ruszyłem na niego, by go przyszpilić do ziemi i wymusić kapitulację, ale ten wówczas wyciągnął do mnie dłoń i zawołał:

-Stój! Coś się ze mną dzieje!

Zatrzymałem się zdziwiony. Ton, w jakich te słowa zostały wypowiedziane nie brzmiały bynajmniej jak blef.

-Co jest? – zapytałem nie opuszczając gardy.

- Obraz mi się rozmył i w uszach słyszę wciąż dość głośny dźwięk – wyjaśnił Jean. – Zupełnie jakby ktoś mi przysolił piłką na meczu w twarz z bliskiej odległości. Obraz przed oczami miałem taki jak w aparacie, gdy ustawi się złą ostrość. Chociaż całkiem to przyjemne nawet, zupełnie jak…

-Wystarczy – przerwałem mu. Zaintrygowało mnie to, co się z nim stało. Najwyraźniej w Cortexie istniało coś takiego jak ogłuszenie. Czy jeśli uderzy mnie w głowę to wówczas ja też to poczuję? Czy poczuję wtedy ból? – Już się czujesz normalnie?

Jean wstał z niewielkimi trudnościami w złapaniu równowagi, zamrugał kilka razy oczami, co wyglądało dość bekowo, bo przez błąd tekstury wyglądało to tak jakby jego gałki robiły się co chwila koloru skóry. Wyciągnął rękę przed siebie i skupił na nią wzrok. Po kilku sekundach takiego gapienia się na własne palce powiedział: - Wszystko już wróciło do normy. Wzrok przynajmniej…

-Lutuj tutaj – powiedział pokazując mu palcem na swój podbródek.

-Że, co? – zapytał zdzwiony.

-No lutuj! – powtórzyłem. – Walnij mnie tak by i mnie przymroczyło. Chce zobaczyć jak to jest.

-Skoro mnie prosisz… - zaczął, biorąc potężny zamach wyprowadzając przy tym cios, który zwalił mnie z nóg. Gdy już oberwałem poczułem dokładnie to samo, o czym wcześniej mówił Jean. Obraz się całkowicie rozmył, w uszach zagościł szum, a zaburzeniu uległa również moja równowaga, o czym wcześniej nie wspomniał Jean.

-Odjazd! – krzyknąłem zachwycony tym stanem. Było to niesamowite. Niby w tym świecie ma się tylko dwa zmysły, ale jak widać manipulacja nimi jest możliwa, co daje wiele możliwości.

-Nacieszyliście się już? – zapytał się nas Klemens wyraźnie rozbawionym tonem.

-Jak w przedszkolu ziomku – odpowiedziałem, zachwycony możliwościami tego świata. –Ja małe dziecko!

- Wypuścić was na mały sparing, a ty zaczniesz się jarać pierdołami – westchnął Klemens. – Mam do was małą prośbę tak poza tym.

-Jakie pierdoły? Jakie pierdoły? – Udałem oburzenie. – To są przecież poważne tematy, a nie pierdoły.

- Coś się stało? – zapytał się go Jean.

-Mam odczyt niezarejestrowanej aktywności w północnej ćwiartce Cortexu – wyjaśnił. – Chodzi o nagłe zwiększenie przepływu danych w jakimś węźle, do którego nie mam dostępu. Sprawdźcie to.

-Jasne, może do nas dołączysz tutaj? – odparłem. – Tak samotnie jest nam iść w dwójkę.

-Klemens lepiej się nam przysłuży przed komputerem niż tutaj – powiedział Jean, gasząc mój pomysł. – Tylko by pomachał tym swoim kijem, który nawet obrażeń nie potrafi zadać i tyle by było.

-Ten mój „kij” ma większe możliwości niż ci się zdaje – odparł mu z przekąsem Klemens. –To idziecie sprawdzić tę aktywność czy będziecie tu gadać? Pamiętajcie o umowie ze strażnikiem. Mamy sprawdzać takie odchyły od normy i mu je zgłaszać.

-Idziemy już – odezwałem się. – Nie musisz nas poganiać.

Klemens pewnie chciał coś jeszcze dodać, ale, nim to zrobił, zarówno ja jak i Jean biegliśmy prosto na północ, czyli przed siebie. W ogóle to zabawne jest mówienie o północy czy południu w kontekście Cortexu, bo to gdzie jest północ a gdzie południe sami sobie wymyśliliśmy i na tej podstawie powstały nasze kompasy a raczej modyfikacje do klamerek. Klamerki też są trochę śmiesznym gadżetem jak o tym pomyśleć. Jak chcemy skorzystać z opcji kompasu to po prostu odpinam je sobie z paska, co na szczęście nie kończy się opadnięciem tekstury spodni. Na klamerce widnieje czarno-purpurowy symbol Cortexu, który zaczyna się żarzyć, gdy ustawimy go tak by jego górna kreska wskazywała północ.

Dzięki takiemu tyciemu gadżetowi każda osoba będąca w Cortexie potrafi, jako tako się nie zgubić. No chyba, że jest ułomna, a takie przypadki mogą się zawsze zdarzyć. Ja i Jean nie zaliczamy się jednak do takich osób, więc orientacja w Cortexie przychodzi nam z łatwością. Do celu dotarliśmy po kilku minutach biegu, co normalnie by nas ładnie zmęczyło, ale tutaj zmęczenia się nie czuje, więc możemy biegać ile chcemy.

Gdy dotarliśmy do wyznaczonego miejsca okazało się, że tym czymś, co zwróciło uwagę Klemensa był sterczący z ziemi słup mający chyba z dziesięć metrów średnicy. Głupio to wyglądało. Wszędzie dookoła stalowoszare krajobrazy Cortexu przechodzę ledwie czasami w błękit w tu coś takiego. Zupełnie dwa różne klimaty.

-Ciekawe gdzie się podział emo ziomeczek – powiedział Jean. – Wczoraj ten walnięty fan zmierzchu urządził nam tu niezłą rozpierduchę. Chętnie bym z nim wyrównał rachunki.
-Jaki fan zmierzchu? – odparłem zdziwiony, że nawiązał do tej niewartej ekranizacji książki z zeszłego października.

-Taki wampirkowaty ponuraczek – odparł Jean. – Wczoraj najpierw nam sypał z dupy wziętym patosem, a potem naklepał każdego dookoła i tyle było z wczorajszej wizyty w Cortexie.

- To był ktoś z naszej szkoły? – zapytałem, a gdy zobaczyłem, że Jean pokiwał głową na nie, dodałem jeszcze. – Jakim cudem się tu dostał?

-Nie wiem – odparł mi Jean. – Klemens nie masz czasem jakiegoś rejestru tego, co tu się dzieje?

-No mam – odpowiedział Klemens. – Tyle, że on pokazuje totalny brak aktywności, jeśli chodzi o wirtualizację od wczorajszego wieczoru.

-Może to jakiś bezdomny się tu wcześniej zwirtualizował i teraz nas wygania, bo przeszkadzamy? – zażartowałem.

-Tak, a strażnik z nim rżnie w pokera po nocach – dodał Jean uśmiechając się mimowolnie.

-Przestańcie żartować i rozejrzyjcie się koło tego słupa – poganiał nas Klemens. – Dostałem właśnie wiadomość od strażnika, w której pisze, że chce z nami pogadać za pół godziny. Wypada mieć jakieś konkrety na tą rozmowę.

-Mamy obrośnięty korzeniem słup otoczony u góry czerwonym dymkiem, czego chcieć więcej?

-Może jakiś danych na jego temat? Wskaźnik pokazuje, że ten słup jest punktem, przez który przepływa najwięcej danych w Cortexie w tym momencie, nie licząc kuli, więc musicie w jakiś sposób zebrać z niego jakieś informacje.

-Może trzeba go otworzyć? – powiedział Jean, po czym aktywował swoją umiejętność i ostrzelał słup nie powodując jednak żadnych widocznych obrażeń.

-Jak skończysz to powiedz – odezwałem się

-Najwyraźniej jest niezniszczalny – oświadczył. – Teoretycznie władowałem tam już z tysiąc punktów obrażeń i nic.

-Może trzeba go pogłaskać lub coś w tym stylu? – odpowiedziałem, po czym podszedłem do niego i pogładziłem rączką po ścianie. – Może zacznie mruczeć jak dłużej będę to robił?
Jean uśmiechnął się ironicznie i powiedział:

-Może po korzonku go pogłaszczesz?

Już chciałem kontynuować żarty, ale wówczas usłyszałem znajomy już dźwięk. Charakterystyczne bzyczenie, jakie słyszałem wczoraj nim zostałem zaatakowany.

-Padnij! – krzyknąłem do Jeana, ale było już za późno. Bzykacze nadleciały ostrzeliwują mnie i Jeana, a że daliśmy się zaskoczyć srogo przy tym oberwaliśmy. Moja linia życia skurczyła się o połowę a Jeana pewnie jeszcze bardziej gdyż oberwał mocniej ode mnie.

Otrząsnąwszy się szybko do siebie podbiegliśmy, by stanąć do siebie plecami. Chwilowo nie było lepszej formy ochrony niż ta, więc następne kilka ataków bzykacze odpieraliśmy ostrzałem Jeana, którego broniłem swoim mieczem odbijając pociski wrogów. W ten sposób udało nam się strącić kilka potworków, ale ze względu na to, że wciąż nadciągały nowe nie przynosiło to efektu. Na domiar złego pod wieżę zaczęły przybywać inne potwory takie jak spotkane przeze mnie wczoraj sześciany na kurzych nogach czy wielkie czerwone kraby skutecznie nas okrążając i wiążąc ogniem w taki sposób, że nie mogliśmy uciec.

-Klemens to koniec rekonesansu! Zaraz nas załatwią! – krzyknąłem. – Zdewirtualizuj nas i zakończ to!

-Nie załatwią… - odparł. – Idę do was.

-Jeszcze jeden trupek do nas dołączy… To, co Jean zabieramy ich tylu ze sobą ile można? – zapytałem się uskakując od pocisków, niektóre przy tym blokując mieczem.

-Jasne! – wykrzyknął w odpowiedzi. – Zrobimy tu rzeźnię!

Obydwaj uskoczyliśmy od siebie i ruszyliśmy na potwory. Jean hasał dookoła wieży niczym łania skutecznie unikając pocisków potworów jak i ostrzeliwują je przy tym. Pomimo tego, że znaczna większość pocisków była wystrzeliwana bez dokładniejszego celowania udało mu się tym zdjąć kilka potworów. Tym samym ujawnił mi ich słabość, o której już wcześniej poniekąd mogłem się domyśleć. By je załatwić wystarczył jeden cios we właściwe miejsce. Prosto w oko.
Załatwiwszy kilkanaście tych klockowatych rzuciłem się w końcu na pierwszego kraba. Wskoczyłem na jego grzbiet i jednym pchnięciem wbiłem się w jego symbol, co spowodowało eksplozję. Nie przemyślałem niestety tego, że nastąpi wybuch. Poleciałem przez to prosto w Jeana, rzucając go przy tym na ziemię i wystawiając na ostrzał. Obydwaj wylądowaliśmy koło siebie na otwartej przestrzeni będąc otoczonymi przez potwory z każdej strony.  Ledwo zdążyliśmy się podźwignąć jak każdy z nich  otworzył ogień w naszą stroną.

Żaden pocisk nas jednak nie trafił. Sytuacja stworzyła idealne warunki dla wejścia Klemensa. Ten zwirtualizowawszy się między nami od razu uniósł wysoko kostur, jakim władał w Cortexie i aktywował osłonę. Otoczyła nas bariera wyglądająca jakby utkana z błyskawic, która wchłaniała każdy wystrzelony przez potwory pocisk.

-Wygląda na to, że was uratowałem - orzekł Klemens z przekąsem – Nicollo nie jesteś czasem mi coś winny?

-Dzięki – odpowiedziałem.

-A, za co? – dopytał się Kowalski.

-Dzięki za uratowanie skóry – odparłem.

-I?

-Bez ciebie byśmy przegrali – dodałem. – Dowartościowałeś się już, czy jeszcze musisz się puszyć?
-Wystarczy – odparł wesoło. – Ostatnio tym kosturem nic nie byłem w stanie wam zrobić, ale teraz, jak już ogarnąłem mniej więcej jak on działa, narobię tu trochę zamieszania.

-A, co on niby robi poza tą osłonką skoro nie jesteś nim w stanie zadać jakichkolwiek obrażeń?- zapytał się Jean.

-Leczy, odrzuca i osłania – odpowiedział mu Klemens. – Pełne wsparcie dla osób mogących mieć problemy z obroną jak chociażby ty. Widzisz te trzy guziki na drzewcu kostura? Każdy z nich powoduję włączenie się aktywnej premii zastępując tym samym pasyjki pozostałych. Tryb osłony, jakiego aktywną premię teraz włączyłem, wywołuje właśnie ta przekozacką tarczę. Wszystkiego wam nie będę teraz tłumaczył. Na razie wystarczy to, że ta osłona nas ochroni przed potworami.

-Ale są tępe – zauważył Jean. – One nie widza, że nic nam nie zrobią?

-Pewnie nigdy się nie spotkały z tego rodzaju barierą, więc nie mają zaprogramowanych zachowań do walki z przeciwnikiem, który ją stosuję. Być może jawi im się ona jak jakaś anomalia, którą ignorują. Tak poza tym to bariera blokuje tylko od, zewnątrz więc jak chcesz to możesz teraz powystrzelać cały ten zwierzyniec.

-I całą zabawę ze strzelenia mi odebrałeś – westchnął likwidując kolejno potwory celowanymi strzałami Jean. – Ale trzeba przyznać, że skontrowałeś je wzorcowo.

-To, co teraz robimy? – zapytałem, gdy Jean powystrzeliwał już wszystkie potwory.

-Spróbuję otworzyć ten portal danych, a poza tym to wypadałoby się udać do strażnika, by mu zdać raport z tego, co się tutaj działo.

-To próbuj jak chcesz – odparłem – Na głaskanie to cię ten słup nie wpuści do środka.

-Ale ja nie będę go głaskał – wyjaśnił pewnie Klemens. – Kiedy tu biegliście, ja załadowałem do swojej odznaki program, który powinien dać mi dostęp do tego portalu danych.  Patrzcie i się uczcie.

Po wypowiedzeniu tych słów Klemens odłączył od pasa swoją odznakę, po czym przyłożył ją do ściany wieży. Odznaka tuż po przyłożeniu zajarzyła się nieznacznie i zaczęła wydzielać idące po całości wieży fioletowe pulsacje.

-Widzicie jak to się robi? – powiedział pewien swego.

Pulsacje dalej się rozchodziły, ale nic się nie stało. A przynamniej nic widocznego. Klemens spartolił robotę.

-Najwyraźniej program nie jest jeszcze gotowy do działania –westchnął Klemens, odczepiając odznakę od wieży, by ponownie ją umocować do pasa, jako klamerkę.

-Brawo!- zaklaskałem w dłonie. – Znów spartoliłeś robotę.

-Wcześniej was ratując, kiedy dałeś się wraz z Jeanem złapać w pułapkę jak małe dzieci – odparł mi Klemens.

-Co by nie nastąpiło, gdybyś nas ostrzegł, że pojawiły się potwory – dodałem. Przecież to nie była moja wina, że daliśmy się okrążyć.

- Gdybyś wczoraj nie namieszał mi w plikach to mógłbym was dzisiaj ostrzec, a tak to przez ciebie nic tu nie działa! – wykrzyknął Klemens podchodząc do mnie tak, że gdybym mógł to czułbym teraz jego oddech na twarzy.

-Chłopaki… Mamy problem – powiedział Jean wskazując na wystające z jego brzucha olbrzymie ostrze. Rozpostarł ręce w geście oznajmiającym, że nie mógł nic zrobić i rozpadł się. Za nim stał cały odziany w czerń chłopak mający na czole widoczny ten sam symbol, co u potworów.

-Nikt nie może się zbliżać do wieży – odparł takim tonem jakim satanista mógłby rozpoczynać swoje rytuały. W sumie może to jakiś uwięziony w Cortexie ministrant, któremu zdrowo odwaliło.

-Siemka, co tam u ciebie? – zapytałem się go ciekaw reakcji.

Odpowiedzi nie otrzymałem. Ale sierpa na ryj już tak. Zatoczyłem się na ziemię, a mój przeciwnik skoczył na mnie szykując się do ciosu. Jednak nim doleciał oberwał w brzuch kosturem Klemensa, co go odrzuciło na ładne kilka metrów. Klemens po wyprowadzeniu ciosu podbiegł do niego i ryzykując otrzymanie ciosu, uderzył swoim kosturem o powierzchnię Cortexu wywołując olbrzymią eksplozję odrzucając zarówno wojownika w czerni jak i mnie pomimo dystansu, jaki nas dzielił. Szybko się otrząsnąłem jednak po odrzucie i podbiegłem do Klemensa z mieczem w dłonie, by pomóc mu w walce.

-Rozumiem, że się troszkę posprzeczaliśmy, ale odłóżmy to na później, zgoda?

-Zgoda – odparłem. – Nawiedzony ministrant chwilowo ważniejszy.

-Racja, spuszczamy mu wpierdol i zasuwamy do strażnika – powiedział. – Stój chwilowo blisko mnie. Tak długo jak nie aktywuje tarczy bądź odrzutu będziesz przy mnie odzyskiwał kawałek zdrowia.

Hmmm… Przyjemna sprawa z takim leczeniem. Z chęcią dopytałbym się o szczegóły, ale kolejny atak czarnowłosego skutecznie mnie zajął. Kolejny cios z wyskoku odparłem poziomym blokiem, by następnie kopniakiem w mostek rzucić przeciwnika na kolana.  Korzystając z zaistniałej sytuacji zamachnąłem się zza pleców mieczem tak, że ten z olbrzymią siłą runął na przeciwnika. Przez chwilę myślałem, że to już koniec walki, ale tak nie było. Miecz zamiast w bark, trafił w obłok dymu, w jaki zamienił się fan czerni. Nim zdążyłem zareagować ten przeniknął koło mnie i przybrał cielesną formę dopiero za moimi plecami. Spróbowałem ratować sytuację odwracając się, gwałtownie wyprowadzając tym samym poziomie cięcie w rywala. Ten przyjął mój cios na jelec swojego miecza a następnie przekręcił go wkładając w to całą siłę. Zaskoczył mnie tym i spowodował, że miecz wyleciał mi z rąk. Klemens próbował ratować sytuację atakując go od tyłu, ale ten sprawnie się odwrócił i wbił swój olbrzymi miecz w jego bark z taką siłą, że ostrze zatrzymało się dopiero w okolicach żołądka. Klemens natychmiast się rozpadł zostawiając mnie sam na sam z przeciwnikiem, którego w równej walce nie byłem w stanie pokonać.

Ale korzystając z dogodnej sytuacji już tak. Mój oponent stał teraz plecami do mnie wciąż wyjmując oręż z rozpadającego się ciała Klemensa. Trwało to może ułamek sekundy, ale mój umysł jakby się wyostrzył. Sprawnie sięgnąłem po nóż do kabury, jaką miałem przymocowaną do rękawa i skoczyłem przed siebie by zatopić ostrze w plecach rywala. Ten jednak dostrzegł albo raczej wyczuł mój ruch i odwrócił się, by sparować cios. Był jednak za wolny a ja byłem za blisko, by mógł zrobić użytek ze swojego miecza. Runąłem na niego przygniatając go do ziemi i zatapiając tym samym sztylet w jego szyi. Spróbował jeszcze zmienić się w dym, ale było już za późno. Proces dewirtualizacji się rozpoczął. Rozpadł się, a ja zostałem sam jeden w Cortexie.
Spojrzałem melancholijnie na dominującą nad otoczeniem konstrukcję. Czerwony dym otaczający jej szczyt nie dawał mi spokoju. Xana, co ty do cholery knujesz?

-Klemens, Jean! – krzyknąłem mając nadzieje, że przynajmniej jeden z nich zajął już pozycję przy komputerze i mnie słyszy. –Pilnujcie skanerów! Zaraz u was wyląduje nasz przyjaciel w czerni!

-Tu Klemens, jestem już przy kompie, a skanerów pilnuje Jean z całkiem sporym konarem do zdzielenia tego gnoja – usłyszałem w odpowiedzi. Ciekaw jestem, kim się okaże ten wojownik. Teoretycznie kontrolowaliśmy to, kto i kiedy się wirtualizacje, a tu taka wtopa, że nie wiedzieliśmy o tym kolesiu.

Po minucie lub dwóch Klemens ponownie się do mnie odezwał. 

-Nikt nie wychodzi ze skanera, a na dodatek nie mamy tego gościa w rejestrze wirtualizacji. Teraz nie tylko musimy zdać strażnikowi raport ze swoich działań, ale i poinformować go o tym wojowniku.

-I oczywiście to wszystko ma być moja robota? – zapytałem retorycznie wiedząc, że i tak ostatecznie to zrobię.

-A niby czyja? Akurat jesteś w Cortexie, więc nie musimy tam wysyłać kolejnej osoby – powiedział. – Sprawa jest oczywista. Zasuwaj do strażnika!

-A może to ty powinieneś powiedzieć strażnikowi o tym, że ktoś robi cię w konia z rejestrowaniem powrotów na ziemię? – zacząłem się droczyć. Podenerwowanie Klemensa jest zawsze dobrym sposobem na poprawę humoru.

-Ale to ty zostałeś teraz, jako jedyny w Cortexie Nicollo – odparł – A więc masz najbliżej.

-Gdybyś się zwirtualizował koło kuli, to dotarłbyś do centralnej wieży szybciej ode mnie… - zacząłem niewinnym tonem, ale Klemens mi przerwał.

-Idź no już… Wykłócasz się jedynie po to, by mi zagrać na nerwach, a i tak wiesz, że ostatecznie pójdziesz – powiedział znudzony.

-Dokładnie cebularzu. Dokładnie tak jest – odparłem, po czym pognałem do centrum Cortexu.
Dotarłszy do mostu stanąłem na chwilę, by nacieszyć się widokiem. Okolice kuli były najbardziej charakterystycznym miejscem w Cortexie. Lewitująca czarna kula, w której mieściło się serce tego świata była jedyna w swoim rodzaju. Wieża znajdująca się na jej szczycie również wyróżniała się na tle tych wieżo podobnych słupów, jakich broniły potwory. Prowadziły do niej jedynie strome schodki umieszczone na brzegach kuli. Wspiąłem się po nich aż na sam szczyt i stanąłem pod wieżą. Wszedłem do jej środka przenikając przez ścianę po uprzednim aktywowaniu przejścia swoją odznaką. Gdy już znalazłem się w środku dosłownie oniemiałem z wrażenia. Futurystyczne jak cały Cortex wnętrze zrobiło na mnie ogromne wrażenie. Stałem na okrągłej o dziwo platformie ukształtowaną na kształt symbolu Cortexu. Po ścianach przemieszczały się nieustannie tysiące paneli z informacjami tworząc jedyny w swoim rodzaju wystrój wnętrza. Jeśli kiedykolwiek przed odkryciem Cortexu zastanawiałbym się nad tym jak może wyglądać cyfrowy świat wyobraziłbym sobie zapewne coś takiego.

-Witaj wojowniku w mojej wieży! – usłyszałem bijący od każdej ściany donośny i przyjemny dla ucha głos. Pośrodku wieży pojawiła się ogromna złota futurystyczna maska będąca prostej budowy, pomimo której i tak wywierała na mnie ogromne wrażenie.

-Witaj strażniku – zasalutowałem sztywnie, starając się podbić patos tej rozmowy aż do granic komizmu. – Przybyłem złożyć ci raport.
-Przemawiaj, więc – odrzekł strażnik. – Co takiego wydarzyło się w moim świecie bez mojej wiedzy?

-Mieliśmy, że tak powiem, małe problemy – wyjaśniłem. – Na twoją chatę wbił niejaki Xana, jak można sądzić z tego, co wygaduje jego sługusek. Przejął częściową kontrolę nad przepływem danych w Cortexie zakłócając przy tym naszą kontrolę nad tym światem. Pozaciągał tu tez trochę potworów, na które właśnie znaleźliśmy sposób. Pokonamy go pewnie do końca tygodnia, jeśli nam pomożesz.

-Nie pokonacie go w tydzień – przerwał mi strażnik. - Xany nie można lekceważyć. Jego stwórcy również. Jeśli Xana się tu pojawił to oznacza, że Schaeffer zamierza zniszczyć mnie i mój świat.

-Schaeffer? – powtórzyłem zdziwiony. Godząc się na bronienie Cortexu nie pisałem się walkę z kimś, kto pewnie był jakimś walniętym naukowcem chcącym opanować świat.

-Waldo Schaeffer. Niebezpieczny i żądny władzy psychopata, który uciekł w sieć przed sprawiedliwością. Ma on wiele sług gotowych pomóc mu w opanowaniu sieci, a potem zrobieniu globalnej dyktatury za pomocą maszyn.

-Taki Skynet[5] trochę? Światowa dyktatura maszyn, zagłada ludzkości i inne takie w ten deseń?

-Zgadza się –potwierdził strażnik. – Musicie go powstrzymać, jeśli Cortex ma przetrwać.

-Czyli mamy naklepać Xanie i pokazać, kto tu rządzi?

-Owszem, ale sami tego nie dokonacie. Obecnie kończę pracę nad program dającym dostęp do wież stworzonych przez Xanę oraz dającego niewielką kontrolę nad Cortexem. Umieszczę go w jednej z osób, które wprowadzicie do Cortexu. Gdy już wybiorę, kogo obdarzę tym darem to was o tym poinformuje. Będziecie musieli dopilnować, by ta osoba była w stanie dezaktywować wieże. Tylko w ten sposób pokonacie Xanę!

-Spoko Zordon… to znaczy strażniku – szybko się poprawiłem, gdy zobaczyłem, że statyczna z pozoru maska przybrała wyraźnie gniewny wyraz. Najwyraźniej strażnik nie lubi popkultury. – Żegnam – dodałem tnąc się po szyi swoim nożem, przez co szybko wróciłem do bunkra.

- I jak było? – od razu usłyszałem głos siedzącego przed komputerem Klemensa. – Jak zareagował na raport? Dowiedziałeś się czegoś ważnego?

-Nowinek trochę mam – wydyszałem wychodząc ze skanera, czemu zawsze towarzyszyło mi szybsze bicie serca i zadyszka.

-Siadaj i opowiadaj chłopie– powiedział stojący pod ścianą Jean kopniakiem podsuwając mi taboret. – Z chęcią się dowiem, co takie ci nagadał nasz Zordonek.

Chwyciłem ręką taboret i siadłem.

-Nagadał całkiem sporo i oczywiście przygniótł patosem. Zacznijmy od tego, że nie jesteśmy już jedyni w Cortexie…

Tyron

Kilkanaście minut później

-Co ty znowu knujesz Schaeffer? – powiedziałem sam do siebie wydychając dym z moich ust. Ponowne pojawienie się Xany całkowicie mnie zaskoczyło. Przecież go usunąłem z mojego superkomputera! Istnieją więc tylko dwa wyjaśnienia dla jego ponownego pojawienia. Pierwsze jest takie, że pomimo tego, że zanim usunąłem zawirusowaną partycję dysku, Xana zdołał zawirusować inne elementy mojej maszyny. Na pewno jest teraz słabszy niż był przed pokonaniem francuzów, ale z pewnością odzyska wkrótce siły. Gdy wycina się raka, ale pozostawia przeżuty można mieć pewność, że ten powróci. Xana jest jak rak. Albo eksterminuje się go w całości albo pozwala się mu odrodzić z jakiejś drobiny. Druga opcja z kolei oznacza to, że Schaeffer stara się odzyskać swoją córkę, więc Xana ma jedynie odwrócić jego uwagę. Nie wie jednak, że jej nie odzyska. Tak jak nie odzyska Anthei.

Zachłysnąłem się dymem i zakasłałem. Ten impuls wyrywający mnie z rozmyślę uświadomił mi, że powinieniem już wracać do domu. Spojrzałem na zegarek, na którym zobaczyłem wskazówki, którym do złączenie brakowało może z dziesięciu minut. Było strasznie późno. Zgasiłem papierosa na ścianie szkoły, pod którą stałem i odrzuciłem go w krzaki. Jeden niedopałek pod akademikiem nie zrobi różnicy. I tak jest ich tu od cholery.

Pozbawiwszy się papierosa skierowałem się do samochodu, po drodze pozdrawiając woźnego, który akurat wynosił śmieci. Mój samochód czekał na mnie tam gdzie go zaparkowałem. Byłoby dziwne gdybym spodziewał się jego braku, ale na szkolnym parkingu wszystko się może zdarzyć. Mi samemu zdarzyło się w liceum z kumplami „przestawić” samochód najbardziej nielubianego nauczyciela o dobre kilkadziesiąt metrów. Niepotrzebnie o tym pomyślałem. Znów przypomniałem sobie Walda, jako osobę, której starałem się dorównać. Już w Liceum, kiedy go poznałem był on powszechnie lubianym wśród rówieśników i szanowanym przez nauczycieli uczniem, któremu nawet, gdy przewodniczył w szkolnych psotach rzadko się obrywało. Ja natomiast ciągle starałem się mu dorównać, czego nie potrafiłem dokonać. Zawsze to on był liderem i prymusem, a ja tym drugim. Dopiero w Kartaginie poznali się na tym, który z nas jest lepszy. Teraz przejąłem jego osiągnięcia, wiedzę i żonę… Nie oddam mu jej bez walki. Nie po to trudziłem się przez te wszystkie lata, by teraz odpuścić.

Otworzyłem wreszcie samochód starając się zapomnieć o_złości, jaka się we mnie wezbrała podczas wspominania przeszłości. Muszę przestać być taki pamiętliwy. Nie liczy się przeszłość, a jedynie przyszłość. Zamiast na rozpamiętywaniu muszę się skupić na poprowadzeniu obecnych obrońców Cortexu do zwycięstwa nad Xana i Wojownikami Lyoko. Waldo musi przegrać.

Ostatnio to właśnie przez niego wszystko stanęło na głowie. Nawet radio podające informację o ucieczce olbrzymiego węża przez pancerną szybę nie wydało mi się dziwne w porównaniu do tego, co ja robię w piwnicy albo jak pokręcone są moje relacje rodzinne. Zapalając silnik postanowiłem sobie jedno. Tę rundę wygram tak jak poprzednio. Wojownicy Lyoko zostaną ujawnieni i pozbawieni dostępu do superkomputera, Xana zniknie z tego świata na dobre, a Walda zmaterializuje tylko po by zabić go osobiście uświadomiwszy uprzednio o tym, że wygrałem.
***

1. Burgundia – kraina geograficzna położona we wschodniej Francji.

2. W Szwajcarii nie ma gimnazjów w takiej formie jak u nas, więc pierwsza liceum to tak jakby nasza pierwsza gimnazjum.

3. Niemieckie „Schliessen” – strzelać i „Abschliessen” -kończyć

4. W krajach niemieckojęzycznych obowiązuje odwrócona skala oceniania


5. Skynet – System sztucznej inteligencji znany z filmów z serii „Terminator”

Następny rozdział ukaże się pewnie w Lipcu. Z powodu zbliżającego się wystawienia ocen nie mam zbyt dużo czasu na pisanie a ponadto kolejna w "kolejce" pisania jest piąta edycja areny, którą planuję na końcówkę czerwca.

3 komentarze:

  1. Ten komentarz został usunięty przez administratora bloga.

    OdpowiedzUsuń
  2. Odnośnie Tyrona na początku, to chyba każdy mógł się tego domyśleć, że mógł coś takiego zrobić, ale i tak to co z Antheą zrobił, wkurza jak się to słyszy i widzi. Plus to jego zadufanie co do tego, że osiągnął więcej od Schaeffera. Mocno mnie rozbawiło. Podobnie na końcu, ale później o tym napiszę.
    Znowu do Lukasa czuje pewien niesmak - obecnie jest bierny w prawie jeśli nie we wszystkim co się wokół niego dzieje. Można by to na siłę wziąć jako trzymanie się z dala od kłopotów, ale to i tak jest dosyć sztuczne.
    Ta uwaga Ferenca do Sylwii o średniej 1,0 do niej nie pasuje. To Łucja jest kujonem, nie Sylwia. I już prędzej to ona by mu powiedziała o uczeniu się niż Sylwia.
    Brakuje mi tu czegoś - co z resztą Gwardii? Po tym co się działo podczas turnieju, to nie jest możliwe, by był brak jakiejkolwiek reakcji z ich strony. Szczególnie, że Klemens się obawiał Franza, a tutaj nic, tylko się wkurza z powodu errorów w Superkompie. Musiałeś już o tym zapomnieć.
    Walki na pięści wyszła całkiem nieźle, to samo z bronią z potworami. Z tym że przed pojawieniu się Klemensa mam wrażenie, że opis walki Jeana i Nicolla z potworami była skrócona. I przede wszystkim nie ma tam jak wygląda dokładnie ten "kij" Klemensa. Średniowieczna wersja kostura do Cortexu mi wcale nie pasuje, a tylko z tym mi się ta broń kojarzy.
    Nie do końca ogarnąłem. To teraz wieża Cortexu jest NA szczycie Kuli, czy tak mi się wydawało? Nie byłem pewien, czy mowa było o wieży, czy o wnętrzu kuli, bo do wieży każdy może wejść, a do Kuli potrzebny jest "klucz".
    Walka z kopią Williama też wyszła całkiem nieźle. Kopia wydała mi się jednak wolniejsza w reagowaniu niż ostatnim razem. Troszeczke bardziej podobna do robota.
    To jak Nicollo się z niego na początku nabija... Aż dziwne, że "strażnik" się tym w ogóle nie zirytował. Ale po tej rozmowie też widać, że bardzo dobrze obmyślał sposób wtajemniczenia Agnes, żeby oni się w ogóle nie domyślili, że coś jest nie tak, i że ona zawsze umiała dezaktywować wieżę. I na dodatek coraz bardziej nastawia ich przeciwko Schaefferowi. Jak już pojawią się WL, to naprawdę będzie nieźle, jak im tylko powie, że oni pomagają temu "psychopacie Schaefferowi".
    Aha, to dlatego tak kopia się zachowywała. Ale też mnie Tyron rozbawił - Halo, koleś, to nie wirus tylko SI, więc czego się spodziewałeś?. - No i znowu to jego zadufanie co do samego siebie. Ale widać też wyraźnie, że się nie patyczkuje.
    Na końcówce się trochę uśmiałem. Jak Tyron się dowie, że Waldo już dawno nie żyje, to się zdziwi. Nie będzie już taki usatysfakcjonowany, jakby chciał.

    Wreszcie wstawiłem. Troche to trwało. Ale i tak nie jestem z tego koma zadowolony, przez to, że mocno wypadłem z rytmu. Ale i tak z tego rozdziału jestem w miarę zadowolony prócz paru rzeczy, które w kilku uwagach wymieniłem, i przez to troszkę mi się wydaje ten rozdział nie do końca pełny.
    Ale i tak z wielką niecierpliwością czekam na kolejny rozdział.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. 1. To o średniej ro rzeczywiście moja wpadka. Ta kwestia powinna należeć do Łucji.
      2. Reszta gwardii i jej reakcja będą później pokazane. Po co Jean i Nicollo mieliby ich brać do Cortexu skoro szli jedynie po to by wyrównać rachunki? Potrzebny był im jedynie ktoś kto ich zwirtualizuje i nikt poza tym.
      3. Opis kostura najwyraźniej przypadkiem usunąłem podczas którejś edycji tesktu. Pojawi się on w koljnych rozdziałach.
      4. Wieża jest na szczycie kuli i prowadzą do niej schody biegnące wzdłuż kuli. Jest to element przeze mnie dodany.

      Usuń