czwartek, 22 października 2015

Rozdział 17 „Scalenie jaźni”

Rozdział 17
„Scalenie jaźni”
Yumi
Czwartek
Właśnie zostałam sama.
 W sumie to  na początku trochę byłam trochę zadowolona, że Oddowi się  porządnie oberwało, bo na to zasłużył swoimi dziecinnymi docinkami o mnie i o Urlichu. chociaż teraz zaczynam żałować tego, że wypadł on z gry, bo zostałam sama w walce z drugim pod względem siły członkiem gwardii.
Mój przeciwnik po pokonaniu Odda emanował pewnością siebie pomimo tego, że nie podejmował jak na razie żadnych prób walki ze mną. Po prostu stał i szczerzył zęby swoje białe niczym śnieg jakby chciał mnie sprowokować do podjęcia jakiegoś nierozsądnego kroku.
-Coś taka smutna? Wydawało mi się, ze niezbyt przepadałaś za tym cieniasem.- powiedział zuchwałym tonem.
-Nie twój interes.- wycedziłam przez zęby, szykując się do rzutu wachlarzami, które by zamknęły tę wiecznie otwartą gębę.
-Coś taka nerwowa?- zakpił sobie- Wiesz chyba, że człowiek będąc wyluzowanym jest w stanie zdziałać znacznie więcej niż wtedy gdy stres nie pozwala mu się na niczym skupić?- mówiąc to nałożył strzałę na cięciwę i z zupełnym spokojem wycelował we mnie swoją broń.
Pomimo tego, ze był on moim wrogiem to w jego słowach kryło się ziarnko prawdy. Jeśli nadal będę tak spięta to zapewne chybię jeśli w niego cisnę swoimi wachlarzami. Zresztą i tak mam go tu jedynie przytrzymać tak długo jak nie rozwiąże się kwestia Aelity więc pokonanie go nie jest konieczne.  Wystarczy, ze przeżyję dość długo by doczekać się przybycia wsparcia w postaci moim pozostałych przyjaciół. Nawet jak szatynowi uda się mnie pokonać to i tak pozostanie zamknięty w bąblu symulacyjnym,  który się wytworzył po tym jak cisnęłam jego skompresowana wersją w Korę.
Rozluźniłam mięsnie i zamknęłam oczy by się by to samo zrobić z myślami Było to trochę dziwne ponieważ teoretycznie powinnam rozluźnić jedynie umysł a nie ciało, którego de facto tu nie posiadałam.
Mój przeciwnik wykorzystał moment mojej nieuwagi w czasie kiedy byłam na parę sekund bezbronna wystrzelił we mnie ze swojego łuku. W ostatniej chwili uskoczyłam w bok przed jego pociskami tylko po to by trafiły mnie kolejne wypuszczone przez niego strzały. Dostałam w udo i rękę, którą zasłoniłam swoją twarz dzięki czemu otrzymałam mniejsze obrażenia niż gdybym dostała w twarz. Wgłębi ducha przeklęłam własną głupotę, która kazała mi spruwać się rozluźnić w momencie gdy ktoś do mnie celował.
-Mówiąc, że lepiej byś zrobiła gdybyś się rozluźniłaś, nie miałem na myśli tego byś zamykała oczy w obliczu wroga i wystawiła mi się jak na tacy.-pouczył mnie ten nadęty Włoch.
-Możesz się zamknąć?- odparłam wstawszy na nogi. Nie miałam ochoty w ogóle wdawać się w rozmowę z tak nadętym i zarozumiałym typkiem. Tacy ludzie po prostu napawali mnie odrazą tak samo jak ludzie, którym się wydaję ,że mogą wszystko a w rzeczywistości są jedynie żałosnymi i natrętnym i typkami..
Spojrzałam mu prosto w oczy by być pewną, że nie wykona on ruchu, którego nie zauważę ale dostrzegłam w nich dziwny i stale rosnący rozbłysk światła. W ostatniej chwili zrozumiałam, że ten błysk był odbiciem lecącego ku mnie pocisku. By go uniknąć odwróciłam się i zeskoczyłam z leśnej ścieżki na drugą znajdującą się prostopadle w stosunku do tej , na której jeszcze przed chwilą stałam.
Gdy wylądowałam zobaczyłam, że do szatyna dołączyła grupka pięciu innych przydupasów Tyrona,  z czego aż dwóch z nich miało płaszcze gwardii. Gwardziści z numerami 2 i 5 po chwili zasypali mnie gradem pocisków przez co musiałam uskoczyć za znajdujący się obok mnie kamień by uniknąć dewirtualizacji.
-No to teraz znalazłaś się w naprawdę ciężkiej sytuacji. Co teraz zrobisz? Osobiści polecam Sepukku.- powiedział kąśliwym tonem specjalnie po to by mnie zdenerwować.
Z trudem powstrzymałam swój gniew by nie wybuchnąć emocjami. Jak on śmiał proponować mi samobójstwo?! Ten typek już wcześniej przekroczył wszelkie granice cwaniactwa jakie można było przekroczyć. Nawet William nigdy nie był aż tak nachalny nie widzący jak druga osoba odbiera jego słowa i czyny.
Jednak nie mam teraz czasu na rozmyślenia. Jeśli szybko nie wykonam jakiegoś ruchu to szwajcarzy po prostu obejdą moją osłonę i mnie zmasakrują ogniem krzyżowym. Szybko podjęłam decyzję by zrobić użytek z telepatii. Na początku do mojej głowy przyszedł pomysł by za pomocą telekinezy zrzucić na nich jedno z drzew rosnących obok ścieżki ale w porę przypomniałam sobie, że wszystko co dookoła widzę jest iluzją i takie drzewo nie zada im żadnych obrażeń fizycznych. Skupiłam się zatem na wachlarzach, które rzuciłam przed siebie w przeciwną stronę do tej po której znajdowali się moi przeciwnicy.
-Odrzucasz broń? Chyba zaczynasz się gubić we własnych ruchach.- skomentował mój ruch nadęty makaroniarz.
Uspokoiłam swoje myśli i zaczęłam używać telekinezy. Obydwa wachlarze dostały się po chwili we władanie mojego umysłu ja kazałem zatoczyć im szeroki łuk i trafić w plecy nic nie spodziewających się przeciwników.
Nagle poczułam czyjąś rękę na swoim ramieniu i jednocześnie ostrze na swojej szyi. Z trudem odwróciłam się na tyle na ile pozwalało mi to ostrze oraz tak delikatnie by nie stracić mentalnej władzy nad wachlarzami. Ku swojemu zdziwieniu ujrzałam twarz napastnika wyglądające niemalże jak Urlich. Taka sama twarz włosy i broń powodowały, że patrząc na niego ciągle przed oczami miałam obraz Urlicha co dodatkowo mnie dekoncertowało. Jedynym co ich różniło były ich oczy i kolorystyka stroi i broni. Ulrich miał brązowe oczy natomiast ten tutaj  miał oczy w kolorze jasnego błękitu a broń czarną jak smoła w przeciwieństw do mojego przyjaciela, którego katany połyskiwały metaliczną barwą stali.
-Co wy chcecie osiągnąć poprzez dostarczenie Agnes tej latającej meduzie i dlaczego jej wstrzykujecie fałszywe wspomnienia , w których jesteście jej przyjaciółmi- zapytał najciszej jak mógł po czym odwrócił się nie zdejmując przy tym katany z mojej szyi krzyknął do reszty swojego zespołu:- Może lepiej będzie jak ją przesłuchamy zanim ją odeślemy do skanera?
-W sumie to dobry pomysł.- odparł mu łucznik po czym wraz z całą resztą swojej drużyny oddalili się by wziąć rozbieg do przeskoczenia z jednej platformy na drugą.
-Masz parę sekund na powiedzenie mi o tym czego chcecie o Agnes ,bo potem wszystko usłyszy Nigel, Jean i Nicollo a wtedy los Agnes nie będzie zbyt różowy.- wyszeptał mi do ucha jasno dając mi do zrozumienia o kim mówimy. Jej los pozostawał mi w dużym stopniu  obojętny, bo już dziś napotka swój kres ale przed szermierzem, który mnie przesłuchiwał warto było odegrać zmartwienie.
Muszę go zwodzić jeszcze przez parę sekund by wachlarze dotarły na właściwe miejsce i pokazały swą skuteczność poprzez zagłębienie się w ciałach szwajcarów.
-Jeśli i ty chcesz  dobra Aelity czy jak tam ją zwiecie to przyłącz się do nas. My nie chcemy jej skrzywdzić tylko jej pomóc.- odparłam mu wywołując przy tym niemałe zaskoczenie na jego twarzy.
-Co masz na myśli?- zapytał od razu a jego ton sugerował narastającą w nim ciekawość.
-Jeśli nasz różowowłosa koleżanka dotrze do nieaktywnej wieży to wówczas aktywujemy ją i zwrócimy jej wszystkie wspomnienia.-zablefowałam dobrze wiedząc co się wówczas stanie.
-W takim razie ją tam osobiście zaprowadzę jeśli wam się nie uda. Ale nie licz, że będę ryzykował otwarty konflikt z przyjaciółmi ze szkoły dla niej. Zrobię to tylko wtedy jeśli jednocześnie moje szkolne relacje na tym nie ucierpią więc poczekam ze zmianą stron do momentu gdy zostanę tylko ja i ty na polu walki.-odparł mi po czym wstał i zaprosił do przesłuchania mnie swoich towarzyszy, którzy właśnie zeskoczyli na właściwą platformę
Nadszedł teraz właściwy moment na działanie. Wachlarze znalazły się na sowich miejscach i teraz wystarczyła jedynie moja myśl by zdewirtualizowlły nic nie spodziewających się przeciwników myślących ,że jestem całkowicie bezbronna.
-To co mała pobawimy się w przesłuchanie.-powiedział Nigel przystawiwszy mi palce do podbródka czym zgłosił się na bycie priorytetowym celem do wyeliminowania.
 Tym momencie przez jego ciało oraz jeszcze jednego wroga przeleciał wachlarz dewirtualizując go na miejscu. Jego towarzysze początkowo nawet nie zauważyli co   trafiło ich dwóch towarzyszy ale już po chwili zaczęli mnie atakować.
Szybko poderwałam się na nogi  by wyciągnąć  swój kij i odeprzeć pierwsze uderzenia kopii Urlicha, które natychmiast zostały na nim zablokowane.
Odepchnęłam jego broń i odskoczyłam w tył by zorientować się w sytuacji, która była dla mnie nadal fatalna. Moje wachlarze poleciały niewiadomo gdzie a pomimo tego, że za ich pomocą pokonałam dwóch rywali to nadal mieli oni miażdżącą przewagę liczebną jaką stanowiło czterech wojowników i jedna wojowniczka w tym dwóch członków gwardii.
Wtem zdarzyło się coś czego nie spodziewałam się kiedykolwiek zobaczyć.
Członek gwardii z numerem piątym padł na ziemię przebity eleganckim rapierem a znajdującym sięga nim zabójcą był nikt inny jak Jeremie. Kiedy  mówił on, ze jeśli sprawy nie będą się przedstawiały najlepiej to wybierze Siudo Kory, uznałam to za czcze zapowiedzi a teraz Jeremie stal przede mną właśnie pokonawszy swojego pierwszego przeciwnika.
Był on ubrany identycznie jak gwardia ale w zupełnie innej kolorystyce. Na biały kombinezon z błękitnymi elementami miał narzucony granatowy płaszcz  z długimi rękawami. Do znajdującego się pod płaszczem pasa miął przytroczoną długą pochwę na rapier oraz niewielką kaburę, w której krył się niewielki pistolecik. Einstein tworząc to wcielenie wzorował się na strojach gwardii oraz ich stylowi walki, dzięki czemu łatwiej mu go było analizować. Wzorem wojowników Tyrona na prawym rękawie znajdowała się kabura z niewielkim nożem, który u niego posiadał dodatkową osłonkę na jelcu przez co wyglądał jak króciutki rapier.
Jego fryzura uległa niewielkim zmianom, które ograniczały się do długości włosów będących teraz zdecydowanie krótszymi. Oprócz tego wydawał się odrobinę wyższy niż w rzeczywistości oraz lepiej wysportowany co było zapewne spowodowane tym, że tworząc to wcielenie mógł przy nim dowolnie majstrować by nie wyjść na nerda, który nie umie walczyć.
Korzystając z tego, że reszta rywali wciąż była w szoku ciął on jedyną dziewczynę w ich grupie przez co ona również wyleciała z gry. Co prawda trzeci cios Jeremiego został już zablokowany przez ostatniego pozostałego przy życiu to i tak sytuacja naszych wrogów uległa pogorszeniu. Stracili swoja przewagę liczebną a do tego został im już tylko jeden wojownik na którego należało uważać. Istniała na dodatek spora szansa, że  jak zlikwidujmy członka gwardii to jego towarzysz do nas dołączy dzięki czemu jeszcze bardziej uszczuplimy przewagę liczebną wroga.
-Yumi wszystko w porządku.- zapytał się mnie Jeremi wciąż nie spuszcza wszy wzroku z rywali.
-Jakoś dam radę.- odparłam po czym zapytałam chcąc zaspokoić swą ciekawość:- Co cię skłoniło do tego byś tu przyszedł?
-Wiesz dobrze, że jeśli stracilibyśmy Aelite podczas tej akcji tylko dlatego, że zabrakłoby jednej osoby to nigdy bym sobie tego nie wybaczył.- wyjaśnił mi z nutką złowrogiej determinacji w głosie, która sugerowała, że mówi on z całkowitą powagą. Aelita wiedział w co się pakuję jeśli ta akcja się nie powiedzie i, że jak wparujemy całą szóstką do Kory to przewaga liczebna przeciwników może nas przytłoczyć.
Jeremie wyciągnął z kabury swój drugi sztylet i przybrał pozycję do ataku wyglądając teraz niczym wytrawny szermierz.
-Biorę tego słabszego, bo nie czuję  się na siłach by atakować kogoś z gwardii.- powiedział tonem sugerującym, ze jest decyzja od której nie ma odwrotu.
Wzmocniłam uchwyt w jakim trzymałam swój kij i również ruszyłam na wroga. Przypadło mi walczyć z członkiem gwardii uzbrojonym w długi miecz półtora ręczny  i tytułującym się numerem 4. Jeremie w tym czasie wziął na siebie walkę ze słabszym przeciwnikiem w walce, którym osiągnął dość wyraźną przewagę. Głównie udało to mu się dzięki jego umiejętności ,którą sobie wcześniej starannie wymyślił i zaprogramował.
Podczas walki Nicollo wielokrotnie ciął powietrze, bo Jeremie sprawnie teleportował sięga niego dzięki swojej umiejętności. Polegała ona na tym, że gdy nasz einstein spojrzał komuś oczy będąc w wirtualnym, z na tyle bliskiej odległości by zobaczyć białko jego oczu to przenosił się on za plecy tej osoby na dystans równy połowie odległości jaka ich wcześniej dzieliła. Była to prosta w użytku moc, przy używaniu której nie trzeba było utrzymywać skupienia co pozwalało w pełni skoncentrować się na walce. Wciągu tygodnia treningów Jeremie opanował swoją moc oraz technikę posługiwania się swoim dziwnym rapierem na tyle by móc walczyć na równi z Williamem i Ulrichem, chociaż gdyby toczył z nimi walkę na serio to zapewne by przegrał gdyż w sparingach jedynie on używał swojej mocy. Dotychczas ich opowieści  o tych treningach uznawałam za nieprawdziwe, nie mogąc uwierzyć w to, że Jeremie wybierał Siudo Lyoko by poćwiczyć ale też widziałam efekty tych treningów na własne oczy.
Włoch unikał kolejnych pchnięć i cięć rapiera Jeremiego, który dodatkowo był wspomagany niewielkim sztyletem, trzymanym przez komputerowca w lewej ręce. Po chwili i on wyciągnął swój sztylet by zacząć walczyć dwoma broni naraz ale zapewne próbował tego po raz pierwszy, bo widać było jego braki w obejściu z taką bronią.
-Od kiedy to rapierem się próbuję ciąć?- zapytał Jeremiego zdziwiony stosowanymi przez niego technikami członek gwardii.
-Widz, że trafiłem na kogoś kto zna się na broni.- odparł mu wciąż skupiony na walce Jeremie.
-zawsze mnie fascynowali francuscy muszkieterzy toteż dość dobrze znam się na używanej przez nich broni i dlatego mam wrażenie, że o ile twoja pomocnicza broń to bez wątpienia lewak to twój rapier nie przypomina mi tych egzemplarzy, z których użytek robili muszkieterzy.
-Masz rację. Ten rapier to „Espada Rapero” czyli ostrze wzorowane na rapierach konkwistadorów z czasów ich podboju nowego świata. Od rapierów wykorzystywanych przez muszkieterów różni go to, że znacznie lepiej od  nich tnie dzięki trochę innej budowie ostrza i jest znacznie łatwiejszy w użyciu.- wyjaśnił mu Jeremie.
Obydwaj wykorzystali tę rozmowę by odsunąć się od siebie by mieć miejsce na wyprowadzenie morderczego ciecia. Ich miecze się skrzyżowały powodując upadek Jeremiego na kolana, spowodowany tym, że miecz Włoch był znacznie cięższy od Espady Jeremiego.  Jeremi wykorzystał sytuację i spojrzawszy mu w oczy pojawił się za nim i zadał szerokie cięcie wymierzone w bark. Włoch jednak zablokował cios przesuwając w porę głownię swojego miecza na plecy co prawda uratowało mu skórę ale kosztowało utratę równowagi.
W tym momencie i na mnie ruszył mój przeciwnik przez co reszta walki Jeremiego przestała być dla mnie ważna, ponieważ priorytetem został obrona własnej głowy.
Na szczęście nie tylko wygląd ale i styl walki mojego przeciwnika  były zupełnie jak u Urlicha. Dzięki temu miałam wrażenie, że to właśnie z nim teraz walczyłam zupełnie tak jak to robiłam podczas wielu treningów jakie odbyły się w poprzednim tygodniu.
-Mam wrażenie, że wiesz gdzie wyprowadzę cięcie zanim je wykonam.- powiedział oponent nie zaprzestając wyprowadzania ciosów.
-Powiedzmy, że tak panie… Jak się w ogóle nazywasz? –zapytałam chcąc wyciągnąć z niego tą istotną dla mnie informacje. Możliwe, ze był on jakimś kuzynem Urlicha co by wyjaśniało jego wygląd i styl walki, ponieważ Urlich mi kiedyś  wspomniał, że podczas każdego rodzinnego zjazdy uwielbia się pojedynkować na taki e miecze z kuzynem.
-Dietrich Stern do usług. A ty japonko jak się zwiesz ?- powiedział udawanym poetyckim tonem.
-Yumi.
-I tylko tyle? Żadnego nazwiska czy czegoś podobnego?- zapytał z nutką niedowierzania w głosie.
-Tak,  nie mam nazwiska.- skłamałam. Usłyszawszy jego nazwisko uznałam, że może być on jakimś kuzynem Urlicha, przez co mógłby mnie jakoś skojarzyć przez niego chociaż znając Urlicha wątpiłby on opowiadał o mnie w swoim domu.
-Nieładnie jest kłamać.- powiedział.
W tym momencie wymiana ciosów stała się jeszcze intensywniejsza. Z trudem blokowałam jego kolejne ciosy będąc zupełnie przytłoczona dotychczasowymi. W końcu udało mu się przerwać moją obronę, ale zrobił to w taki sposób, że samemu również wystawił Siena cios oraz nie był w stanie zadąć cisu kataną dostateczni szybko więc zdecydował się mnie kopnąć. Niestety kopnąwszy mnie aktywował tę swoją umiejętność nazywaną hiperskokiem przez przeleciałem kilkanaście metrów w powietrzu i trafiłam Jeremigo.
-o! teraz to się idealnie ustawiliście.-powiedział z satysfakcją Nicollo po czym wziąwszy Zamch swoim mieczem wykrzyknął- Dell'energia percorso!
Zanim jednak ostrze uderzyło w ziemię by aktywować swoją umiejętność specjalną zarówno, Dietrich wybuchnął fioletowy płomieniem i padł na ziemię gdzie się zdewirualizował.
-Co?- wydusił z siebie zszokowany tym zjawiskiem Nicollo po czym po chwili najwyraźniej zrozumiawszy co się stało rzekł: Franz ty skurwielu.- po czym sam eksplodował fioletowym płomieniem.
Wymieniłam porozumiewawcze spojrzenie z Jeremiem. Obydwoje nie mieliśmy pojęcia co się tutaj stało. W jednej chwili mieliśmy przed sobą dwóch przeciwników szykujących się do wykończenia nas a w następnej wybuchli i pozostawili nas samych. Tym dziwniejsze było to, że ogień jakim wybuchli nie znikł tylko uformował siew dwie kule, które od nas odleciały.
-Yumi myślę, ze będziesz musiała mnie zdewirtualizować.- powiedział smutnym tonem.
-Dlaczego? Musimy teraz iść pomóc pozostałym o potem jeszcze trzeba będzie zniszczyć komputer Tyrona tak jak niszczyliśmy maszynerię w replikach. Bez ciebie możemy nie dać sobie rady.- odparłam mu zdziwiona jego wcześniejszymi słowami.
-Odd sobie nie poradzi przy bardziej skomplikowanych procesach przy komputerze a muszę mieć pewność, że nic nie zostanie spaprane co zapewne by Odd zrobił.- wyjaśnił po czym chwycił swój miecz za klingę i przystawił sobie do gardła.- Zdewirtualizuj mnie Yumi.- powiedział tak jakby wydawał rozkaz.
-Ej! Ja tu wszystko słyszę a zwłaszcza to jak mnie sobie obgadujecie w najlepsze!- wykrzyknął Odd do mikrofonu zdecydowanie za głośno przez co prawie nie pogłuchliśmy od jego wszechobecnego głosu, który dosięgał nas ze wszystkich stron.
-Teraz tylko bardziej pokazujesz, że powinienem cie zastąpić- powiedział Jeremie do nieba.
-Phi! A jak sobie chcesz Einsteinie.- odparł mu Odd tym razem już normalnym tonem dzięki czemu nasze uszy nie zostały ponownie narażone na destrukcje.
-W takim razie czyń honory Yumi.- rzekł po czym posłał mi zachęcający uśmiech jak gdyby mówił “wszystko będzie dobrze”.
Z żalem chwyciłam rękojeść miecza i i gwałtownie pchnęłam go do przodu. Ostrze przeszło prze z szyję Jeremiego niczym gorący nóż przez masło czego efektem była coraz szybciej znikająca tekstura wirtualnego wcielenia mojego przyjaciela.
-Pamiętaj, że po tym jak skończymy tą całą akcję z Aelitą to musimy jeszcze zniszczyć superkomuter Tyrona więc nie daj się łatwo zdewirtualizować.- wyszeptał na sekundę przed tym jak ostatecznie znikła z Kory.
 Bąbel symulacyjny zaczął się rozpadać przez co dostrzegłam, że nie stoję już w lesie ale w Korze. Znikła tak szybko jak się pojawił nie pozostawiwszy po sobie żadnego świadectwa istnienia jakby go tu nigdy nie było. Niedaleko mnie leżały moje wachlarze, które po chwili zapakowałam do swojej torby znajdującej się na plecach.  Rozejrzałam się po okolicy by zorientować się w sytuacji i zobaczyłam olbrzymie wybuchy fioletowej energii mające miejsce po drugiej stronie kory. Xana zapewne uznał, że lepiej poczekać aż się nawzajem powykańczamy więc nie powinien próbować mi przeszkodzić a nawet jeśli by spróbował to ma teraz tak mało mocy, że wezwie naraz co najwyżej dwa lub trzy potworki. Bardziej od niego niepokoi mnie jednak fakt, że te eksplozje mają miejsce mniej więcej tam gdzie powinna znajdować się Aelita.
-Yumi! Musisz ruszać natychmiast do reszty drużyny! Walczą obecnie z liderem gwardii i nie mam pojęcia co siętam dokładnie dzieje ale dostają niezłe baty. Wyślę ci megapoda ale mam obawy, że może on nie wystarczy,  bo to co wyprawia ich lider przekracza moje pojęcie.- powiedział Jeremie najwyraźniej już dotarłszy do komputera.
-Jeremie powiedz mi chociaż w przybliżeniu  co się tam dzieje.- zapytałam nie mając ochoty na pakowanie się w krwawą jatkę nie mając przy tym pojęcia o tym co się tam dzieje.
-Sam chciałbym wiedzieć.-odparł mi ponuro Jeremie.
Wyczuwając z jego głosu to, że mi nic już nie powie podeszłam do dopiero co zwirtualzowanego pojazdu. Ochrzczony przez Odda Megapodem pojazd był w rzeczywistości czteroma odnóżami z kołami złączonymi ze znajdującą się w kulistej formie centralą pojazdu. Był on doskonały do poruszania się po zdradliwym terytorium Kory, które potrafiło się dynamicznie zmieniać. Gdyby nie on nieraz kończylibyśmy grę jeszcze na skraju Kory gdyż jego pomoc była nieoceniona pomimo jego żałosnego działka.
Aelita
Niebo nad Korą zawsze było dla mnie pięknym widokiem. Niezależnie ile razy się mu przyglądałam wstępowała we mnie nadzieja, że uda się mi tu natrafić na jakikolwiek ślad mojego ojca. Lecenie nad znajdującym się pode mną labiryntem złożonym z wielkich szarych elementów dawało mi przyjemne uczucie niezależności i swobody ruchów. Z góry widziałam jak szwajcarzy męczą się z potworami Xany, który  ten sposób próbował ich wyeliminować  zanim spróbowałby to samo zrobić z nami.
Zobaczywszy wyraźnie wieżę będącą moim celem zniżyłam lot. Dzieliło mnie od niej jednie kilkadziesiąt metrów kiedy cos we mnie walnęło. Tym czymś okazała się brązowowłosa dziewczyna z dwucyfrowym numerkiem i skrzydłami dzięki, którymi jako jedyna z tej szwajcarskiej zbieraniny była w stanie mnie dosięgnąć.
-Agnes coś się stało z twoją drużyną, ze tu lecisz? Miałam was znaleźć i sprowadzić na pomoc  ale w waszej grupie dowiedziałam się, ze już dawno cię wysłali wiec pewnie już zginęłaś.- wykrzyknęła.
Zupełnie nie wiedziałam o co chodzi. Zupełnie obca mi osoba zwraca się do mnie jakimś niemieckim imieniem i wygaduję niestworzone rzeczy. Udam, ze ją wysłucham i jak najszybciej usunę ze swojej drogi. Nie będzie mi przeszkadzała w scaleniu jaźni.
-Lecę właśnie do tej wieży w ważnej sprawie. Myślę, że ty też powinnaś tam polecieć ze mną.- zachęciłam ją do wspólnej drogi.
-Dobry pomysł. Może zgarniemy do pomocy tę dwójkę co tam została i wygramy ten turniej.- odparła mi z entuzjazmem.
-w takim razie leć pierwsza a ja zabezpieczę twoje tyły.
-Dobry pomysł, bo ja nie mam żadnej broni więc i tak ktoś musiałby mnie osłaniać. –odparła mi z uśmiechem po czym wzbiła się w powietrze i odleciał  ku wierzy.
Gdy tylko jej stopy przestały dotykać ziemi wyciągnęłam ku niej rękę i przyzwawszy pole energii, wyrzuciłam z gry tą dziewczynę. To było podłe zagranie z mojej strony, ze w taki sposób zaatakowałam nic nie spodziewającą się dziewczynę ale nie miałam wyboru. Jeśli chcę pokonać Tyrona muszę być gotowa na takie sytuacje i sprawnie z nich wychodzić nawet gdy będę to robiła wbrew własnej moralności. Mam nadzieję, że nigdy nie będę już musiała jej spojrzeć w oczy, bo nie byłabym stanie stać i mieć przed sobą kogoś kogo w tak zdradziecki sposób zdewirtualizowałam.
Otrząsnęłam się jednak z tych ponurych myśli i pokonałam lecąc dystans, który mnie dzielił od wieży. Tak jak było to zaplanowane przy wieży nie było ani jednego szwajcara. Znajdowali się przy nie j za to Mo przyjaciele a zarówno widok Williama jak i Utrlicha pokrzepiał mnie na duchu.
-Witaj księżniczko. Gotowa do fuzji?- przywitał się Alzatczyk.
-oczywiście- odparłam i pomaszerowałam dziarskim krokiem ku wieży.
William zagrodził mi drogę poprzez odgrodzenie mnie od wieży swoim mieczem.
-A hasło panienka zna?- zapytał żartobliwym tonem.
-William daj sobie spokój z żartami. Przecież my nie mamy hasła.- odparłam mu już z nieco lepszym humorem. Pomimo swojego niskiego poziomu jego żart poprawił mi humor przynamniej na tyle, ze przestałam rozmyślać o tym o zrobiłem parę minut wcześniej
-Księżniczce się drogi nie blokuje.-powiedział służebnym tonem i wycofał się niczym giermek nadając tej sytuacji komizmu i podnosząc mnie na duchu.
Nawet Urlich się lekko uśmiechnął co ostatnimi dniami było rzadko spotykanym zjawiskiem.
-nie pobijcie się o to, która jest ładniejsza.- zażartował  i wskazał głową na wieżę sugerując mi żebym jak najszybciej tam weszła.
-Wszystko gotowe. Możesz wchodzić Aelita.- odezwał się Jeremie sprzed komputera.
Wstrzymałam oddech i popatrzyłam na znajdujących się obok mnie przyjaciół a oni swoimi pogodnymi spojrzeniami dodali mi odwagi. Dobrze wiedziałam, ze to co zaraz zrobię także będzie czynem niezgodnym z moją moralnością ale nie mam wyboru jeśli chcę pokonać Tyrona.
Weszłam do wieży i tak jak się spodziewałam ujrzałam w niej swoją prawie, że idealną kopie samej siebie. Stała w centralnym punkcie platformy i wpatrywała się we mnie osłupiałym wzrokiem, nie mogąc uwierzyć w to co widzi.
-Kim ty jesteś? Jeśli to ty Xana to cię zapewniam, że moi przyjaciele cię pokonają. –zagroziła mi moja kopia.
-Jestem Aelita Schaeffer a ty jesteś wyodrębnioną cząstką mojego umysłu, kawałkiem mojej świadomości, który został oddzielony od reszty by potem po wszczepieniu do klona polimorficznego był w stanie nieświadomie zbierać informacje o Tyronie.- powiedziałam niczym formułkę jakiejś definicji. Gdy mówiłam te słowa coś we mnie jednocześnie pękało. Niby przyszłam teraz ponownie stać się jednością z wyodrębnioną częścią mojej świadomości a jednak miałam odczucie jakbym przyszła tu zabić myśląca istotę tylko po by zemścić się na Tyronie.
-Nie! To  nie możliwe! Ja jestem Aelita.!- wykrzyknęła  cofnąwszy się ode mnie na kilka kroków, będąc przerażona moimi słowami. Na jej twarzy malował się szok, niedowierzanie i rozpacz, które coraz bardziej dawały mi poczucie winy.
Westchnęłam smętnie i wypowiedziałam jedynie dwa słowa by dokończyć ten bezlitosny rytuał:- Jeremie zaczynaj.
-Co ty chcesz zrobić !- wykrzyknęła moja kopia.
Widząc jej przerażenie postanowiłam uchylić jej rąbka tajemnicy skoro i tak zostało jej już tylko kilkanaście sekund życia.
-Zapewne znasz strzępki moich wspomnień, które Jeremie ci wszczepił zaz pośrednictwem skopiowanej przez niego Scyfozoi. Wśród przekazanych tobie wspomnień nie było jednak tych, które mówiły o wydarzeniach związanych z Tyronem cz moim prawdziwym ojcem, poza jednym wspomnieniem, które miało cię naprowadzić na ślad jego dawnych notatek.
-Czyli to wszystko było ustawione? Byłam jedynie pionkiem w grze, który poruszał się wedle woli jakiegoś władcy marionetek.-wyjąkała przerażona.
-Zgadza się. To wszystko było ustawione tak byś wystawiła na przejęcie jego dokumenty dotyczące jego pracy w pewnym projekcie wojskowym. Kiedy William odebrał wam te dokumenty to zyskałam pełny dostęp do kulisów życia mego ojca. Żeby cała ta Faras z twoim istnieniem była wiarygodniejsza Jeremie wyposażył cię w pewną cześć moich kluczy oraz samouczący się algorytm Xany byś mogła szybko dostosować się do nowego środowiska nie będąc świadom jakie i czyje cele realizujesz.
-To nie może być prawda.- znacząco pokręciła głową- To nie może się tak skończyć!- wykrzyknęła niemalże w desperacji.
Odpowiedziałam jej jedynie smutnym spojrzeniem co ona odebrała z jeszcze większym przerażeniem i spróbował ucieczki ale gdy wieża jej nie chciała wypuścić. Zapewne w tej chwili szczyt wieży otaczała już zielona mgiełka, która symbolizowała piecze jaką Jeremie nad nią sprawował. Wszystkie element znajdujące się wewnątrz wieży zaczęły wirować wokół nas. Ten proces wyglądał niemalże identycznie jak moja pierwsza dewirtualizację z tą różnic, że nie unosiłam się teraz w powietrzu a stałam sztywno na platformie.
Z reszty procesu niewiele pamiętam. Wrzaski mojego klona, szum wirujących wokół mnie paneli i natłok myśli spowodowały, że pamiętam jedynie strzępki tego co się tam działo. Dobrze jednak zapamiętałam moment w którym moja jaźń zaczęła się łącząc z jaźnią mojego klona. Wspomnienia zaczęły między nami przepływać, czemu towarzyszył olbrzymi ból, który czułam  w wirtualnym wcieleniu po raz pierwszy. Zyskałam wówczas dostęp do jej wspomnień, które stopniowo stawały się moje. Jej świadomość była znacznie słabsza od mojej przez co po krótkiej walce o dominacje uzyskałam pełną kontrole na naszym połączonym umysłem.
Tego co się działo dalej już nie pamiętam. Obudziłam się na skraju platformy otoczona przez swoich przyjaciół. Urlich i William pomogli  mi wstać i wyprowadzili z wieży dzięki czemu poczułam się trochę lepiej. W mojej głowie nadal panował chaos al. Zaczynał się powoli uspokajać przez co byłam pewna, zę po krótkim odpoczynku odzyskam siły.
-Aelita jesteś cała? Dobrze się czujesz?- powiedział Jeremie zatroskanym głosem.
-Niezbyt- wyjąkałam w odpowiedzi.
-Odnieście ja z powrotem do wieży.- rozkazał Ulrichowi i Williamowi Jeremie po czym dodał szybko wyjaśnienia: Musze ją zeskanować i przekonać się czy wszystko z nią jest dobrze.
Chłopcy popatrzyli po sobie porozumiewawczo  po czym po chwili wzięli mnie pod ramiona i zaciągnęli do wieży w niezbyt wygodny acz szybki sposób. Jednakże zanim przekroczyliśmy ścianę wieży ujrzeliśmy nadciągającego wroga.

Ku nam biegli wojnicy Tyrona z numerem pierwszym na czele. Ich broń była w pełnej gotowości bojowej a na twarzach dziewięciu rywali malowała się złowroga determinacja.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz