Rozdział 17
„Scalenie jaźni”
Yumi
Czwartek
Właśnie zostałam sama.
W sumie to na początku trochę byłam trochę zadowolona,
że Oddowi się porządnie oberwało, bo na
to zasłużył swoimi dziecinnymi docinkami o mnie i o Urlichu. chociaż teraz
zaczynam żałować tego, że wypadł on z gry, bo zostałam sama w walce z drugim
pod względem siły członkiem gwardii.
Mój przeciwnik po pokonaniu Odda emanował pewnością siebie
pomimo tego, że nie podejmował jak na razie żadnych prób walki ze mną. Po
prostu stał i szczerzył zęby swoje białe niczym śnieg jakby chciał mnie
sprowokować do podjęcia jakiegoś nierozsądnego kroku.
-Coś taka smutna? Wydawało mi się, ze niezbyt przepadałaś za
tym cieniasem.- powiedział zuchwałym tonem.
-Nie twój interes.- wycedziłam przez zęby, szykując się do
rzutu wachlarzami, które by zamknęły tę wiecznie otwartą gębę.
-Coś taka nerwowa?- zakpił sobie- Wiesz chyba, że człowiek
będąc wyluzowanym jest w stanie zdziałać znacznie więcej niż wtedy gdy stres
nie pozwala mu się na niczym skupić?- mówiąc to nałożył strzałę na cięciwę i z
zupełnym spokojem wycelował we mnie swoją broń.
Pomimo tego, ze był on moim wrogiem to w jego słowach kryło
się ziarnko prawdy. Jeśli nadal będę tak spięta to zapewne chybię jeśli w niego
cisnę swoimi wachlarzami. Zresztą i tak mam go tu jedynie przytrzymać tak długo
jak nie rozwiąże się kwestia Aelity więc pokonanie go nie jest konieczne. Wystarczy, ze przeżyję dość długo by doczekać
się przybycia wsparcia w postaci moim pozostałych przyjaciół. Nawet jak
szatynowi uda się mnie pokonać to i tak pozostanie zamknięty w bąblu
symulacyjnym, który się wytworzył po tym
jak cisnęłam jego skompresowana wersją w Korę.
Rozluźniłam mięsnie i zamknęłam oczy by się by to samo
zrobić z myślami Było to trochę dziwne ponieważ teoretycznie powinnam rozluźnić
jedynie umysł a nie ciało, którego de facto tu nie posiadałam.
Mój przeciwnik wykorzystał moment mojej nieuwagi w czasie
kiedy byłam na parę sekund bezbronna wystrzelił we mnie ze swojego łuku. W ostatniej
chwili uskoczyłam w bok przed jego pociskami tylko po to by trafiły mnie
kolejne wypuszczone przez niego strzały. Dostałam w udo i rękę, którą
zasłoniłam swoją twarz dzięki czemu otrzymałam mniejsze obrażenia niż gdybym
dostała w twarz. Wgłębi ducha przeklęłam własną głupotę, która kazała mi
spruwać się rozluźnić w momencie gdy ktoś do mnie celował.
-Mówiąc, że lepiej byś zrobiła gdybyś się rozluźniłaś, nie
miałem na myśli tego byś zamykała oczy w obliczu wroga i wystawiła mi się jak
na tacy.-pouczył mnie ten nadęty Włoch.
-Możesz się zamknąć?- odparłam wstawszy na nogi. Nie miałam
ochoty w ogóle wdawać się w rozmowę z tak nadętym i zarozumiałym typkiem. Tacy
ludzie po prostu napawali mnie odrazą tak samo jak ludzie, którym się wydaję ,że
mogą wszystko a w rzeczywistości są jedynie żałosnymi i natrętnym i typkami..
Spojrzałam mu prosto w oczy by być pewną, że nie wykona on
ruchu, którego nie zauważę ale dostrzegłam w nich dziwny i stale rosnący rozbłysk
światła. W ostatniej chwili zrozumiałam, że ten błysk był odbiciem lecącego ku
mnie pocisku. By go uniknąć odwróciłam się i zeskoczyłam z leśnej ścieżki na
drugą znajdującą się prostopadle w stosunku do tej , na której jeszcze przed
chwilą stałam.
Gdy wylądowałam zobaczyłam, że do szatyna dołączyła grupka
pięciu innych przydupasów Tyrona, z
czego aż dwóch z nich miało płaszcze gwardii. Gwardziści z numerami 2 i 5 po
chwili zasypali mnie gradem pocisków przez co musiałam uskoczyć za znajdujący
się obok mnie kamień by uniknąć dewirtualizacji.
-No to teraz znalazłaś się w naprawdę ciężkiej sytuacji. Co
teraz zrobisz? Osobiści polecam Sepukku.- powiedział kąśliwym tonem specjalnie
po to by mnie zdenerwować.
Z trudem powstrzymałam swój gniew by nie wybuchnąć emocjami.
Jak on śmiał proponować mi samobójstwo?! Ten typek już wcześniej przekroczył
wszelkie granice cwaniactwa jakie można było przekroczyć. Nawet William nigdy
nie był aż tak nachalny nie widzący jak druga osoba odbiera jego słowa i czyny.
Jednak nie mam teraz czasu na rozmyślenia. Jeśli szybko nie
wykonam jakiegoś ruchu to szwajcarzy po prostu obejdą moją osłonę i mnie
zmasakrują ogniem krzyżowym. Szybko podjęłam decyzję by zrobić użytek z
telepatii. Na początku do mojej głowy przyszedł pomysł by za pomocą telekinezy
zrzucić na nich jedno z drzew rosnących obok ścieżki ale w porę przypomniałam
sobie, że wszystko co dookoła widzę jest iluzją i takie drzewo nie zada im
żadnych obrażeń fizycznych. Skupiłam się zatem na wachlarzach, które rzuciłam
przed siebie w przeciwną stronę do tej po której znajdowali się moi przeciwnicy.
-Odrzucasz broń? Chyba zaczynasz się gubić we własnych
ruchach.- skomentował mój ruch nadęty makaroniarz.
Uspokoiłam swoje myśli i zaczęłam używać telekinezy. Obydwa
wachlarze dostały się po chwili we władanie mojego umysłu ja kazałem zatoczyć
im szeroki łuk i trafić w plecy nic nie spodziewających się przeciwników.
Nagle poczułam czyjąś rękę na swoim ramieniu i jednocześnie
ostrze na swojej szyi. Z trudem odwróciłam się na tyle na ile pozwalało mi to
ostrze oraz tak delikatnie by nie stracić mentalnej władzy nad wachlarzami. Ku swojemu
zdziwieniu ujrzałam twarz napastnika wyglądające niemalże jak Urlich. Taka sama
twarz włosy i broń powodowały, że patrząc na niego ciągle przed oczami miałam
obraz Urlicha co dodatkowo mnie dekoncertowało. Jedynym co ich różniło były ich
oczy i kolorystyka stroi i broni. Ulrich miał brązowe oczy natomiast ten
tutaj miał oczy w kolorze jasnego
błękitu a broń czarną jak smoła w przeciwieństw do mojego przyjaciela, którego
katany połyskiwały metaliczną barwą stali.
-Co wy chcecie osiągnąć poprzez dostarczenie Agnes tej
latającej meduzie i dlaczego jej wstrzykujecie fałszywe wspomnienia , w których
jesteście jej przyjaciółmi- zapytał najciszej jak mógł po czym odwrócił się nie
zdejmując przy tym katany z mojej szyi krzyknął do reszty swojego zespołu:-
Może lepiej będzie jak ją przesłuchamy zanim ją odeślemy do skanera?
-W sumie to dobry pomysł.- odparł mu łucznik po czym wraz z
całą resztą swojej drużyny oddalili się by wziąć rozbieg do przeskoczenia z
jednej platformy na drugą.
-Masz parę sekund na powiedzenie mi o tym czego chcecie o
Agnes ,bo potem wszystko usłyszy Nigel, Jean i Nicollo a wtedy los Agnes nie
będzie zbyt różowy.- wyszeptał mi do ucha jasno dając mi do zrozumienia o kim
mówimy. Jej los pozostawał mi w dużym stopniu
obojętny, bo już dziś napotka swój kres ale przed szermierzem, który
mnie przesłuchiwał warto było odegrać zmartwienie.
Muszę go zwodzić jeszcze przez parę sekund by wachlarze
dotarły na właściwe miejsce i pokazały swą skuteczność poprzez zagłębienie się
w ciałach szwajcarów.
-Jeśli i ty chcesz
dobra Aelity czy jak tam ją zwiecie to przyłącz się do nas. My nie
chcemy jej skrzywdzić tylko jej pomóc.- odparłam mu wywołując przy tym niemałe
zaskoczenie na jego twarzy.
-Co masz na myśli?- zapytał od razu a jego ton sugerował
narastającą w nim ciekawość.
-Jeśli nasz różowowłosa koleżanka dotrze do nieaktywnej
wieży to wówczas aktywujemy ją i zwrócimy jej wszystkie
wspomnienia.-zablefowałam dobrze wiedząc co się wówczas stanie.
-W takim razie ją tam osobiście zaprowadzę jeśli wam się nie
uda. Ale nie licz, że będę ryzykował otwarty konflikt z przyjaciółmi ze szkoły
dla niej. Zrobię to tylko wtedy jeśli jednocześnie moje szkolne relacje na tym
nie ucierpią więc poczekam ze zmianą stron do momentu gdy zostanę tylko ja i ty
na polu walki.-odparł mi po czym wstał i zaprosił do przesłuchania mnie swoich
towarzyszy, którzy właśnie zeskoczyli na właściwą platformę
Nadszedł teraz właściwy moment na działanie. Wachlarze
znalazły się na sowich miejscach i teraz wystarczyła jedynie moja myśl by
zdewirtualizowlły nic nie spodziewających się przeciwników myślących ,że jestem
całkowicie bezbronna.
-To co mała pobawimy się w przesłuchanie.-powiedział Nigel
przystawiwszy mi palce do podbródka czym zgłosił się na bycie priorytetowym
celem do wyeliminowania.
Tym momencie przez
jego ciało oraz jeszcze jednego wroga przeleciał wachlarz dewirtualizując go na
miejscu. Jego towarzysze początkowo nawet nie zauważyli co trafiło ich dwóch towarzyszy ale już po
chwili zaczęli mnie atakować.
Szybko poderwałam się na nogi by wyciągnąć
swój kij i odeprzeć pierwsze uderzenia kopii Urlicha, które natychmiast
zostały na nim zablokowane.
Odepchnęłam jego broń i odskoczyłam w tył by zorientować się
w sytuacji, która była dla mnie nadal fatalna. Moje wachlarze poleciały
niewiadomo gdzie a pomimo tego, że za ich pomocą pokonałam dwóch rywali to
nadal mieli oni miażdżącą przewagę liczebną jaką stanowiło czterech wojowników i
jedna wojowniczka w tym dwóch członków gwardii.
Wtem zdarzyło się coś czego nie spodziewałam się
kiedykolwiek zobaczyć.
Członek gwardii z numerem piątym padł na ziemię przebity
eleganckim rapierem a znajdującym sięga nim zabójcą był nikt inny jak Jeremie.
Kiedy mówił on, ze jeśli sprawy nie będą
się przedstawiały najlepiej to wybierze Siudo Kory, uznałam to za czcze
zapowiedzi a teraz Jeremie stal przede mną właśnie pokonawszy swojego
pierwszego przeciwnika.
Był on ubrany identycznie jak gwardia ale w zupełnie innej
kolorystyce. Na biały kombinezon z błękitnymi elementami miał narzucony
granatowy płaszcz z długimi rękawami. Do
znajdującego się pod płaszczem pasa miął przytroczoną długą pochwę na rapier
oraz niewielką kaburę, w której krył się niewielki pistolecik. Einstein tworząc
to wcielenie wzorował się na strojach gwardii oraz ich stylowi walki, dzięki
czemu łatwiej mu go było analizować. Wzorem wojowników Tyrona na prawym rękawie
znajdowała się kabura z niewielkim nożem, który u niego posiadał dodatkową
osłonkę na jelcu przez co wyglądał jak króciutki rapier.
Jego fryzura uległa niewielkim zmianom, które ograniczały
się do długości włosów będących teraz zdecydowanie krótszymi. Oprócz tego
wydawał się odrobinę wyższy niż w rzeczywistości oraz lepiej wysportowany co
było zapewne spowodowane tym, że tworząc to wcielenie mógł przy nim dowolnie majstrować
by nie wyjść na nerda, który nie umie walczyć.
Korzystając z tego, że reszta rywali wciąż była w szoku ciął
on jedyną dziewczynę w ich grupie przez co ona również wyleciała z gry. Co
prawda trzeci cios Jeremiego został już zablokowany przez ostatniego
pozostałego przy życiu to i tak sytuacja naszych wrogów uległa pogorszeniu.
Stracili swoja przewagę liczebną a do tego został im już tylko jeden wojownik
na którego należało uważać. Istniała na dodatek spora szansa, że jak zlikwidujmy członka gwardii to jego
towarzysz do nas dołączy dzięki czemu jeszcze bardziej uszczuplimy przewagę
liczebną wroga.
-Yumi wszystko w porządku.- zapytał się mnie Jeremi wciąż
nie spuszcza wszy wzroku z rywali.
-Jakoś dam radę.- odparłam po czym zapytałam chcąc zaspokoić
swą ciekawość:- Co cię skłoniło do tego byś tu przyszedł?
-Wiesz dobrze, że jeśli stracilibyśmy Aelite podczas tej
akcji tylko dlatego, że zabrakłoby jednej osoby to nigdy bym sobie tego nie
wybaczył.- wyjaśnił mi z nutką złowrogiej determinacji w głosie, która
sugerowała, że mówi on z całkowitą powagą. Aelita wiedział w co się pakuję
jeśli ta akcja się nie powiedzie i, że jak wparujemy całą szóstką do Kory to
przewaga liczebna przeciwników może nas przytłoczyć.
Jeremie wyciągnął z kabury swój drugi sztylet i przybrał
pozycję do ataku wyglądając teraz niczym wytrawny szermierz.
-Biorę tego słabszego, bo nie czuję się na siłach by atakować kogoś z gwardii.-
powiedział tonem sugerującym, ze jest decyzja od której nie ma odwrotu.
Wzmocniłam uchwyt w jakim trzymałam swój kij i również
ruszyłam na wroga. Przypadło mi walczyć z członkiem gwardii uzbrojonym w długi
miecz półtora ręczny i tytułującym się
numerem 4. Jeremie w tym czasie wziął na siebie walkę ze słabszym przeciwnikiem
w walce, którym osiągnął dość wyraźną przewagę. Głównie udało to mu się dzięki
jego umiejętności ,którą sobie wcześniej starannie wymyślił i zaprogramował.
Podczas walki Nicollo wielokrotnie ciął powietrze, bo
Jeremie sprawnie teleportował sięga niego dzięki swojej umiejętności. Polegała
ona na tym, że gdy nasz einstein spojrzał komuś oczy będąc w wirtualnym, z na
tyle bliskiej odległości by zobaczyć białko jego oczu to przenosił się on za
plecy tej osoby na dystans równy połowie odległości jaka ich wcześniej
dzieliła. Była to prosta w użytku moc, przy używaniu której nie trzeba było
utrzymywać skupienia co pozwalało w pełni skoncentrować się na walce. Wciągu
tygodnia treningów Jeremie opanował swoją moc oraz technikę posługiwania się
swoim dziwnym rapierem na tyle by móc walczyć na równi z Williamem i Ulrichem,
chociaż gdyby toczył z nimi walkę na serio to zapewne by przegrał gdyż w
sparingach jedynie on używał swojej mocy. Dotychczas ich opowieści o tych treningach uznawałam za nieprawdziwe,
nie mogąc uwierzyć w to, że Jeremie wybierał Siudo Lyoko by poćwiczyć ale też
widziałam efekty tych treningów na własne oczy.
Włoch unikał kolejnych pchnięć i cięć rapiera Jeremiego,
który dodatkowo był wspomagany niewielkim sztyletem, trzymanym przez
komputerowca w lewej ręce. Po chwili i on wyciągnął swój sztylet by zacząć
walczyć dwoma broni naraz ale zapewne próbował tego po raz pierwszy, bo widać
było jego braki w obejściu z taką bronią.
-Od kiedy to rapierem się próbuję ciąć?- zapytał Jeremiego
zdziwiony stosowanymi przez niego technikami członek gwardii.
-Widz, że trafiłem na kogoś kto zna się na broni.- odparł mu
wciąż skupiony na walce Jeremie.
-zawsze mnie fascynowali francuscy muszkieterzy toteż dość
dobrze znam się na używanej przez nich broni i dlatego mam wrażenie, że o ile
twoja pomocnicza broń to bez wątpienia lewak to twój rapier nie przypomina mi
tych egzemplarzy, z których użytek robili muszkieterzy.
-Masz rację. Ten rapier to „Espada Rapero” czyli ostrze
wzorowane na rapierach konkwistadorów z czasów ich podboju nowego świata. Od
rapierów wykorzystywanych przez muszkieterów różni go to, że znacznie lepiej
od nich tnie dzięki trochę innej budowie
ostrza i jest znacznie łatwiejszy w użyciu.- wyjaśnił mu Jeremie.
Obydwaj wykorzystali tę rozmowę by odsunąć się od siebie by
mieć miejsce na wyprowadzenie morderczego ciecia. Ich miecze się skrzyżowały
powodując upadek Jeremiego na kolana, spowodowany tym, że miecz Włoch był
znacznie cięższy od Espady Jeremiego.
Jeremi wykorzystał sytuację i spojrzawszy mu w oczy pojawił się za nim i
zadał szerokie cięcie wymierzone w bark. Włoch jednak zablokował cios przesuwając
w porę głownię swojego miecza na plecy co prawda uratowało mu skórę ale
kosztowało utratę równowagi.
W tym momencie i na mnie ruszył mój przeciwnik przez co
reszta walki Jeremiego przestała być dla mnie ważna, ponieważ priorytetem
został obrona własnej głowy.
Na szczęście nie tylko wygląd ale i styl walki mojego
przeciwnika były zupełnie jak u Urlicha.
Dzięki temu miałam wrażenie, że to właśnie z nim teraz walczyłam zupełnie tak
jak to robiłam podczas wielu treningów jakie odbyły się w poprzednim tygodniu.
-Mam wrażenie, że wiesz gdzie wyprowadzę cięcie zanim je
wykonam.- powiedział oponent nie zaprzestając wyprowadzania ciosów.
-Powiedzmy, że tak panie… Jak się w ogóle nazywasz? –zapytałam
chcąc wyciągnąć z niego tą istotną dla mnie informacje. Możliwe, ze był on
jakimś kuzynem Urlicha co by wyjaśniało jego wygląd i styl walki, ponieważ
Urlich mi kiedyś wspomniał, że podczas
każdego rodzinnego zjazdy uwielbia się pojedynkować na taki e miecze z kuzynem.
-Dietrich Stern do usług. A ty japonko jak się zwiesz ?-
powiedział udawanym poetyckim tonem.
-Yumi.
-I tylko tyle? Żadnego nazwiska czy czegoś podobnego?-
zapytał z nutką niedowierzania w głosie.
-Tak, nie mam
nazwiska.- skłamałam. Usłyszawszy jego nazwisko uznałam, że może być on jakimś
kuzynem Urlicha, przez co mógłby mnie jakoś skojarzyć przez niego chociaż
znając Urlicha wątpiłby on opowiadał o mnie w swoim domu.
-Nieładnie jest kłamać.- powiedział.
W tym momencie wymiana ciosów stała się jeszcze
intensywniejsza. Z trudem blokowałam jego kolejne ciosy będąc zupełnie
przytłoczona dotychczasowymi. W końcu udało mu się przerwać moją obronę, ale
zrobił to w taki sposób, że samemu również wystawił Siena cios oraz nie był w
stanie zadąć cisu kataną dostateczni szybko więc zdecydował się mnie kopnąć.
Niestety kopnąwszy mnie aktywował tę swoją umiejętność nazywaną hiperskokiem
przez przeleciałem kilkanaście metrów w powietrzu i trafiłam Jeremigo.
-o! teraz to się idealnie ustawiliście.-powiedział z
satysfakcją Nicollo po czym wziąwszy Zamch swoim mieczem wykrzyknął- Dell'energia percorso!
Zanim jednak ostrze uderzyło w ziemię by aktywować
swoją umiejętność specjalną zarówno, Dietrich wybuchnął fioletowy płomieniem i
padł na ziemię gdzie się zdewirualizował.
-Co?- wydusił z siebie zszokowany tym
zjawiskiem Nicollo po czym po chwili najwyraźniej zrozumiawszy co się stało rzekł:
Franz ty skurwielu.- po czym sam eksplodował fioletowym płomieniem.
Wymieniłam porozumiewawcze spojrzenie z
Jeremiem. Obydwoje nie mieliśmy pojęcia co się tutaj stało. W jednej chwili
mieliśmy przed sobą dwóch przeciwników szykujących się do wykończenia nas a w następnej
wybuchli i pozostawili nas samych. Tym dziwniejsze było to, że ogień jakim
wybuchli nie znikł tylko uformował siew dwie kule, które od nas odleciały.
-Yumi myślę, ze będziesz musiała mnie
zdewirtualizować.- powiedział smutnym tonem.
-Dlaczego? Musimy teraz iść pomóc pozostałym
o potem jeszcze trzeba będzie zniszczyć komputer Tyrona tak jak niszczyliśmy
maszynerię w replikach. Bez ciebie możemy nie dać sobie rady.- odparłam mu
zdziwiona jego wcześniejszymi słowami.
-Odd sobie nie poradzi przy bardziej skomplikowanych
procesach przy komputerze a muszę mieć pewność, że nic nie zostanie spaprane co
zapewne by Odd zrobił.- wyjaśnił po czym chwycił swój miecz za klingę i
przystawił sobie do gardła.- Zdewirtualizuj mnie Yumi.- powiedział tak jakby
wydawał rozkaz.
-Ej! Ja tu wszystko słyszę a zwłaszcza to
jak mnie sobie obgadujecie w najlepsze!- wykrzyknął Odd do mikrofonu
zdecydowanie za głośno przez co prawie nie pogłuchliśmy od jego wszechobecnego
głosu, który dosięgał nas ze wszystkich stron.
-Teraz tylko bardziej pokazujesz, że
powinienem cie zastąpić- powiedział Jeremie do nieba.
-Phi! A jak sobie chcesz Einsteinie.- odparł
mu Odd tym razem już normalnym tonem dzięki czemu nasze uszy nie zostały
ponownie narażone na destrukcje.
-W takim razie czyń honory Yumi.- rzekł po
czym posłał mi zachęcający uśmiech jak gdyby mówił “wszystko będzie dobrze”.
Z żalem chwyciłam rękojeść miecza i i
gwałtownie pchnęłam go do przodu. Ostrze przeszło prze z szyję Jeremiego niczym
gorący nóż przez masło czego efektem była coraz szybciej znikająca tekstura
wirtualnego wcielenia mojego przyjaciela.
-Pamiętaj, że po tym jak skończymy tą całą
akcję z Aelitą to musimy jeszcze zniszczyć superkomuter Tyrona więc nie daj się
łatwo zdewirtualizować.- wyszeptał na sekundę przed tym jak ostatecznie znikła
z Kory.
Bąbel
symulacyjny zaczął się rozpadać przez co dostrzegłam, że nie stoję już w lesie
ale w Korze. Znikła tak szybko jak się pojawił nie pozostawiwszy po sobie żadnego
świadectwa istnienia jakby go tu nigdy nie było. Niedaleko mnie leżały moje
wachlarze, które po chwili zapakowałam do swojej torby znajdującej się na
plecach. Rozejrzałam się po okolicy by
zorientować się w sytuacji i zobaczyłam olbrzymie wybuchy fioletowej energii mające
miejsce po drugiej stronie kory. Xana zapewne uznał, że lepiej poczekać aż się
nawzajem powykańczamy więc nie powinien próbować mi przeszkodzić a nawet jeśli
by spróbował to ma teraz tak mało mocy, że wezwie naraz co najwyżej dwa lub
trzy potworki. Bardziej od niego niepokoi mnie jednak fakt, że te eksplozje
mają miejsce mniej więcej tam gdzie powinna znajdować się Aelita.
-Yumi! Musisz ruszać natychmiast do reszty
drużyny! Walczą obecnie z liderem gwardii i nie mam pojęcia co siętam dokładnie
dzieje ale dostają niezłe baty. Wyślę ci megapoda ale mam obawy, że może on nie
wystarczy, bo to co wyprawia ich lider
przekracza moje pojęcie.- powiedział Jeremie najwyraźniej już dotarłszy do
komputera.
-Jeremie powiedz mi chociaż w
przybliżeniu co się tam dzieje.-
zapytałam nie mając ochoty na pakowanie się w krwawą jatkę nie mając przy tym
pojęcia o tym co się tam dzieje.
-Sam chciałbym wiedzieć.-odparł mi ponuro
Jeremie.
Wyczuwając z jego głosu to, że mi nic już
nie powie podeszłam do dopiero co zwirtualzowanego pojazdu. Ochrzczony przez
Odda Megapodem pojazd był w rzeczywistości czteroma odnóżami z kołami złączonymi
ze znajdującą się w kulistej formie centralą pojazdu. Był on doskonały do
poruszania się po zdradliwym terytorium Kory, które potrafiło się dynamicznie
zmieniać. Gdyby nie on nieraz kończylibyśmy grę jeszcze na skraju Kory gdyż
jego pomoc była nieoceniona pomimo jego żałosnego działka.
Aelita
Niebo nad Korą zawsze było dla mnie pięknym widokiem. Niezależnie
ile razy się mu przyglądałam wstępowała we mnie nadzieja, że uda się mi tu
natrafić na jakikolwiek ślad mojego ojca. Lecenie nad znajdującym się pode mną
labiryntem złożonym z wielkich szarych elementów dawało mi przyjemne uczucie
niezależności i swobody ruchów. Z góry widziałam jak szwajcarzy męczą się z
potworami Xany, który ten sposób
próbował ich wyeliminować zanim
spróbowałby to samo zrobić z nami.
Zobaczywszy wyraźnie wieżę będącą moim celem zniżyłam lot.
Dzieliło mnie od niej jednie kilkadziesiąt metrów kiedy cos we mnie walnęło.
Tym czymś okazała się brązowowłosa dziewczyna z dwucyfrowym numerkiem i
skrzydłami dzięki, którymi jako jedyna z tej szwajcarskiej zbieraniny była w
stanie mnie dosięgnąć.
-Agnes coś się stało z twoją drużyną, ze tu lecisz? Miałam
was znaleźć i sprowadzić na pomoc ale w
waszej grupie dowiedziałam się, ze już dawno cię wysłali wiec pewnie już
zginęłaś.- wykrzyknęła.
Zupełnie nie wiedziałam o co chodzi. Zupełnie obca mi osoba
zwraca się do mnie jakimś niemieckim imieniem i wygaduję niestworzone rzeczy.
Udam, ze ją wysłucham i jak najszybciej usunę ze swojej drogi. Nie będzie mi
przeszkadzała w scaleniu jaźni.
-Lecę właśnie do tej wieży w ważnej sprawie. Myślę, że ty
też powinnaś tam polecieć ze mną.- zachęciłam ją do wspólnej drogi.
-Dobry pomysł. Może zgarniemy do pomocy tę dwójkę co tam
została i wygramy ten turniej.- odparła mi z entuzjazmem.
-w takim razie leć pierwsza a ja zabezpieczę twoje tyły.
-Dobry pomysł, bo ja nie mam żadnej broni więc i tak ktoś
musiałby mnie osłaniać. –odparła mi z uśmiechem po czym wzbiła się w powietrze
i odleciał ku wierzy.
Gdy tylko jej stopy przestały dotykać ziemi wyciągnęłam ku
niej rękę i przyzwawszy pole energii, wyrzuciłam z gry tą dziewczynę. To było
podłe zagranie z mojej strony, ze w taki sposób zaatakowałam nic nie
spodziewającą się dziewczynę ale nie miałam wyboru. Jeśli chcę pokonać Tyrona
muszę być gotowa na takie sytuacje i sprawnie z nich wychodzić nawet gdy będę
to robiła wbrew własnej moralności. Mam nadzieję, że nigdy nie będę już musiała
jej spojrzeć w oczy, bo nie byłabym stanie stać i mieć przed sobą kogoś kogo w
tak zdradziecki sposób zdewirtualizowałam.
Otrząsnęłam się jednak z tych ponurych myśli i pokonałam
lecąc dystans, który mnie dzielił od wieży. Tak jak było to zaplanowane przy
wieży nie było ani jednego szwajcara. Znajdowali się przy nie j za to Mo
przyjaciele a zarówno widok Williama jak i Utrlicha pokrzepiał mnie na duchu.
-Witaj księżniczko. Gotowa do fuzji?- przywitał się
Alzatczyk.
-oczywiście- odparłam i pomaszerowałam dziarskim krokiem ku wieży.
William zagrodził mi drogę poprzez odgrodzenie mnie od wieży
swoim mieczem.
-A hasło panienka zna?- zapytał żartobliwym tonem.
-William daj sobie spokój z żartami. Przecież my nie mamy
hasła.- odparłam mu już z nieco lepszym humorem. Pomimo swojego niskiego
poziomu jego żart poprawił mi humor przynamniej na tyle, ze przestałam rozmyślać
o tym o zrobiłem parę minut wcześniej
-Księżniczce się drogi nie blokuje.-powiedział służebnym
tonem i wycofał się niczym giermek nadając tej sytuacji komizmu i podnosząc
mnie na duchu.
Nawet Urlich się lekko uśmiechnął co ostatnimi dniami było rzadko
spotykanym zjawiskiem.
-nie pobijcie się o to, która jest ładniejsza.- zażartował i wskazał głową na wieżę sugerując mi żebym
jak najszybciej tam weszła.
-Wszystko gotowe. Możesz wchodzić Aelita.- odezwał się Jeremie
sprzed komputera.
Wstrzymałam oddech i popatrzyłam na znajdujących się obok
mnie przyjaciół a oni swoimi pogodnymi spojrzeniami dodali mi odwagi. Dobrze
wiedziałam, ze to co zaraz zrobię także będzie czynem niezgodnym z moją
moralnością ale nie mam wyboru jeśli chcę pokonać Tyrona.
Weszłam do wieży i tak jak się spodziewałam ujrzałam w niej
swoją prawie, że idealną kopie samej siebie. Stała w centralnym punkcie
platformy i wpatrywała się we mnie osłupiałym wzrokiem, nie mogąc uwierzyć w to
co widzi.
-Kim ty jesteś? Jeśli to ty Xana to cię zapewniam, że moi
przyjaciele cię pokonają. –zagroziła mi moja kopia.
-Jestem Aelita Schaeffer a ty jesteś wyodrębnioną cząstką
mojego umysłu, kawałkiem mojej świadomości, który został oddzielony od reszty
by potem po wszczepieniu do klona polimorficznego był w stanie nieświadomie
zbierać informacje o Tyronie.- powiedziałam niczym formułkę jakiejś definicji.
Gdy mówiłam te słowa coś we mnie jednocześnie pękało. Niby przyszłam teraz
ponownie stać się jednością z wyodrębnioną częścią mojej świadomości a jednak
miałam odczucie jakbym przyszła tu zabić myśląca istotę tylko po by zemścić się
na Tyronie.
-Nie! To nie możliwe!
Ja jestem Aelita.!- wykrzyknęła
cofnąwszy się ode mnie na kilka kroków, będąc przerażona moimi słowami.
Na jej twarzy malował się szok, niedowierzanie i rozpacz, które coraz bardziej
dawały mi poczucie winy.
Westchnęłam smętnie i wypowiedziałam jedynie dwa słowa by
dokończyć ten bezlitosny rytuał:- Jeremie zaczynaj.
-Co ty chcesz zrobić !- wykrzyknęła moja kopia.
Widząc jej przerażenie postanowiłam uchylić jej rąbka
tajemnicy skoro i tak zostało jej już tylko kilkanaście sekund życia.
-Zapewne znasz strzępki moich wspomnień, które Jeremie ci
wszczepił zaz pośrednictwem skopiowanej przez niego Scyfozoi. Wśród
przekazanych tobie wspomnień nie było jednak tych, które mówiły o wydarzeniach
związanych z Tyronem cz moim prawdziwym ojcem, poza jednym wspomnieniem, które
miało cię naprowadzić na ślad jego dawnych notatek.
-Czyli to wszystko było ustawione? Byłam jedynie pionkiem w
grze, który poruszał się wedle woli jakiegoś władcy marionetek.-wyjąkała
przerażona.
-Zgadza się. To wszystko było ustawione tak byś wystawiła na
przejęcie jego dokumenty dotyczące jego pracy w pewnym projekcie wojskowym.
Kiedy William odebrał wam te dokumenty to zyskałam pełny dostęp do kulisów
życia mego ojca. Żeby cała ta Faras z twoim istnieniem była wiarygodniejsza
Jeremie wyposażył cię w pewną cześć moich kluczy oraz samouczący się algorytm
Xany byś mogła szybko dostosować się do nowego środowiska nie będąc świadom
jakie i czyje cele realizujesz.
-To nie może być prawda.- znacząco pokręciła głową- To nie
może się tak skończyć!- wykrzyknęła niemalże w desperacji.
Odpowiedziałam jej jedynie smutnym spojrzeniem co ona
odebrała z jeszcze większym przerażeniem i spróbował ucieczki ale gdy wieża jej
nie chciała wypuścić. Zapewne w tej chwili szczyt wieży otaczała już zielona mgiełka,
która symbolizowała piecze jaką Jeremie nad nią sprawował. Wszystkie element
znajdujące się wewnątrz wieży zaczęły wirować wokół nas. Ten proces wyglądał
niemalże identycznie jak moja pierwsza dewirtualizację z tą różnic, że nie
unosiłam się teraz w powietrzu a stałam sztywno na platformie.
Z reszty procesu niewiele pamiętam. Wrzaski mojego klona,
szum wirujących wokół mnie paneli i natłok myśli spowodowały, że pamiętam jedynie
strzępki tego co się tam działo. Dobrze jednak zapamiętałam moment w którym
moja jaźń zaczęła się łącząc z jaźnią mojego klona. Wspomnienia zaczęły między
nami przepływać, czemu towarzyszył olbrzymi ból, który czułam w wirtualnym wcieleniu po raz pierwszy.
Zyskałam wówczas dostęp do jej wspomnień, które stopniowo stawały się moje. Jej
świadomość była znacznie słabsza od mojej przez co po krótkiej walce o
dominacje uzyskałam pełną kontrole na naszym połączonym umysłem.
Tego co się działo dalej już nie pamiętam. Obudziłam się na
skraju platformy otoczona przez swoich przyjaciół. Urlich i William
pomogli mi wstać i wyprowadzili z wieży
dzięki czemu poczułam się trochę lepiej. W mojej głowie nadal panował chaos al.
Zaczynał się powoli uspokajać przez co byłam pewna, zę po krótkim odpoczynku
odzyskam siły.
-Aelita jesteś cała? Dobrze się czujesz?- powiedział Jeremie
zatroskanym głosem.
-Niezbyt- wyjąkałam w odpowiedzi.
-Odnieście ja z powrotem do wieży.- rozkazał Ulrichowi i
Williamowi Jeremie po czym dodał szybko wyjaśnienia: Musze ją zeskanować i
przekonać się czy wszystko z nią jest dobrze.
Chłopcy popatrzyli po sobie porozumiewawczo po czym po chwili wzięli mnie pod ramiona i
zaciągnęli do wieży w niezbyt wygodny acz szybki sposób. Jednakże zanim
przekroczyliśmy ścianę wieży ujrzeliśmy nadciągającego wroga.
Ku nam biegli wojnicy Tyrona z numerem pierwszym na czele.
Ich broń była w pełnej gotowości bojowej a na twarzach dziewięciu rywali
malowała się złowroga determinacja.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz